africa – HuskyCruising http://huskycruising.pl Z pasji podróżowania Wed, 23 Jul 2025 15:20:27 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.9.4 http://huskycruising.pl/wp-content/uploads/2023/06/cropped-logo_kula_HC-32x32.png africa – HuskyCruising http://huskycruising.pl 32 32 KENYA – 2021 – wkrótce opis i zdjęcia http://huskycruising.pl/2023/06/17/kenya-2021/ Sat, 17 Jun 2023 08:28:30 +0000 http://huskycruising.pl/?p=19651

Podróż przez Kenijskie równiny – Spotkanie z dziką Afryką

Podróż po Kenii, krajem o rozległych sawannach i niesamowitej różnorodności dzikich zwierząt, to jak podróż w czasie, w miejsce, gdzie natura wciąż rządzi swoim pierwotnym rytmem. Kenia, to kraina, gdzie człowiek wciąż może zetknąć się z dzikim światem, którego echa rozbrzmiewają w opowieściach o pradawnych migracjach, starożytnych kulturach i nieujarzmionej przyrodzie.

Jadąc autem terenowym przez rozległe tereny Maasai Mara, można poczuć, jak wielki i nieprzewidywalny jest świat dzikich zwierząt. Każda podróż, każdy kilometr odsłania nowe krajobrazy – od bezkresnych traw, po drzewa akacji, które niczym strażnicy spoglądają na życie, które toczy się wokół nich od tysięcy lat. Safari fotograficzne nie jest tylko szukaniem pięknych kadrów; to spotkanie z życiem w najczystszej formie, gdzie zwierzęta są bohaterami tej wielkiej historii, a my, podróżujący we dwójkę, jesteśmy jedynie tymczasowymi świadkami tej nieskończonej opowieści.

Każde spotkanie z lwem, słoniem, czy antylopą to przypomnienie o harmonii, jaka istnieje w świecie, który wciąż pozostaje poza kontrolą człowieka. Z okien naszego terenowego samochodu widzimy nie tylko zwierzęta, ale także cykle życia – narodziny, polowania, migracje – które toczą się tu nieprzerwanie od milionów lat.

Podróż przez Kenijską dziką przyrodę to także opowieść o ludziach, którzy od wieków żyją w harmonii z tym krajobrazem. Maasajowie, którzy z dumą strzegą swojego dziedzictwa, są nieodłącznym elementem tej historii.

Wyruszając w tę podróż we dwójkę, z aparatem w ręku, stajemy się częścią tej historii. Safari to nie tylko ucieczka od codzienności, ale także powrót do pierwotnych instynktów – potrzeby odkrywania, podziwiania i zrozumienia świata wokół nas. Kenia, ze swoją nieskażoną przyrodą, jest jednym z ostatnich miejsc na ziemi, gdzie można doświadczyć tej surowej potęgi natury, która trwa niezmiennie, niezależnie od naszych działań.

 

JUŻ NIEBAWEM …..

 

]]>
NAMIBIA 2018 ; part 2 http://huskycruising.pl/2018/12/09/namibia-2018-part-2/ Sun, 09 Dec 2018 17:55:20 +0000 http://huskycruising.pl/?p=18174 day 7, 8, 9, 10 …

Dzień 7 ; 3.11.2018

Nasz namiot w Palmwag Lodge jest wyposażony we wszystkie udogodnienia, których można oczekiwać jak również te, które już w tym rejonie nie dziwią.

Słońce szybko wstaje dając nam znak aby nie marudzić.

Nasz namiot, w którym jest sypialnia, toaleta, prysznic.

Śniadanie z pięknym widokiem 

Czas ruszać w drogę, dzikie zwierzęta czekają abyśmy je dostrzegli.

I są , co prawda w oddali, pierwsze większe stado żyraf.

Jednak to nie żyrafy były powodem zatrzymania się w tym miejscu. Kilka kilometrów od Palmwag Logde łapiemy gumę, na równym jak stół szuterku. Okazuje się, że opona jest przecięta na boku co dyskwalifikuje ją do naprawy, a do Opuwo mamy około 250 km. Po drodze raczej nie przewidujemy miejsca gdzie moglibyśmy kupić druga oponę. Wymiana na koło zapasowe w temperaturze 36 *C przebiega sprawnie.

Spłoszony struś ucieka w pośpiechu.

Tuż przed zjazdem z głównej trasy w kierunku oczka wodnego i wodospadu Ongongo przy drodze jak zwykle stoją dzieci, które otrzymują od nas przybory szkolne.

Okazuje się, że dzieci jest więcej i w zasadzie co chwilkę się zatrzymujemy.

Dzieci jak można wywnioskować po lalce, która jest na sprzedaż to Herero.

Droga do wodospadu jest kiepskiej jakości i dojazd 4 kilometrów zajmuje nam sporo czasu.

Oczko jest płytkie , sięga mi jakoś tak do kolan, woda przyjemna. Nawet pod samym wodospadem jest miło.

Po chwili zjawił się jakiś większy autobus i wylało się z niego morze turystów, a to znaczy , że czas na nas.

Widok z góry na dolinę, w której jest też camping.

Znaki takie widujemy juz od jakiegoś czasu jednak nie spotkaliśmy jeszcze na żywo słonia.

Co chwilę mapa informuje nas, że przekraczamy rzekę lub rzeka jest obok nas, jednak są to tylko suche koryta. A niespełna tydzień temu te drogi były nie przejezdne z powodu obfitych ulew.

 Częstym widokiem, który nam towarzyszy od jakiegoś czasu są kopce termitów czyli termitiery. Niektóre osiągają wysokość około 4-5 metrów, a są ponoć i takie, które mają 12 metrów wysokości. Termity to najlepsi budowniczy wśród owadów.

No i mamy kolejna atrakcję dzisiejszego dnia, która nie pozwala nam się cieszyć tym co za oknem samochodu. … Kończy się nam paliwo. A najbliższa stacja paliw jest w Opuwo. Kiedy zaświeciła się nam kontrolka rezerwy mieliśmy do przejechania około 100 km. I wiecie co? Przejechaliśmy 95 km gdy dotarliśmy do dystrybutora. Zbiornik paliwa ma pojemność 80 litrów.

Kiedy już zatankowaliśmy paliwo trzeba było załatwić sprawę koła zapasowego. Jest sobota, wieczór. Potencjalne warsztaty zamknięte. Kręcimy się po mieście w poszukiwaniu miejsca gdzie kupimy jakiś zapas, pytamy jakiegoś lokalnego strażnika, który wskazuje nam miejsce gdzie być może coś załatwimy. To co nam oferują nie nadaje się nawet jako letnia opona, a o przeznaczeniu na szuter to już kompletna pomyłka. Jedziemy z jakimś lokalsem do jego znajomego, który ma szrot. Na miejscu ni stąd ni z owąd pojawia się gromadka dzieci, które zaczynają grać w gumę. To przedstawienie oczywiście ma ukryte tło 🙂 

 Są prezenty.

Wybieram oponę, która w jakimś stopniu nadaje się na zapas, coś trzeba mieć, przed nami setki kilometrów po szutrowych drogach. Wracamy do blaszaka – wulkanizacji, pracownik odpala agregat prądotwórczy i zamienia nam oponę. 

Jeszcze zakupy w sklepie gdzie mieszają się grupy etniczne Namibi.

I można odetchnąć przy kolacji po tym dniu pełnych wrażeń.

——————————————————————————————————————-

Dzień 8 ; 4.11.2018

———————————————————–

Widok z tarasu naszej lodgy

Jeszcze wieczorem wczorajszego dnia umówiliśmy się z gajdem na wizytę w wiosce Himba. Cena to koszt zakupu produktów spożywczych oraz prowizja dla gajda, która jak się okazało była lwią częścią naszej opłaty.

Około 8.30 spotykamy się na parkingu sklepu Spar, gdzie wszyscy chcą nam sprzedać wisiorki, bransoletki, kamyki i wszyscy chcą nam pilnować samochodu. Gajd już na nas czeka, pakujemy do samochodu to co kupił, a kupił niewiele. Worek mąki, jakieś sosy w proszku i inne drobnostki.

Po godzinie jazdy na północ skręcamy z głównej drogi i po kilkudziesięciu metrach parkujemy auto przy wiosce. 

Wioska to Oruhona, a w/g informacji gajda nazwa rodziny/plemienia to : Beduras Haus.

