Azja – HuskyCruising http://huskycruising.pl Z pasji podróżowania Wed, 23 Jul 2025 15:20:37 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.9.4 http://huskycruising.pl/wp-content/uploads/2023/06/cropped-logo_kula_HC-32x32.png Azja – HuskyCruising http://huskycruising.pl 32 32 INDONESIA – 2023 http://huskycruising.pl/2023/08/27/indonesia-2023/ Sun, 27 Aug 2023 06:33:01 +0000 http://huskycruising.pl/?p=23881
  • dodany częściowo dzień 3 – aktualizacja ; 3.04.2024
  • Podróż do Indonezji to niezapomniana przygoda w krainie bogatej kultury i pięknych krajobrazów. Kraj składa się z tysięcy wysp, oferujących różnorodność od tropikalnych plaż po górzyste dżungle. Możesz odkrywać mistyczne świątynie, takie jak Borobudur czy Uluwatu, spróbować wyjątkowej kuchni, takiej jak nasi goreng czy satay, oraz zanurzyć się w tradycjach lokalnych społeczności. Rafa koralowa Indonezji to raj dla nurków, a wulkaniczne krajobrazy zapierają dech w piersiach. To podróż pełna kontrastów, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

     

    Nasza podróż w tym kierunku jest naszą pierwszą podróżą. Azja była na naszej bucket list od kilku lat ale jakoś nie mogliśmy podjąć decyzji. Przewrotnie – Azję odwiedziliśmy dlatego, że nie polecieliśmy do Ameryki Południowej 🙂 , ot taki trip na otarcie łez. Ale do rzeczy.

    W planowaniu naszej podróży ogromnej pomocy i wsparcia udzieliła nam Simona z  TNWR 

    Bilety lotnicze kupione, noclegi i transfery zarezerwowane, plan zaakceptowany.

    Wylatujemy tradycyjnie z Berlina, dla nas to najlepsza opcja. Blisko, w miarę szybko, parking przy lotnisku. Linie lotnicze Qatar Airways to chyba dobry wybór, lecieliśmy już nimi m.inn. do Afryki do Kenii. Dlaczego piszę „chyba”? O tym poniżej. Czas lotu jest kosmiczny, szkoda, że wzorem filmów si-fi nie ma hibernacji, to bardzo by pomogło. Więc lecimy z Berlina do Doha – 5 h 40 min, tam przesiadka i z Doha do Denpasar – 10 h 15 min. Wylot o 10.00 , transfer 45 minut i po całych 16 h 40 min o godzinie 8.40 powinniśmy być na lotnisku Denpasar na Bali.

    Jednak nie zawsze jest tak jak sobie zaplanujesz. Po wylądowaniu w Doha kiedy tylko weszliśmy na lotnisko poinformowano nas, że nie wejdziemy na pokład samolotu do Denpasar bo – nie ma miejsc. Nasz wylot był dopiero następnego dnia o godzinie 8.00 rano, czyli z planowanego transferu 45 minut zrobiło się 15 godzin.

    W godzinach mocno wieczornym lokalnego czasu jesteśmy w Denpasar na Bali. Wśród tłumu gajdów szukamy naszego lokalnego przewodnika – Ediego.

    Po około 30 minutach jazdy z lotniska jesteśmy w miejscu naszego pierwszego noclegu na w Jimbaran na Bali Lumbini Luxury Villas and Spa Pomimo zmęczenia jesteśmy zachwyceni naszym lokum. Mamy własne podwórko, własny basen, kuchnię / kto tu będzie gotował? / , ogromna łazienkę z prysznicem pod gołym niebem. Rewelacja.

    Dzień 1

    Noc krótka ale wystarczająca.

    Teraz w świetle dziennym możemy ocenić naszą Villę. Zapraszamy na filmik i zdjęcia z Villi.

    I kilka zdjęć.

    Po śniadaniu ruszamy w trasę.

    Dziś: Balangan Beach, Nyang Nyang Beach, Uluwatu Temple – Pura Luhur Uluwatu, Karang Boma Cliff, kolacja w Jimbarabm.