Widok na wioskę z zewnątrz.

Z satelitarnej mapy Google wioska wygląda jak poniżej. To klasyczny homestead złożony z chat ustawionych w okręgu. W centrum homestad plemienia Himba jest ?okuruwo? czyli stale płonący święty ogień. Symbolizuje on przodków sprawujących pieczę nad wioską.

Po środku wioski jest zagroda dla bydła zwana – koral, która zwykle jest pusta, ponieważ bydło jest wypasane z dala od wioski. Wokół korala usytuowane są chaty, których wejście zawsze jest skierowane w jego kierunku. Jest to związane z tym, że bydło jest największą wartością dla Himba i decyduje o jego przetrwaniu. Krowy to żywicielki, a mleko i masło z niego robione to podstawa pożywienia Himba. Krowy to ofiara składana przodkom i bogom. Krowy łączą pokolenia, kiedy są przekazywane z ojca na syna i z matki na córkę. Himba wierzą, że stada są wieczne, a prawdziwy dom to: onganda czyli taki wokół, którego chodzą krowy, a gdy krowy wyruszają na pastwiska, onganda staje się: etundu czyli domem niekompletnym. Przy chatach są też mniejsze zagrody dla kóz czy też drobiu.

Poniżej magazyn/schowek i zagroda dla drobiu.

Chaty Himbów to stożkowate konstrukcje z pali drewnianych, związane i oblepione mieszanką krowiego łajna i błota. Posiadają podłogę, w której jest miejsce na ognisko, którym można ogrzać chatę w chłodne noce.

Drugie ognisko jest przed chatą i pełni funkcję – kuchni.

Dzieci Himba, wszędzie gdzie się pojawialiśmy, pierwsze były dzieci.

wewnątrz chaty …

Czy już wiecie co sprawiło tym dzieciakom największą radość podczas naszej wizyty w ich wiosce? LIZAKI 🙂 to była niesamowita radość w ich oczach.

Tych dwóch chłopaków dosłownie tańczyło z radości.

Obyczajowość Himba jest bardzo liberalna. Kobiety przez wiele tygodni nie zaspokajane seksualnie podczas nieobecności mężczyzn przygotowują się na ich przybycie. Przygotowują się także na przybycie krewnych swoich mężów, bo według tradycji Himb, gdy mężczyzna przyprowadzi do domu swojego krewnego to ten może zaspokoić seksualnie jedną z żon gospodarza. Szczególnie, gdy gospodarz jest już leciwy i ma w swoim domostwie kilka młodszych żon. Młode Himby nie mają także szczególnych zakazów co do czystości małżeńskiej ? i jest to akceptowane przez mężów.

Sposób zaplatania włosów u Himba służy nie tylko ozdobie lecz jest równocześnie częścią kultury plemienia, który wiele mówi o statusie jej właściciela. Dziewczynkom podczas dojrzewania zaplata się drobne warkoczyki zasłaniające twarz niczym welon ? to oczywisty komunikat dla mężczyzn wracających po długiej nieobecności w wiosce, iż nie jest to dla nich partnerka seksualna. Jeśli dziewczyna ma zaplecione włosy w grube warkocze i zarzucone do tyłu to zaprasza do wspólnego spędzenia czasu. Zaś mężatki na głowę zakładają skórzane dekoracje -embra, a włosy mają misternie związane w ozdobne sploty. Czy są prawdziwe? Często dopinane są treski 🙂 Także fryzury mężczyzn są nader oryginalne: młodzieńcy, którzy nie przeszli inicjacji seksualnej mają ogolone boki głowy zaś na jej czubku warkocz zapleciony do tyłu, sterczący niczym ogon. Dorosły mężczyzna rozdziela swój warkocz na dwoje, natomiast wdowiec obcina włosy do gołej skóry i na znak żałoby przez około rok nie nosi przykrycia głowy.

Wizyta w chacie Himba

Kobieta Himba uciera gałązki drzew i krzewów jako aromatyczną żywicę, najczęściej z  Commiphora multijuga ( omuzumba ),  olejek aromatyczny do Otjize – mieszanki masła jako tłuszczu i ochry. Mieszanina nadaje skórze głęboki pomarańczowy lub czerwonawy odcień. To symbolizuje bogatą czerwoną barwę ziemi i krew, esencję życia i jest ideałem piękna Himba. Himba używa otjize również na włosy. Otjize jest również używany do celów higienicznych z powodu niedoboru wody . Z biegiem czasu otjize odpada, usuwając brud i martwą skórę. 

Tu jest ucierana ochra z odpowiedniego kamienia.

W chacie śpi jakiś facet, a nie wygląda na wodza plemienia .

widok z wnętrza chaty 

Kobieta Himba karmiąca piersią małe dziecko. Widać wnętrze chaty, „majątek” zapewne mieści się w walizkach po prawej zamknięte na kłódki. Jest czysto i pachnąco.

Na pierwszym planie ognisko mieszczące się wewnątrz chaty, służy głównie do ogrzewania w chłodne noce.

Pojemniki na otjize, wykonane z rogu i skóry.

i wcieranie otjize w skórę

Opuszczamy wioskę Himba ale spotykamy jeszcze na naszej trasie wielokrotnie tę jakże niezwykłą grupę etniczną, która ciągle nas zadziwia i zachwyca.

Dziś dotrzemy do północnego krańca Namibii, rzeki Kunene i znajdujących się na niej wodospadów Epupa Falls. W języku Herero nazwa „Epupa” oznacza „pianę”.
Szerokość rzeki wynosi w tym miejscu około 500 metrów i tworzy szereg wodospadów na odcinku 1,5 km, z których najwyższy ma około 37 metrów.

Jedziemy „aleją” baobabów, jest ich mnóstwo. Mniejsze, większe i jeszcze większe. Przy wysokości drzewa 25m mogą osiągać średnicę 11m. Na jednym z nich są wbite poziomo w pień „schodki” po których można wdrapać się w okolice korony drzewa.

Monika przytula baobaba 🙂

Jak można być takim debilem i ryć w żywym drzewie?

Droga, droga też jest ważna, nie tylko sam cel …

Jeszcze zanim dojedziemy do lodgy kierujemy się na punkt widokowy na wzniesieniu gdzie mamy wspaniały widok na Epupa Falls.

Restauracja z tarasem zawieszonym nad rzeką pełną krokodyli.

w restauracji Monika dostrzega u jednej z kelnerek fajne klapki, okazuje się, że ma też na sprzedaż … oczywiście transakcja zakończona sukcesem, klapki hand made z używanych opon są juz na jej stopach 🙂

Nasza lodga, miejsce parkingowe nie mieści naszego Hiluxa 🙂

Epupa Falls Lodge prowadzi Koos Verwey były żołnierz. Kiedy tu trafił w maju 1990 roku nie było w tym miejscu zupełnie nic, a już w sierpniu 1991 roku zaczęły powstawać pierwsze miejsca campingowe. Od tego czasu wiele się zmieniło i obecnie mieszka w tym rejonie na stałe około 500 osób, jest posterunek policji i mała klinika. Kolejne lata to zmaganie się z naturą i przeciwnościami. W 2010 roku postawiono 5 lodgy na wysokich palach, które zaopatrzone są w bieżącą wodę ogrzewaną piecami gazowymi z butli umieszczonych pod lodgą, jest energia elektryczna z paneli solarnych. Widać dbałość o spójność z naturą. Bywały też trudne czasy kiedy to zmagano się z dwoma dużymi pożarami i powodzią w 2011 roku.

Koos od samego początku związał się z lokalną społecznością Himba. Zdecydowanie wierzy, że w Afryce istnieje równowaga, jeśli chodzi o współistnienie dzikich zwierząt i ludzi. Ważne jest, aby mieć poparcie i zrozumienie lokalnych społeczności. Pracuje nad ciągłym angażowaniem lokalnych społeczności w turystykę i dąży do poprawy warunków życia ludzi żyjących w tej części Afryki. Koos współpracuje z organizacją Save the Rhino Trust Namibia nauczając ich taktyki walki z kłusownikami. Realizuje również współpracę z ADN – Alzheimer Dementia Namibia

Okno to cała ściana z widokiem na rzekę i wodospady.

Czas na odpoczynek …

Czerwone wino z namibijskiej winnicy.

zamiast telewizora …

i nieco mniejsi mieszkańcy okolicy

o zachodzie słońca w bezpośredniej bliskości wodospadów

i na wzgórzu z punktem widokowym

i spotkanie z maluchami

Na zakończenie dnia coś dla ciała. Dziś szef kuchni proponuje dziczyznę.

Warto wspomnieć o pewnym owocu.

Ondunga ?? W wielu miejscach można kupić w namibii pamiątkę w kształcie kulki, która zwykle posiada mniej lub bardziej wymagające rzeźbienia i może też posiadać zawieszkę. ? Tajemnica owej pamiątki rozwiązała się właśnie nad rzeką Kunene. Otóż okazało się, że są to owoce palmy Makalani – The Real fan palm (Hyphaene petersiana). Owoce tej palmy mają średnicę około 6 cm , drzewo potrafi urodzić nawet do 2.000 sztuk w ciągu roku.

Jeszcze wieczorem umawiam się z gajdem na poranne poszukiwanie krokodyli wzdłuż rzeki Kunene. Wyjście zaplanowane jest na 8.00.

———————————————————–

Dzień 9 ; 5.11.2018

———————————————————–

Noc była ciężka. Szum wodospadów był … nie do zniesienia. Lubię ciszę w nocy i niestety nie mogłem zasnąć bardzo długo:(

… jest gorąco i wilgotno, poruszamy się w górę rzeki tuż przy jej brzegu. Są miejsca gdzie idziemy wyschniętym korytem, mijamy wiele powalonych drzew oraz wiele naniesionych gałęzi i całych drzew z odległych miejsc. Rzeka podczas wysokiego poziomu musi wyglądać przerażająco.

… trzeba być czujnym …

… zamiast krokodyla , jakiś ptak

… i jest !!! pierwszy krokodyl, daleko od nas, maleńki

Tu gdzieś przez chwile w tej gęstwinie był …

Małpki Vervety biegają całymi stadami.

Dobry punkt widokowy na lekkim wzniesieniu. Jednak nic nie wypatrzyliśmy.

… papużki

… przy drugim brzegu jest ponoć krokodyl ale nie byłem w stanie go dostrzec

małpy ostro dyskutowały

Bingo, nawet spory, po drugiej stronie rzeki, jednak połowa cielska schowana.

Palmy , z których pozyskiwany jest napój zbliżony do alkoholu. Ponoć więcej miejscowych ginie spadając ze szczytu palmy niż będąc zjedzonymi przez krokodyle.

Z Epupa Falls wyjeżdżamy dość późno, jest mocno po dziesiątej rano ale nie mamy dziś ciśnienia bo odcinek do przejechania jest dość niewielki. Jedziemy na wschód tuż przy rzece Ruacana Kunene River, która wije się po naszej lewej stronie niczym wąż. Jej szerokość jest zmienna i kiedy ma wysoki stan wody zapewne zmienia zupełnie swe oblicze.

Ostatnie spotkania z Himba. Napotkana starsza kobieta z córką, chce nam sprzedać ręcznie robione wisiorki i bransoletki jednak my mamy nietypowe zamówienie. Po chwili starsza Himba orientuje się , że chodzi nam o ochrę, gdzie pod skleconym prowizorycznie namiocikiem widać, że była ucierana. W cieniu widzimy dwa kamienie, brunatno-czerwone, a po chwili jest już oryginalny proszek – ochry. Młodsza Himba pozuje dumnie do zdjęć niczym zawodowa modelka.

https://youtu.be/0qXlh_R3Mns
Przygotowanie porcji ochry dla nas.

Kolejna grupka dzieciaków Himba obdarowana prezentami. Na uwagę zasługuje nietypowa ozdoba na głowie jednej z dziewczyn,? chyba jakiś woreczek foliowy ?

Camping Kunene River okazał się pięknie położonym nad rzeką, a jakże 🙂 Kunene. Miejsca , aż nadto ponieważ prócz nas była jeszcze tylko jedna ekipa. Wybraliśmy więc najlepsze miejsce z możliwych.

Taras przy barze położony praktycznie ponad rzeką, a po drugiej stronie Angola.

widok z tarasu

Roślinność zupełnie inna niż ta, którą do tej pory mieliśmy okazję oglądać.

i oczywiście fauna , jakby już znana

Rzeka pełna krokodyli, trzeba być czujnym.

o proszę , są i krokodyle

no i łobuzy też są 🙂

oj dały się nam we znaki podczas kolacji i śniadania. Chwila nieuwagi i zakosiły nam cebulę z wnętrza auta.

Vervet monkey – kotawiec sawannowy, koczkodan tumbili, werweta, postrzegany jako szkodnik, kradnie żywność i inne przedmioty ale też niszczy uprawy.

———————————————————–

Dzień 10 ; 6.11.2018

———————————————————–

Noc w namiocie nad rzeką Kunene była spokojna, można było się wyspać mając w pamięci wczorajszą noc nad wodospadem. Nie niepokoiły nas żadne zwierzątka, prócz komarów.

Podczas śniadania musieliśmy znów być bardzo uważni, a naszą podzielność uwagi testowały od samego rana Werwety.

Niby nie jest zainteresowana tym co mamy na stole …

… by po chwili juz na nim być, i kawę pić.

Poranek obudził nie tylko nas, pojawia się wiele gatunków.

Po jakimś drucie szybko przemyka African ground squirrels – wiewiórka ziemna.

wow jest i basen ale woda nie zachęca do kąpieli, jest też odpowiedni znak.

Namiot złożony , czas pakować resztę maneli i w drogę.

Jeszcze chwilka na tarasie …

Infrastruktura wokół recepcji i baru.

I w dalszą drogę. Dziś dojedziemy do wyczekiwanego miejsca, a mianowicie Parku Etosha, w którym czekają na nas dzikie zwierzęta.

Korci nas aby skręcić 🙂 , może następnym razem .

Po drodze kawa na stacji benzynowej jakże odmiennej od tych , które spotykaliśmy dotychczas.

Na ścianie widnieją zdjęcia, górne: prezydent Namibii – Hage Geingob, poniżej: Samuel Daniel ?Shafiishuna? Nujoma – pierwszy prezydent niepodległej Namibii.

I jest , brama do Etosha Park, to nasz „Jurassic Park”

Po kontroli i spisaniu dokumentów …jesteśmy już …

Niemalże tuż za bramą pojawiły się pierwsze zwierzęta, których w Etoshy żyje 114 gatunków. Słonie / elephant / – 3000 sztuk, nosorożce / rhino / – 750 sztuk, zebra Hartmanna – 950 sztuk, zebra Burchella – 21.300 sztuk, impala o czarnej twarzy / Black-faced impala / – 1.500 sztuk, lwy / lion /, lamparty / leopard /, gepardy / cheetah /, hieny / hyena /, elandy / eland /, żyrafy / giraffe /, antylopy: wildebeest i springbok. Co ciekawe w Etoshy nie ma bawołów, hipopotamów, krokodyli ani małp.

Są na wyciągnięcie ręki.

Zebry są najczęściej spotykanym ze zwierząt w Namibii. Są ich dwa gatunki: zebra Hartmanna i zebra Burchella

Również żyrafa ( Giraffe ) jest często spotykanym tu gatunkiem, nie jest bardzo wymagająca jeżeli chodzi o dostęp do wody.

Odkąd wiedziałem, że będę w Afryce chciałem bardzo zrobić zdjęcie pijącej wodę żyrafie, a ta właśnie zamierza to uczynić.

Chyba nas zauważyła.

Żyrafa obgryza górne części drzew akacji : Acacia nebrownii .

Springbok – Skocznik antylopi (Antidorcas marsupialis)

Afrykański jastrząb – African Goshawk

Po wstępnych zachwytach światem zwierząt zmierzamy do naszej Lodgy – Mushara Bush Camp, która jak zwykle nas nie rozczarowała. W recepcji spotykamy znajomą naszej Helmi, dowiadujemy się o historii powstania Lodgy i kierujemy się do naszego namiotu, który ma numer …1 🙂

widok od wejścia

łazienka

Dinner time 🙂

———————————————————–

Dzień 11 ; 7.11.2018

———————————————————–

Kolejne dni spędzamy wyłącznie w Etosha Park, wyłacznie w towarzystwie dzikich zwierząt.