    Balangan Beach

    Plaża z łatwym dostępem, to ważne ! bo jak się później okaże wcale nie takie oczywiste. Podobno jedna z najlepszych plaż regionu Uluwatu.W 2016 roku zajęła drugie miejsce w rankingu indonezyjskich plaż serwisu TripAdvisor. Plaża to półkilometrowy brzeg z białym piaskiem i otoczony ogromnymi palmami kokosowymi. Niebiański błękitny ocean z potężnymi falami dopełnia rajskiego obrazu. Balangan to nie tylko doskonałe miejsce do klasycznego wypoczynku, ale także świetne miejsce dla surferów. Plaża jest wizualnie podzielona na kilka improwizowanych stref, w których każdy urlopowicz może wybrać, co chce. W zachodniej części znajduje się szkoła surfingu Balangan Surf Point oraz wypożyczalnia sprzętu sportowego. Centralna i wschodnia część jest bardziej zorganizowana, jest tu wiele tradycyjnych drewnianych restauracji. Chętni do opalania mogą wypożyczyć leżaki.

     

    Nyang Nyang Beach

    Plaża ta znajduje się na 61 miejscu spośród 160 plaż w regionie Bali. Jest to jedna z plaż osady Pecatu, zaledwie 2.7 km od jej centrum. Plaża znajduje się w naturalnym miejscu, wśród gór, otoczona klifami. Drzewa rosnące na plaży dają naturalny cień. Parking jest wysoko na klifie i do plaży prowadzi wprawdzie dobra droga acz nieco stroma. Więc samo zejście jest już wyzwaniem, o wejściu jeszcze nie myślimy. Plaża z kryształowo turkusową wodą i białym piaskiem na tle zielonych klifów robi naprawdę nieziemskie wrażenie. Przysiadamy w plażowej knajpce gdzie kupujemy świeżego kokosa, który na naszych oczach jest otwierany i po chwili spijamy chłodną wodę kokosową zerkając na ocean indyjski. Jest dobrze …

     

    Uluwatu Temple – Pura Luhur Uluwatu

    Uluwatu Temple, znana również jako Pura Luhur Uluwatu, to świątynia klifowa położona na południowym wybrzeżu wyspy Bali. Jest to jedno z najważniejszych i najpiękniejszych miejsc kultu na wyspie oraz popularny punkt turystyczny. Świątynia jest częścią grupy sześciu świątyń morskich uważanych za sakralne strażnice, ochraniające Bali przed złymi duchami i siłami. Pura Luhur Uluwatu jest usytuowana na stromym klifie, który wznosi się 70 metrów nad błekitnymi wodami oceanu Indyjskiego. To niesamowite miejsce nie tylko ze względów duchowych, ale także ze względu na malownicze położenie. Znajdują się tu przepiękne widoki na ocean. Warto również wspomnieć, że świątynia jest związana z indonezyjską mitologią i kulturą. Podczas wizyty na terenie świątyni, warto zachować szacunek i stosować się do zasad ubioru i zachowania, które są wymagane w miejscach sakralnych na Bali.

    Odbywa się tu tradycyjny taniec Kecak, w którym biorą udział tancerze ubrani w tradycyjne stroje, opowiadający historię z epopei Ramajany. Uluwatu Temple to z pewnością miejsce, w którym można doświadczyć ducha i piękna kultury Bali, jednocześnie podziwiając zapierający dech w piersiach krajobraz klifów i oceanu. Należy dodać, iż teren świątyni zamieszkują wredne , hałaśliwe i bezczelne małpy, które poniekąd zawłaszczają uwagę turystów. Gatunek małp występujący w świątyni Uluwatu to makak długoogoniasty, który pod łacińską nazwą Macaca fascicularis jest gatunkiem małp żyjącym w Azji, którego siedliska znajdują się przeważnie w lasach. Gatunki małp są takie same, jak te występujące w Małpim Lesie Alas Kedaton , Małpim Lesie Sangeh , a także Małpim Lesie w Ubud. Jeśli chodzi o siedliska, żyją na klifach i drzewach wokół obszaru świątyni, małpy te są ściśle chronione przez lokalną społeczność i uważa się, że są strażnikami świątyni. Małpy w świątyni Uluwatu są pod opieką pracującego tu dozorcy. Codziennie rano, po południu i wieczorem otrzymują pożywienie zgodnie z harmonogramem.