 

c.d. nastąpi – brak czasu

]]>
NAMIBIA 2018 ; part 1 http://huskycruising.pl/2018/09/22/namibia-part-1/ Sat, 22 Sep 2018 08:55:13 +0000 http://huskycruising.pl/?p=17648 day 1, 2, 3, 4, 5, 6 

 


Namibia ponad 2,5 razy większa od Polski, ma zaludnienie 2,4 miliona mieszkańców czyli 3 osoby na 1 km2 !!

W sobotę 27.10.2018 w godzinach popołudniowych mamy lot z Berlina do Frankfurtu i dalej do Windhoek w Namibii. W Berlinie na lotnisku mamy małe zamieszanie z bagażami i o mały włos byśmy nie zdążyli na samolot. Jednak udało się 🙂 Jesteśmy w samolocie, 1,5h godziny lotu do Frankfurtu , tam oczekiwanie na opóźniony lot liniami Condor do Windhoek. Bardzo dłuuuugi i męczący lot i około 9 rano jesteśmy na płycie lotniska, które jest oddalone od stolicy jakieś 40 minut jazdy.

 

Do przejścia z płyty lotniska do budynku jest spory kawałek, ale dobrze jest rozprostować kości po tak długim locie. Jeszcze chwilka i przekroczymy granicę…

Na lotnisku czeka na nas Markus, pracownik Helmi i Jurka Mazgaj z Bocian Safaris. To z nimi przez ostatnie pół roku pisaliśmy e-maile ustalając szczegóły naszego wyjazdu.

Jeszcze wymiana kilku euro na lokalną walutę NAD , dolary namibijskie i w drogę. Na parkingu czeka na nas Toyota Hilux, która jak się okazuje za 40 minut będzie naszym, środkiem transportu i po części domem przez kolejne 14 dni.

Jedziemy do Arebbusch Travel Lodge w Windhoeku, gdzie Helmi i Jurek mają swoją bazę i gdzie na nas czekają. Na miejscu zapoznajemy się z autem – ale, ale – auto jest zepsute 🙂 ma kierownicę z prawej strony, tak, tak, w Namibii obowiązuje ruch lewostronny. Następuje prezentacja sprzętu campingowego. Jest wszystko co potrzebujemy: namiot dachowy (nawet dwa, możemy wynajmować gdzieś po drodze :), stolik, krzesełka, gary, lodówka. We czwórkę jedziemy do pobliskiego centrum handlowego po zakupy i w drogę.

Zdjęcie zrobione tuż przed wyjazdem na trasę.

Dzień 1 ; 28.10.2018

Późnym popołudniem wyruszamy we dwójkę w nieznaną Namibię. Nie licząc Egiptu i Cabo Verde jest to nasz pierwszy kontakt z Afryką.

Jedziemy na południowy – zachód, początkowo równiutką jak stół drogą asfaltową ale wkrótce spotkamy się z drogami szutrowymi, które stanowią tu chyba 99% wszystkich dróg.

Kilkanaście kilometrów na południe za Rehoboth jest nasz pierwszy punkt programu – Zwrotnik Koziorożca, Tropic of Capricorn. Jeden z trzech na jakich tu będziemy. Ten za Rehoboth jest mniej turystyczny niż kolejny znajdujący się na trasie na północ od Solitaire, a trzeci jest całkiem w interiorze i niewielu podróżników do niego dociera.

Zawracamy w kierunku Rehoboth, by tuż przed nim skręcić na zachód w interior, szutry, szerokie szutry ukazują się naszym oczom. Zatrzymuję się aby zmniejszyć ciśnienie w kołach i w tym momencie wymija nas bardzo szybko jadąca osobówka. Jak się za chwilkę okazało nieopodal był śmiertelny wypadek, jakiś pickup dachował na zakręcie. 

Droga po, której jedziemy jest znana jako Spreetshoogte Pass.

Jest to przełęcz w środkowej Namibii , która łączy Pustynię Namib z Górą Khomas, na drodze z Rehoboth do Solitaire. Jedna z najwyższych dróg w kraju znajdująca się na wysokości 1.780 mnpm. Osiąga nachylenie do 22% i jest jedną z najbardziej stromych dróg w południowej afryce.

Droga jest wyjątkowo stroma, ostre zakręty i strome wzniesienia, zapewniają niezrównane widoki na dramatyczny krajobraz poniżej przełęczy.

Powierzchnia drogi jest żwirowa, ale najtrudniejsze odcinki wykonane są z kostki brukowej. Jest to pasmo, które obejmuje największą różnicę wysokości, pokonując prawie 1000 metrów w odległości 4 kilometrów  drogi. W górnej części przełęczy znajduje się punkt widokowy, z którego roztacza się malowniczy widok na pustynię Namib.

Po tych spektakularnych widokach jedziemy w kierunku Solitaire, w którym dziś się nie zatrzymujemy, zbliża się zmierzch, a mamy jeszcze kilka kilometrów do pokonania.

 

Około 60 km przed Sesriem mamy zaplanoway pierwszy nocleg w Namibii. Już z daleka widzimy, że będzie to przepiękne miejsce.

Moon Mountain Lodge to ultra-luksusowe namioty położone u podnóża Gór Naukluft. Namioty mają oddzielną łazienkę, do której przechodzi się po kładce, widok z sypialni i łazienki jest panoramiczny. Nawet siedząc na kibelku, bądź kąpiąc się w wannie jest przepiękny widok na bezkresne obszary pustyni.

Pierwszy dzień kończy się kolacją z winem na tarasie z widokiem na pustynne równiny i skamieniałe wydmy w oddali.

 

Dzień 2 ; 29.10.2018

SOLITAIRE – miasteczko z około 70 letnią historią, która zaczęła się w 1948 kiedy Willem Christoffel van Coller kupił 33000 hektarów ziemi by założyć farmę ukierunkowaną na hodowlę owiec. Nazwę Solitaire wymyśliła jego żona. Na pustkowiu powstała farma, kaplica, sklep i stacja benzynowa. Z czasem wybudowano piaszczysty pas startowy dla awionetek. Obecnie Solitaire wchodzi w skład obszaru Solitaire Land Trust, którego zadaniem jest m.in. ochrona wielkich trawiastych przestrzeni.

Stacja benzynowa
Tankujemy do pełna.
Naklejam swoją naklejkę, lewa tablica, prawy górny kwadrat.

Co powoduje , że Solitaire to legenda? To napewno stare samochody, a raczej wraki. Ponoć jest to miejsce gdzie stare samochody trafiają do nieba.     

Słynna na cały świat jest też ? szarlotka! Tak! Szarlotka, apple pie,? Ta szarlotka stała się jedną z legend Namibii podobnie jak jej twórca. Wytwarzana jest w ?Moose? McGregor Desert Bakery. Ponad 20 lat temu w Solitaire osiadł Szkot ? Percy Cross ?Moose? McGregor, który postanowił założyć tu? piekarnię. To najbardziej pustynna piekarnia i cukiernia na świecie. Pomimo, że wszystko tu jest pyszne to jeden produkt zdumiewał wszystkich?. szarlotka! Obecnie jest to produkt masowy i moja Monika piecze zdecydowanie lepszą 🙂

 

Po zatankowaniu i odpoczynku przy kawie jedziemy na południe do Sesriem gdzie dzisiejszą noc spędzimy na campingu. 

 

Pustynia Namib – Namib w języku nama oznacza „olbrzymi”, a w innym tłumaczeniu „miejsce gdzie nic nie ma”. Od tego też słowa pochodzi nazwa Namibii. 

Przez jej teren przepływa rzeka Kuiseb, która przez większą część roku jest wyschnięta. Dzieli ona Namib na dwie części. Część północna to skalista wyżyna, dochodząca na zachodzie do oceanu, a rejon ten nosi nazwę Wybrzeża Szkieletowego i jest chroniony jako park narodowy.

Południowa część ma charakter piaszczystej równiny z przemieszczającymi się wydmami. Piasek w pobliżu wybrzeża jest żółty, zaś w głębi lądu przybiera odcień ciemnoczerwony. Łańcuchy wydm przebiegają w kierunkach północ-południe i osiągają wysokość do 200 m oraz długość 50 km. Najwyższe wydmy znajdują się w środkowej części pustyni koło Sossusvlei, mają one nawet ponad 300 m wysokości. W ciągu dnia temperatura piasku może osiągnąć ponad 80 stopni Celsjusza. Pustynię Namib uznaje się za najstarszą na świecie, ma ona ok. 80 mln lat.

 

Sesriem to niewielka osada, na terenie, której jest główna brama wjazdowa do największej atrakcji tego rejonu Sossusvlei. Jest tu camping, sklepik z podstawowymi artykułami, stacja benzynowa.

W okolicy jest też Sesriem Canyon, druga po Sossusvlei atrakcja tego rejonu. Przez buszmenów uważany za miejsce święte. Jest to naturalny kanion wyrzeźbiony przez rzekę Tsauchab w miejscowej skale osadowej na przestrzeni ostatnich 2 milionów lat, o długości około kilometra i głębokości do 30 metrów. 

Nazwa „Sesriem” pochodzi z języka afrikaans i oznacza dosłownie „sześć pasów” (bo tyle ich trzeba było połączyć, aby sięgnąć dna i naczerpać wody).

Wracamy na camping, w recepcji kupujemy Permit – bilet do Sossusvlei i rozkładamy się pod drzewem przygotowując posiłek.

Dokarmiamy też dzikiego lokatora naszej miejscówki mieszkającego w drzewie. Ze skórki mandarynki zrobiliśmy poidełko.

Dzień dla nas jeszcze się nie skończył. Wpadam na genialny pomysł aby jeszcze dziś wieczorem pojechać do Sossusvlei i tym samym oszczędzimy sobie wczesnej pobudki następnego dnia. 

Droga za bramą jest …. asfaltowa 🙂

Tuż przy drodze, po lewej stronie mamy Dune 45, dlaczego 45? bowiem stoi na 45 kilometrze pomiędzy bramą  łączącą Sesriem i Sossusvlei. Siega 170 mnpm, utworzona została z piasku liczącego 5 milionów lat naniesionego przez Orange River z pustyni Kalahari.

Słońce szybko zachodzi więc nie ma co zwlekać, jedziemy dalej. 

Kiedy asfalt się kończy zaczyna się prawdziwa zabawa, napęd 4×4.

Jedziemy kilka kilometrów , jeszcze czeka nas piesza wędrówka około kilometra.

I naszym oczom ukazuje się … Deadvlei

Deadvlei – „martwe bagno” .Około 1000 lat temu wdarły się tu wody wezbranej rzeki Tsauchab. Na podmokłym terenie wyrosły akacjowe drzewa. Jednak klimat stawał się coraz surowszy, a wydmy całkowicie odcięły dopływ wody. Drzewa uschły, a ich spalone słońcem kikuty zachowały się do dnia dzisiejszego. Poczerniałe, twarde jak kamień, sterczą z jasnego gliniastego podłoża i nadają okolicy surrealistyczny charakter. Rdzawoczerwone wydmy otaczające to cmentarzysko, uważane są za najwyższe na świecie. Jedna z nich, zwana „Big Daddy” sięga 400 metrów!

Czas wracać aby zdażyć przed zamknięciem bramy.

Słońce daje dłuuuugie cienie.

Juz po zachodzie słońca jesteśmy na campingu.

 

Dzień 3 ; 30.10.2018

 

Miejsca campingowe są bardzo dobrze zorganizowane. Jest drzewo, które daje cień, jest kran z wodą / w drzewie / , jest prąd, jest nawet oświetlenie, jest miejsce na ognisko lub grila. 

wspomniany kran z wodą

Po śniadaniu jedziemy na północ, dzisiejszym naszym celem jest 
Swakopmund.

Po trasie mamy po raz trzeci wizytę w Solitaire, gdzie tankujemy oraz zamawiamy sobie kawę i szarlotkę.

Nieprawdopodobne, że ten dystrybutor jeszcze działa 🙂

No starczy już tego marudzenia, daleka droga przed nami i wiele atrakcji. 

Drugi już znak informujący, że przekraczamy Zwrotnik Koziorożca. Już z daleka zauważyliśmy po przeciwnej stronie drogi autobus z wycieczką. Upłynęło troszkę czasu zanim dopchaliśmy się do aby zrobić kilka zdjęć.

W oczekiwaniu na nasz czas.

Za nami tworzy się już kolejka, ustępujemy miejsca i jedziemy dalej. Droga dostarcza emocji tym bardziej , że  jedziemy trasą zaliczaną do niebezpiecznych dróg w Namibii, a mianowicie Gaub Pass. To przełęcz na wysokości 750 m nad poziomem morza, położona wzdłuż Gór Naukluft. Żwir i piasek, niesamowita przejażdżka po niezliczonej ilości ostrych zakrętów wijących się w dół do rzeki Gaub.

Gaub Pass jest za nami, a przed nami jeszcze chyba piękniejsza przełęcz Kuiseb Pass. Przebiega na wysokości 905 mnpm i jest zaliczana do jednej z najwyższych dróg w kraju. Droga przecina Kanion Kuiseb i w porze deszczowej jest nie przejezdna.

Nie jedziemy bezpośrednio na zachód w kierunku oceanu, a wybieramy nieco ciekawszą trasę, która prowadzi na południe prawie do samych diun i wzdłuż rzeki Kuiseb dalej na zachód.

Przed nami Zebra Pan, w oddali widzimy dziwne konstrukcje, które wyglądają jak anteny. Jest to Namib Desert Atmospheric Observatory (NDAO). Mijamy ogromną granitową górę i strzeżone zabudowania Gobabeb Training and Research Centre.

Wkrótce na drodze pojawia się niepozorny znak, to jest ten trzeci oznaczający Zwrotnik Koziorożca.

Jedziemy drogą, która jest równoległa do rzeki Kuiseb i znajdujących się za nią w oddali diun.

Cmentarz na pustyni

Zaczynają pojawiać się niewielkie wioski i zabudowania.

Jest nawet myjnia

Kiedy już jesteśmy niedaleko Walvis Bay i jedziemy równolegle do oceanu, pogoda pogarsza się znacznie. Temperatura spada, widoczność też bowiem jest silny wiatr, który nawiewa piach i pył . Miejscami musimy mocno zwalniać. 

W Walvis Bay spotykamy się z Helmi i Jurkiem i idziemy na pyszną kolację do Anchors Restaurant.

Atmosfera jest bardzo miła ale my mamy jeszcze 40 km do Swakopmund gdzie dziś nocujemy. Już po zmroku docieramy na miejsce do Desert Breeze Lodge.

Jest troszkę chłodno 🙂 , rozpalamy więc kominek, winko….

 

Dzień 4 ; 31.10.2018

 

Jak tu wstać skoro za oknem mamy taki piękny widok ?

Jednak trzeba się zbierać, mamy dziś napięty plan. Plusem jest to, że nie musimy się pakować bowiem nocujemy w tej samej Lodgy.

Po śniadaniu jedziemy do centrum Swakopmund kupić permit upoważniający nas do wjazdu na Welwitschia Road. Biuro mieści się w zabytkowym budynku.

Tankujemy do pełna i w drogę.

Welwiczja przedziwna, osobliwa (Welwitschia mirabilis Hook f.), pustynna roślina, określana jako żywa skamieniałość. Karol Darwin uznał ją za ?odpowiedź świata roślin na dziobaka?. Jej korzeń osiąga 30 metrów długości. 

Roślina opisywana jak jedna z najdziwniejszych, która wykształca zaledwie dwa liście. Jej pień jest gruby i krótki, w większości schowany pod ziemią, osiąga do 50 cm wysokości i 120 cm średnicy, rozszerza się ku górze. Im roślina starsza, tym bardziej jej łodyga rozrasta się, aż zaczyna przypominać płytę (szerokości do ok. 1 m).

W zasadzie wygląda jakby przejechał po niej konwój 200 aut terenowych.

Przy drodze, którą jedziemy rośnie niezliczona ilość tej rośliny. Są okazy mniejsze i większe.

Większość miejsc jest oznaczona kręgami z kamieni.

Roślinka wygląda niepozornie

Spotkać można też oznaczenia płciowości. Męskie kwiaty wytwarzają czerwony pyłek, który przenoszony jest do kwiatów żeńskich przez pluskwiaki, prawdopodobnie także przez wiatr. Owady wabione są do kwiatów męskich słodkim nektarem

Kwiaty żeńskie skupione są w kwiatostanach podobnych do męskich, ale nieco większych.

Kierujemy się do największej roślinki w tej okolicy , która jest chroniona i jest ogrodzona, a do obserwacji jest specjalny podest. Szacuje się jej wiek na 1000 do 1500 lat.