    Kompleks świątynny zajmuje powierzchnię około 10 hektarów. Obejmuje kilka kapliczek, święte drzewo figowe i tradycyjną balijską bramę.

    Historia świątyni sięga XI wieku kiedy to została założona przez jawajskiego mędrca hinduskiego Kuturama. W XVII wieku świątynia została splądrowana przez armię holenderską, która zniszczyła wiele świętych relikwii i artefaktów świątyni.

     

    Zakończenie dnia mamy na Kedonganan Beach w restauracji Kampoeng Seafood

    Kolacje miała mieć wyjątkowy charakter i oprawę wraz z rewelacyjnym jedzeniem w postaci owoców morza. Plusem było to, że nasz stolik był w tzw. pierwszej linii jednak z obu stron i za plecami były kolejne dziesiątki innych stolików. Niestety owoce morza , na które tak czekaliśmy i tak się nastawiliśmy na ucztę dla podniebienia okazały się wielką klapą. Były przygotowane dużo wcześniej, podano je nam prawie zimne, a ilość sosów i dodatków zepsuły i tak słabe wrażenie.

    Ogólnie nie polecamy tej restauracji, wielkie rozczarowanie.

    Po tej „uroczystej” kolacji wracając do naszego hotelu zatrzymaliśmy się przy ulicznym warungu Samsam Guling Jegeg skosztować lokalnej wieprzowiny. I to był strzał w dziesiątkę.

    Zakupiliśmy też troszkę lokalnych owoców.

     

    Dzień 2

    Zmiana miejscówki, transfer z Jimbaran do Ubud.

    Niby nie jest daleko bowiem tylko jakieś 40 km , jednak podróż trwa około 2 godziny. Oczywiście po drodze zaliczamy niezbędne, turystyczne atrakcje.

    Jeden z pierwszych postojów jest przy sklepie, nazwijmy go ogólnie odzieżowym 🙂 z tkaninami w tradycyjne wzory i kolory. Słowem klucz : będzie tu : Batik.

    Bali, Indonezja, jest znana z bogatej kultury, w tym tradycyjnych tkanin i strojów, w tym batiku. Batik to technika zdobienia tkanin, która jest szeroko praktykowana w Indonezji i ma długą historię na Bali. Jest to proces ręczny, w którym wzory są ręcznie nakładane na tkaninę za pomocą wosku, a następnie barwione. Po zmyciu wosku z tkaniny pozostaje piękny wzór.

    Tradycyjne stroje na Bali są często barwne i ozdobione. Dla kobiet typowym strojem jest sarong, luźna spódnica zwykle noszona wokół talii, oraz kebaya, rodzaj luźnej bluzki. Mężczyźni często noszą sarongi zwaną kain i ubrania górnej części ciała zwane kemeja.

    Te tradycyjne stroje są często noszone na specjalne okazje, takie jak uroczystości religijne, śluby, festiwale i inne ważne wydarzenia społeczne.

    Na zewnątrz dość pokaźnego sklepu jest wizualizacja jak wykonywano batik.

    Jak wspomniałem powyżej, batik to sztuka barwienia tkanin, która ma długą historię i jest szczególnie związana z kulturą Indonezji, chociaż znane są także odmiany batiku w innych częściach świata, takich jak Afryka czy Malezja. Technika batiku polega na nakładaniu wzorów na tkaninę za pomocą wosku, który chroni obszary, na których ma pozostać oryginalny kolor tkaniny, podczas gdy obszary odsłonięte zostają poddane barwieniu.