Ciekawostką może być fakt, że roślina ta znajduje się na herbie Namibii i oznacza wytrzymałość, przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku i wytrwałość wbrew wszelkim przeciwnościom.

Najstarsze skamieliny tego gatunku pochodzą sprzed 13,5 mln lat. Nie stwierdzono różnic między skamieniałościami i roślinami współczesnymi.

Kierujemy się na zachód by podziwiać księżycowy krajobraz.

To całkowicie jałowa i skalista pustynia. A surowy, nagi i niegościnny krajobraz stał się ulubieńcem przemysłu filmowego w ostatnich latach. To granity damarskie, które przez ostatnie 460 milionów lat ulegały wypiętrzeniom i erozji utworzyły tzw. „Badlands”

Swakop River okazała się po ostatnich ulewach niedostępna. Koryto rzeki , które zwykle jest drogą zmieniło się nie do poznania. Przejazd zajął by nam wiele godzin

https://youtu.be/qZEnf0mk9ew

Wracamy do Walvis Bay i jedziemy do …Sandwich Harbour

Jesteśmy już mocno spóźnieni. Mieliśmy umówiony wjazd do Sandwich Harbour na 12.00 , więc wiemy już że nie zdążymy. Telefonicznie informujemy o naszym spóźnieniu.

Sandwich Harbour, znany również jako Sandwich Bay , Sandvishawe , Sandvisbaai i Sandfisch Bai to obszar na wybrzeżu Namibii, który obejmuje zatokę na północy i lagunę na południowym krańcu. Dawniej zatoka była portem handlowym średniej wielkości, opartym na połowach wielorybów ale obecnie jest najlepiej znana z życia ptaków w lagunie na południe od zatoki.

No nie tylko z tego 🙂 Niesamowitym doznaniem jest dojazd do laguny wąskim pasem plaży , który często jest zalewany przez fale atlantyku. Niestety nie ma gdzie uciec bowiem fale odbijają się od wysokich diun. Jedyne takie miejsce na ziemi.

Po drodze od Walvis Bay spotykamy niezliczone ilości ptaków, powyżej kormorany. Bywa też tak, że ocean wyrzuci na plażę wieloryba.

Zatoka otwiera się na północ i ma około 4,2 km długości i 4 km szerokości. Na południe od zatoki znajduje się płytka laguna. Laguna ma 3,7 km długości i 1 km szerokości i jest ograniczona piaszczystą pustynią po jej wschodniej stronie. 

Jedno z najwęższych miejsc.

Video z przejazdu tą „drogą”

https://youtu.be/fTVEHGj4t-k

Dojazd do laguny jest częściowo pasem wąskiej plaży , a cześciowo po diunach. Co dostarcza wielu ekscytujących wrażeń.

Widok z diuny na północ

i Sandwich Harbour w całej okazałości.

W latach trzydziestych rozpoczęto ambitny projekt budowy wyspy guano w lagunie. Niestety, szakale mogły przejść na wyspę podczas odpływów i przegonić ptaki. 

Z plaży wjeżdżamy na wysokie diuny i zaczyna się Dune Bashing.

Diuny na wybrzeżu mają niespotykany ciemny odcień.

Widok ze szczytu diuny w dół w kierunku oceanu. Praktycznie na ma miejsca na przejazd samochodu , …. a jednak.

Czym późniejsza pora dnia tym światełko ładniejsze ale musimy się zbierać.

Nasz dostawca dzisiejszych wrażeń , Pieter z Mola-Mola 

Kolacja w Anchors @ the Jetty Restaurant w Walvis Bay

Spotykamy się z Helmi i Jurkiem

Pelikany może i nie są najpiękniejszymi ptakami morskimi, ale ich wdzięczny lot rekompensuje ich „brzydotę”. Rozkładając swoje gigantyczne skrzydła na rozpiętość prawie czterech metrów, latają w formacjach przypominających samoloty bombowe z II wojny światowej, tworząc wzór litery V. Są jednak także samotnymi lotnikami. Fascynujące jest zobaczenie, jak rozciągają swoje długie skrzydła, a jednocześnie biegną na mocnych różowych nogach i żółtych, płetwiastych stopach. Po tym wielkim wysiłku, kiedy ciężkie ciała unoszą się w powietrzu, stają się najbardziej eleganckimi ptakami, osiągając wysokość do 1 700 metrów. W locie wyglądają naprawdę imponująco.

Późnym wieczorem wracamy do Swakopmund na nocleg.

 

 

Dzień 5 ; 1.11.2018

 

Dziś troszkę czasu spędzimy na wybrzeżu by po południu znów wrócić na pustynię.

Jedziemy do centrum miasta Swakopmund, z zamiarem zrobienia zakupów i połażenia po mieście. Parkujemy na parkingu przy sklepie Spar. Nieopodal napotykamy Galerię Kryształów … w zasadzie nie chcemy tam wchodzić ale Monika nalega.

Swakopmund to 45000 kurort nadmorski z niemiecką architekturą kolonialną. Został założony w 1892 roku jako główna przystań dla niemieckiej południowo-zachodniej Afryki.

Zaglądamy też do sklepiku gdzie kupujemy pierwsze pamiątki z Namibii

Czas nagli, trzeba ruszać w drogę. Jedziemy na północ do Cape Cross Seal Reserve, a po drodze mamy wrak statku i lunch w Hentiesbaai.

Trawler rybacki – Zeila zerwał się z liny holowniczej w 2008 roku i osiadł na mieliźnie. Jest obecnie atrakcją turystyczną.

14 km od wraku jest mała miejscowość Hentiesbaai gdzie dwójka wspaniałych polaków Asia i Tomek prowadzi restaurację GoFishy Restaurant. Wpadamy tam na kawę i zimne napoje, ustalamy, że w drodze powrotnej z Cape Cross zajedziemy na lunch. Tak też uczyniliśmy. Gorąco polecamy to miejsce.

Jadąc dalej na północ drogą solną docieramy do ciekawego miejsca z dwóch powodów: historia i foki.

Cape Cross – w 1485 roku dotarł w to miejsce portugalski odkrywca Diego Cao jako pierwszy europejczyk. Z tego też powodu w hołdzie dla króla Portugalii Jo?o II postawił w tym miejscu krzyż –  Padr?o , który ważył 360 kg i był wysoki na 2m. W 1893 roku, niemiecki żeglarz, kapitan Becker z Falke usunął krzyż i zabrał go do Niemiec. W następnym roku, na polecenie Cesarza Wilhelma II , wykonano replikę krzyża z oryginalnymi napisami w językach łacińskim i portugalskim, jak i okolicznościowym napisem w języku niemieckim. Krzyż postawiono w miejscu, obok drugiego krzyża, wykonanego z doleritu, który został wzniesiony w 1980 roku na miejscu pierwotnego krzyża Cao.

Ale Cape Cross to też Cape Cross Seal Reserve ,jest domem dla ogromnej kolonii uchatek – Arctocephalus pusillus, największego z 9 znanych gatunków. Występują one tylko na wybrzeżu południowej Afryki. W listopadzie i grudniu, kiedy młode przychodzą na świat, aż 250 tysięcy uchatek gromadzi się w jednym miejscu. Samce, które mogą ważyć do 360 kg , zaczynają przybywać w październiku aby zarezerwować ziemię dla swoich samic, po czym, około 90% młodych rodzi się w ciągu 34 dni. Miejsce robi ogromne wrażenie, też z powodu zapachu.

W drodze powrotnej jemy lunch w GoFishy i mkniemy na pustynię do Spitzkoppe

Do Spitzkoppe docieramy późnym wieczorem. Nasza Lodga mieści się wewnątrz labiryntu skał i kiedy już widzieliśmy bramę okazało się, że jest zamknięta. Wisi kłódka , nie ma żadnego człowieka, o co chodzi? Lekki stresik, zamieszanie. Do Lodgy prowadzą dwie bramy: główna i boczna, a my jesteśmy właśnie przy tej drugiej. Musimy objechać kilka górek i w końcu jesteśmy we właściwym miejscu.

Nasza Spitzkoppen Lodge położona jest w północnej części kompleksu skał. Jej lokalizacja robi na nas ogromne wrażenie.