    Proces batiku zazwyczaj rozpoczyna się od rysowania wzoru na tkaninie, a następnie nakładania na nią wosku za pomocą specjalnego narzędzia zwanego canting lub poprzez umieszczanie wosku na tkaninie za pomocą stempla lub kawałka gąbki. Po nałożeniu wosku tkanina jest barwiona w wybranej kolorystyce. Kiedy barwnik wysycha, tkanina jest ponownie podgrzewana, aby wosk mógł się stopić i być usunięty, odsłaniając oryginalny kolor tkaniny w miejscach, gdzie był nałożony.

    Ten proces nakładania wosku i barwienia może być powtarzany wielokrotnie, w zależności od złożoności wzoru i efektu, jaki chce się osiągnąć. Batik jest nie tylko techniką barwienia tkanin, ale także stanowi ważną część kultury i dziedzictwa kulturowego w wielu regionach świata, a zwłaszcza w Indonezji, gdzie jest uznawany za jedną z najważniejszych tradycji artystycznych. Tradycyjne wzory batikowe często mają głębokie znaczenie kulturowe i mogą odzwierciedlać lokalne legendy, historię czy wartości społeczne.

    Po zapoznaniu się z techniką i historią czas na małe zakupy. Są rzeczy tanie ale też są materiały drogie, nawet jak na Indonezję.

    Sklep : Sari Amerta ; Jl. Raya Batubulan No.9, Batubulan, Kec. Sukawati, Kabupaten Gianyar, Bali 80237, Indonezja

    Sari Amerta – sklep

     

     

    Kolejny punkt na mapie naszej podróży do Ubud to … Luwak, ale to nie jest nazwa miasta 🙂

    Kopi luwakkawa luwak – gatunek kawy pochodzący z południowo-wschodniej Azji, wytwarzany z ziaren kawy, które wydobywane są z odchodów zwierzęcia z rodziny łaszowatych, łaskuna palmowego (Paradoxurus hermaphroditus), nazywanego popularnie cywetą, a lokalnie luwak.

    Kawa Luwak to wyjątkowy rodzaj kawy, który jest ceniony za swoją wyjątkową i delikatną jakość smaku. Jest to kawa produkowana głównie w Indonezji, w szczególności na wyspach Jawie, Sumatrze, Bali i Sulawesi. Co sprawia, że Kawa Luwak jest tak wyjątkowa? Jest to związane z procesem produkcji, który jest dość nietypowy.

    Oto jak działa proces produkcji Kawy Luwak:

    1. **Pokarm dla zwierząt:** Kawa Luwak powstaje poprzez zjadanie i wydalanie przez łaskuna, niewielkiego zwierzątka,  ssaka z rodziny wiwerowatych, zwanych luwakami.

    2. **Fermentacja w układzie pokarmowym:** Po zjedzeniu dojrzałych owoców kawowych, owoce przechodzą przez układ pokarmowy luwaka. Proces fermentacji w ich układzie pokarmowym jest uważany za kluczowy dla smaku końcowej kawy.

    3. **Zbieranie ziaren:** Po wydalaniu przez luwaki, wydzielane są ziarna kawy, które następnie są zbierane z odchodami tych zwierząt.

    4. **Czyszczenie i prażenie:** Następnie ziarna kawy są czyszczone, prażone i przygotowywane do sprzedaży.

    Istnieje wiele teorii na temat tego, dlaczego Kawa Luwak jest tak ceniona. Jedna z nich sugeruje, że proces fermentacji w układzie pokarmowym luwaka wpływa na zmianę składników chemicznych ziaren kawy, co może wpłynąć na smak końcowy kawy, nadając mu delikatność i bogactwo smaku.

    Kawa Luwak jest jednak również przedmiotem kontrowersji i etycznych wątpliwości. Wiele osób wyraża obawy co do sposobu hodowli luwaków i warunków, w jakich są one trzymane, aby produkować tę specjalną kawę.

     

     

    Skarby, skarby, skarby , coś dla oka – biżuteria.