Dzień 6 ; 2.11.2018 ; Spitzkoppe – Palamwag

Szkoda, że nie możemy spędzić tu więcej czasu. Okolica jest przepiękna. Spitzkoppe jest nazywany „Matterhornem Namibii”. Sa to granitowe skały, których pochodzenie liczy sobie około 120 milionów lat, a najwyższy szczyt ma 1728 mnpm.

Wschód słońca przynosi nowe , jeszcze piękniejsze widoki.

Plan jest taki aby zobaczyć popularną atrakcję w tej okolicy, która stała się tłem do wielu filmów oraz teledysków.

The Rock Arch, to o nim mowa. Dostajemy klucz do bramy, przez którą wczoraj wieczorem nie mogliśmy się dostać na teren Lodgy. Droga , która przez nią prowadzi jest znacznie krótsza i zaoszczędzi to nam czas.

Monika za chwilkę będzie wdrapywać się pod łuk. Co nie jest takie proste 🙂

Tuż przed brama na drzewie zauważamy resztki jakiejś zwierzyny. Ktoś tu miał niezłą ucztę.

Szybciutko zabieramy swoje bagaże i dalej w drogę na północ.

Przed nami znów otwierają się bezkresne połacie pustyni.

Pustyni, która przypomina o swojej bezwzględności.

Zniszczone budynki i sterczące resztki ścian.

I w tym niegościnnym terenie pojawia się magia kolorów. Na drodze z daleka zauważamy wirujące kolorowe postaci, a jest wczesna pora więc jeszcze nic nie piliśmy. Może to wpływ Malarone? , który przestaliśmy zresztą łykać.

Kiedy bliżej podjechaliśmy okazało się, że to dwie kobiety Herero tańcząc na drodze w ten sposób zachęcało nas do zatrzymania się przy ich prowizorycznym stoisku z ich własnoręcznymi wyrobami ludowymi.

Monika postanowiła zakupić laleczkę, która jest znacznie odmienna od tych , którymi bawią się nasze dzieci.

Na trasie mamy niewielka osadę Uis, która kiedyś słynęła z wydobycia cyny. Z czasów świetności pozostało ogromne białe składowisko odpadów rudy. Tankujemy, kawa z ekspresu przelewowego, siku i dalej w drogę.

Oznaczenia na drzwiach toalety

Podróżowanie po pustynnych szlakach wydawać by się mogło nudne i monotonne. Jednak tak oczywiście nie jest i poza nieprawdopodobnymi krajobrazami spotykamy miejscowych ludzi w najmniej oczekiwanych miejscach. 

Kolejny straganik sklecony z czegokolwiek znalezionego w okolicy, a w nim kobieta Herero z gromadką dzieci. Trójka maluszków jest żywo zainteresowana naszą wizytą, nieco starszy młodzieniec po chwili się oddalił. 

Dla maluszków mamy przygotowane zabawki, z których bardzo się ucieszyły, a kobieta dostała wodę i coś do jedzenia.

Niektóre przydrożne stragany mają ciekawą scenografię, która ma za zadanie przyciągnąć uwagę i spowodować zatrzymanie się.

Czaszka słonia przestaje być czymś nadzwyczajnym.

Kolejną zaplanowaną atrakcję o mały włos bym ominął, upsss… po hamulcach i wsteczny. Po prawej stronie drogi znajduje się „Petrified forest”, Skamieniały las”. Parkujemy auto pod wiatą, kupujemy bilet wstępu i dostajemy osobistego przewodnika po terenie.

Na terenie, który jest ogrodzony znajduje się kilkaset skamieniałych drzew, często pod ziemią. Oraz przynajmniej dwa, które wystają nieco ponad powierzchnię ziemi i mierzą około 45 metrów długości.

Drzewa trafiły w to miejsce prawdopodobnie w wyniku powodzi, przykryte piaskiem nie miały dostępu powietrza i uległy silikacji.

Miejsce jest uznane za Pomnik Narodowy. 

Każda pojedyncza komórka jest skamieniała, jednak kolor i wygląd pozostał ten sam – jak drzewo.

A miało być po drodze kilka punktów z grupą etniczną Herero? Niestety z niewiadomych nam przyczyn wszystkie były opustoszałe. Z głównej drogi skręcamy na południe. Jedziemy do Twyfelfontein ? stanowiska archeologicznego, będącego jedynym na terytorium tego kraju obiektem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jego najważniejszymi elementami są ok. 2 tysiące petroglifów, pochodzących z pierwszego tysiąclecia przed i pierwszego tysiąclecia naszej ery. Na miejscu okazuje się, że cała wycieczka może potrwać około 3 godzin pod gołym niebiem – odpuszczamy.

Nieopodal są tzw. „Organ Pipes” ,czyli kolumny bazaltowe, które powstały około 150 milionów lat temu. Nie są imponujące po tym jak widziało się znacznie większe na Islandii.

Podwozimy jednego z pracowników do wioski położonej kilka kilometrów od Organ Pipes.

W oddali zauważmy autobus, który stoi przy drodze tuż przy Damara Living Museum, a w środku nikogo nie ma. Zamknięta wcześniej wioska, jak nam się wydawało, jest otwarta. Jednak na zewnątrz nikogo nie ma. Po chwili kręcenia się autem po parkingu, podbiega do nas jakiś chłopak w stroju damara. Okazuje się, że w zasadzie już kończą dzień, mają ostatnią grupę i nie mogą nas przyjąć. Jednak nasz urok osobisty sprawił, że dał się namówić … i weszliśmy do środka. To ten chłopak z poniższego zdjęcia 🙂

Teren wioski otoczony jest z jednej strony skałami, a z innych ogrodzeniem. Wewnątrz można zauważyć kompletną wioskę, która … żyje.

Przedstawienie trwa, właśnie odbywają się pokazy tańca.

Tyle zdjęcia, a poniżej video tak to wygląda w rzeczywistości.

https://youtu.be/0L80HES60PE
https://youtu.be/lq8u_aHy-kY
https://youtu.be/JeWlkaWTykM

Po tańcach opowiadano nam w ojczystym języku Damara jakim jest Khoekhoe z charakterystycznymi „kliknięciami” o zastosowaniu roślin w codziennym życiu. Oczywiście tłumaczono nam symultanicznie na angielski 🙂

Pokazywano jak można jak rozpalić w kilka minut ognisko oraz jak kuć żelazo w tymże ognisku.

Wioska wygląda bardzo naturalnie i realistycznie.

Ten maluszek z powyższego zdjęcia na koniec dostaje od nas mały samochodzik, z którego bardzo się ucieszył.

Troszkę przedstawienie się przedłużyło , a „aktorzy” mają jeszcze kawałek do swojej wioski więc podwozimy małą gromadkę naszym samochodem.

Przed nami jeszcze troszkę jazdy do Palmwag. Drogi przepiękne.

Mocno zmęczeni dzisiejszym dniem jesteśmy przy bramie rezerwatu przyrody Palmwag, jeszcze kilkaset metrów i będzie nasza lodga. Kiedy już jesteśmy w recepcji, dowcipny pracownik wmawia nam, że nasza lodga jest położona kilkadziesiąt kilometrów dalej … jakoś nie łapiemy dowcipu.

Po chwili możemy odpocząć i zjeść kolację.

Nasza Lodga umieszczona jest na lekkim wzniesieniu , poniżej tuż przy wysychającej rzece Uniab jest jeszcze kilka namiotów. Zostaliśmy ostrzeżeni aby po zmroku nie opuszczać lodgy, ponieważ mogą kręcić się tu zwierzęta.

ciąg dalszy Namibia 2018  ; part 2

]]>
CABO VERDE 2015/2016 http://huskycruising.pl/2016/01/10/cabo-verde-20152016/ Sun, 10 Jan 2016 16:51:06 +0000 http://huskycruising.pl/?p=14624 Tym razem lajtowa, samolotowa wycieczka jednak z małym wątkiem Toyotowo offroadowym na wyspy należące do kontynentu Afryki

Cabo Verde czyli Wyspy Zielonego Przylądka, ukrywają dziewicze miejsca z przepięknym miękkim piaskiem, poprzeplatane pasami zastygłej czarnej lawy, splecione stromymi górami.