    Muzeum, fabryka i galeria w jednym, czyli  SUNSRI House of Jewerly

    W muzeum biżuterii SUNSRI na Bali możemy cofnąć się w czasie i dogłębnie poznać historię biżuterii indonezyjskiej, poznać transformację projektu, szczegółowe informacje na temat użytych materiałów, różnych technik tworzenia biżuterii i dzieł sztuki z metalu oraz ich rozwoju do współczesności. Miejsce daje możliwość poznania „co kryje się za zamkniętymi drzwiami” fabryki biżuterii . Można uważnie obejrzeć i dowiedzieć się więcej o tym, jak SUNSRI produkuje swoją biżuterię od początkowego procesu aż po końcowe etapy. W części wystawowej zaś, istnieje sześć galerii tematycznych,  zaprojektowanych tak, aby uzupełniały każdą kolekcję biżuterii. Przeglądać można różne kolekcje biżuterii, począwszy od stylów etnicznych, współczesnych, artystycznych, minimalistycznych i wielu innych.

     

     

    Kolejnym punktem na trasie jest Mammoth Art Gallery And Wood Carving.

    Miejsce gdzie można kupić ozdoby, rzeźby z drewna. Przed wejściem na podłodze siedzi kilku pracowników i rzeźbią, oczywiście dla oczu turystów.

    Wewnątrz ogromnej hali, miliony figurek. Małych i dużych. Tanich i bardzo drogich. Każdy coś dla siebie znajdzie.

    Lokalizacja : Mammoth Art Galery

    Nie odpuszczamy sztuce. Zaglądamy do kolejnej Galerii : Muji Art Family

    Tym razem obrazy. Doskonały wybór oryginalnych lokalnych dzieł sztuki. Coś dla każdego gustu, ceny, które trzeba negocjować.

    Dwa z obrazów nam się spodobały, więc postanowiliśmy je zakupić. I zdobią nasze ściany w Polsce.

    Lokalizacja : Muji Art Family

     

     

    Po tak wyczerpującym dniu obfitującym w sztukę czas na coś dla brzuszków.

    Restauracja Bebek Uma Sari Resto. Nieprawdopodobna lokalizacja stolików … na wodzie, z widokiem na pola ryżowe oraz doskonałym lokalnym, indonezyjskim jedzeniem.

    Lokalizacja: Bebek Uma Sari Resto

     

    Dotarliśmy do Ubud, zajęło nam to niemal cały dzień.

    Nasza miejscówka to Ananda Ubud Resort. Nasz bungalow jest dość obszerny z tarasem i widokiem na pola ryżowe.

     

     

    Ale nasz dzień jeszcze się nie kończy. Jesteśmy poza centrum miasta i postanawiamy wybrać się na wieczorny spacer.

    Trafiamy na lokalny warung Naughty Nuri’s Ubud z daniami, a jakże indonezyjskimi ale też z poczciwą wieprzowinką i to z grila.

    To mekka dla mięsożerców !

    Mamy szczęście, właśnie zwolnił się stolik. Zamawiamy, żeberka i krążki cebuli w panierce.

    Uczta dla podniebienia.

    Polecamy z całego serca: Naughty Nuri’s Ubud

     

     

    Dzień 3

    Uma Ceking Resto and Swing – Pura Gunung Kawi Sebatu – Tirta Empul Temple

     

    Ubud i okolice …

    Śniadanie w hotelowej restauracji, dominuje ryż i makaron ryżowy ale i jajecznica też się znajdzie.

     

    Jedziemy na północ do mocno turystyczno – instagramowego miejsca :

    Uma Ceking Resto and Swing

     

    Słowem klucz jest tu: swing, które można doczepić do każdego miejsca gdzie tylko da się zrobić huśtawkę.

    Uma Ceking to malowniczy taras ryżowy położony na różnych poziomach wysokości w środkowej części Bali. To zdawałoby się mistyczne miejsce oferuje niezapomniane widoki na terasy ryżowe, które stopniowo schodzą w dół zboczy, tworząc malowniczy krajobraz. Odwiedzający mogą spacerować ścieżkami między tarasami, obcując z naturą. Uma Ceking to również doskonałe miejsce na fotografowanie pól ryżowych ale także, a może głównie fotografowanie na huśtawkach wszelkiej maści. Jeżeli jesteś posiadaczem instagrama to zrobisz tu zjęcie, które króluje na insta. Jeżeli jesteś kobietą, a nie wzięłaś kiecki z 10 metrowym ogonem, nie martw się, wypożyczysz ją na miejscu, jest też do wyboru kilka kolorów.