Wypoczynek i miejsce noclegów mieliśmy na wyspie Sal, którą zwiedziliśmy podczas jednego dnia podróżując Toyotą Hilux. Odwiedziliśmy portowe miasteczko Palmeira, w którym kupiliśmy parę drobiazgów od lokalnych rzemieślników. Chodziliśmy po dużym polu lawy – Buraconu, gdzie lawa zastygała wpadając do oceanu. Wpatrywaliśmy się w Olho Azul – Niebieskie Oko, naturalne kąpielisko w jaskini. Przemierzaliśmy pustkowia pustyni do serca obszaru Terra Boa – Dobra Ziemia gdzie można obserwować zjawisko fatamorgana. Nie umknął naszej uwadze słony klejnot wyspy na jej wschodnim wybrzeżu Salinas Pedra de Lume, niecka solna zamknięta ze wszystkich stron górami.

Małym turbośmigłowym ATRem dotarliśmy w 19 osób na wyspę Sao Vicente, gdzie przesiedliśmy się na prom i popłynęliśmy na wyspę Santo Antao

IMG_5222

BLOZ4782

Plaża przy hotelu

HUS_8154 HUS_8156 HUS_8158 HUS_8197 HUS_8213

Nasz środek lokomocji po wyspie Sal, Toyota Hilux – oznaczona naszym logo 🙂

HUS_8216

Małe saliny nieopodal miasteczka Santa Maria

HUS_8223

Kupki soli

HUS_8226 HUS_8228 HUS_8239

Chatka letnia do wynajęcia 🙂

HUS_8240 HUS_8241

Plaża kiteboardowców, dziesiątki latawców w powietrzu i na ziemi

HUS_8245 HUS_8253 HUS_8280

Port Pedra Lume tuż przy Salinie

HUS_8281 HUS_8291

Widoki z góry na Salinas Pedra de Lume

HUS_8293 HUS_8296 HUS_8298 HUS_8300 HUS_8302

Jeziorka solne z wytrąconą już solą

HUS_8303 HUS_8304

To nie śnieg to sól

HUS_8307 HUS_8309 HUS_8310

Wykuty w skale tunel dla ludzi i pojazdów i powyżej wykuta przestrzeń do dawnego transportu soli kolejką linową

HUS_8311 HUS_8313 HUS_8314 HUS_8317

Jesteśmy juz w stolicy Sal mieście Espargos, a poniżej widoki ze wzniesienia z antenami satelitarnymi

HUS_8318 HUS_8319 HUS_8322 HUS_8323

Podróżujemy wśród slamsów w kierunku Terra Boa

HUS_8324 HUS_8325 HUS_8330 HUS_8331

Kompletne pustkowie i na nim „BAR” .. z rękodziełem oczywiście

HUS_8340 HUS_8341

Na zachodnim brzegu wyspy jest atrakcja turystyczna Buracona, zastygłe pole lawy

HUS_8345 HUS_8352 HUS_8354 HUS_8356 HUS_8358 HUS_8360 HUS_8362 HUS_8363

Nieco na południe docieramy do portowego miasteczka Palmeira

HUS_8364 HUS_8365

Tu nas oblegają lokalni sprzedawcy ze swoimi wyrobami

HUS_8367 HUS_8371 HUS_8372

Czas na lunch 🙂 Jemy langustę i lokalny przysmak „cachupa”

HUS_8373 HUS_8374 HUS_8378

To juz tereny naszej plaży nieopodal Santa Maria

HUS_8382 HUS_8383 HUS_8385 HUS_8386 HUS_8387 HUS_8388 HUS_8389 HUS_8392

Frontowa ściana hotelu, idziemy na spacer do Santa Maria

HUS_8397 HUS_8402

Sklep z wyrobami z materiałów wtórnych

HUS_8405

Trafiamy do galerii obrazów lokalnego artysty Lamp,a

HUS_8415 HUS_8418 HUS_8420 HUS_8423 HUS_8424 HUS_8426 HUS_8427

i sam Lamp z Moniką

HUS_8429 HUS_8431 HUS_8435 HUS_8437 HUS_8438 HUS_8439

Hotel w noworoczną noc

HUS_8445 HUS_8446 HUS_8448 HUS_8449 HUS_8450 HUS_8451 HUS_8457 HUS_8461

oj wcześnie dziś musieliśmy wstać 🙁 , lecimy na Sao Vicente

HUS_8464

Cali i zdrowi lądujemy na lotnisku im. Cesaria Evora, która pochodzi właśnie z tej wyspy

HUS_8466

Jej pomnik przed lotniskiem

HUS_8467

Przesiadka na prom i kierunek Santo Antao

HUS_8473 HUS_8477

Na schodach tłum przewodników

HUS_8479

Skromne śniadanko w bardzo przyjemnej knajpce, którą prowadzi portugalczyk

HUS_8481 HUS_8482 HUS_8483

widok z kanjpki na ocean oczywiście 🙂

HUS_8485

I wyruszamy zwiedzać wyspę, podróżujemy po niewątpliwej atrakcji – starej 36 kilometrowej drodze, którą budowali niewolnicy przez 12 lat, a łączy ona miasta porto Novo i Ribeira Grande

HUS_8489 HUS_8490 HUS_8493 HUS_8494 HUS_8495 HUS_8496 HUS_8497 HUS_8498 HUS_8500 HUS_8501 HUS_8502 HUS_8503 HUS_8504 HUS_8505 HUS_8506 HUS_8507 HUS_8509 HUS_8513 HUS_8514 HUS_8516 HUS_8519 HUS_8520 HUS_8525 HUS_8530

Krater wulkanu Cova, na którego dnie żyzna gleba pozwala na uprawianie roślin

HUS_8532 HUS_8533 HUS_8535 HUS_8537 HUS_8543 HUS_8547 HUS_8548 HUS_8550 HUS_8552 HUS_8556 HUS_8557 HUS_8559 HUS_8561 HUS_8564 HUS_8566

Na całej wyspie gdzie tylko teren na to pozwala dawno temu zrobiono tarasy, które pozwalały na uprawę roślinności

HUS_8567 HUS_8568 HUS_8570 HUS_8574 HUS_8575 HUS_8576 HUS_8582 HUS_8585 HUS_8590 HUS_8601

Ribeira Grande

HUS_8603 HUS_8604 HUS_8605

Ribeira de Torres

HUS_8606 HUS_8610

Xoxo

HUS_8613

W korycie rzeki , która jest tylko przez trzy miesiące w roku znajdują się ogródki i gospodarstwa.

HUS_8615 HUS_8618

Trzcina cukrowa , a prawidłowo Cukrowiec lekarski

HUS_8619 HUS_8620 (1)

Bananowiec z kwiatem

HUS_8621

Trzcina cukrowa osiąga wysokość do 8 metrów

HUS_8622

i kwiat cukrowca lekarskiego

HUS_8624

wspomniane poletka w korycie rzeki

HUS_8626 HUS_8627 HUS_8629 HUS_8630

Zagadka dla bystrych – znajdź na zdjęciu poniżej świnkę 🙂

HUS_8633

Chlebowiec właściwy, drzewo chlebowe, które osiąga 15 metrów wysokości , a owoce masę do 5 kilogramów

HUS_8634 HUS_8635 HUS_8636 HUS_8637 HUS_8639

Jeden z 400 gatunków Aloesa z pięknym kwiatem

HUS_8640 HUS_8646

Nadoceaniczne miasteczko Sinagoga

HUS_8653 HUS_8654

aby oglądać TV bez zakłóceń antenę trzeba zamontować wysoko

HUS_8656 HUS_8658

północno-wschodnie brzegi wyspy

HUS_8661 HUS_8663 HUS_8665 HUS_8666 HUS_8668

Monika z liściem bananowca

HUS_8669

a tu papaja , a dokładnie melonowiec właściwy, pień osiąga 5 do 10 metrów wysokości

HUS_8672

Bananowiec z owocami i kwiatem

HUS_8673

Grog czyli rum produkowany lokalnie, zaglądamy do sklepiku i zakupjemy kilka buteleczek

HUS_8674

wiekowa destylarka, czyli bimbrownia na świeżym powietrzu

HUS_8675 HUS_8676 HUS_8677 HUS_8684 HUS_8688

Latarnia morska

HUS_8693 HUS_8698 HUS_8699 HUS_8700

to juz sztuczna plaża w Mindelo na Sao Vicente, miasteczko zwiedzamy szybciutko z kolejnym przewodnikiem, zaglądamy w najważniejsze punkty w tym zatrzymujemy się przy domu Cesarii Evory

HUS_8704

Mindelo nocą

HUS_8711

było bieganko po plaży 🙂

IMG_5252 IMG_5261

]]>