    My podjęliśmy wyzwanie i zasiedliśmy na huśtawce – ławeczce podwójnej. Nasze obawy czy cała konstrukcja wytrzyma były spore . Ale Pan obsługujący zapiął nas nawet w pasy bezpieczeństwa, takie biodrowe cos jak w samolocie. No jak w samolocie są stosowane to dlaczego nie na takiej huśtawce.

     

    Świątynia Gunung Kawi Sebatu

     

    Świątynia Gunung Kawi Sebatu to jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic Bali. Znana przez mieszkańców jako Pura Tirta Dawa Gunung Kawi Sebatu, jest jedną z najrzadziej odwiedzanych świątyń na Bali, mimo że jest jedną z najspokojniejszych i najpiękniejszych. Szczególnym znaleziskiem dla zwiedzających jest kompleks świątynny, w którym znajdują się starożytne kapliczki i zielone ogrody otoczone naturalnymi, krystalicznie czystymi basenami z oraz stawami wypełnionymi kwitnącymi lotosami i karpiami.

    Świątynia Gunung Kawi Sebatu położona 12 km na północny wschód od Ubud, świątynia znajduje się w Sebatu, górskiej wiosce w Tegallalang. Dochodząc do świątyni, czeka nas niewielkie kręte zejście, z którego roztacza się widok na cały kompleks i ogrody wodne. Orzeźwiające miejsce na relaks i rozkoszowanie się ciszą i spokojem architektury wodnej. Jedną z głównych atrakcji świątyni jest wyjątkowa świątynia Taman Suci.

    Podążając brukowaną ścieżką, ukazuje się nam niesamowity ogród wodny z dużym basenem ze złotymi karpiami. W jego centralnym punkcie znajduje się postać bogini Sarasvati, a także „pływający” Wantilan, w którym można karmić ryby.

    Obok tego basenu znajduje się kilka otoczonych murem części kąpielowych, z których mogą korzystać mieszkańcy i turyści.

    Kierując się na północ, mijamy zielony trawnik, zanim dotrzemy do bram świątyni „candi bentar”. Prowadzą one na wzniesienie głównej świątyni. Kamienne posągi i świątynie ożywia krzyk zwierząt, w tym jakieś rzadkie rasy kurczaków i wolno żyjące tam ptactwo.

    Świątynia Gunung Kawi Sebatu świętuje rocznicę swojej świątyni piodalan w każdą pierwszą pełnię księżyca według kalendarza balijskiego, zwanego także przez miejscowych „Purnama Sasih Kasa”. Daje to większą możliwość bycia świadkiem kolorowych uroczystości odbywających się w świątyni, a także tętniącego życiem napływu balijskich pielgrzymów hinduskich z całej wyspy.

    Tirta Empul: Świątynia Świętej Wody na Bali

    Jedna z najbardziej ruchliwych świątyń wodnych w Indonezji, Tirta Empul, jest świątynią uważaną za świętą przez balijską społeczność hinduską. W świątyni znajduje się kilka świętych źródeł, o których mówi się, że zostały stworzone przez Boga Indrę i są uważane za błogosławioną wodę, która może oczyścić tych, którzy się tam kąpią.

    Tirta Empul jest poświęcona Wisznu, hinduskiemu bogu wody. W języku balijskim Tirta Empul w wolnym tłumaczeniu oznacza wodę tryskającą z ziemi, dlatego Tirta Empul uważana jest za święte źródło. Świątynia Tirta Empul obejmuje świątynie Śiwy, Wisznu, Brahmy, a także Indrę i górę Batur. Jest uważana za jedną z pięciu najświętszych świątyń na całym Bali i uważana jest za jedno z najświętszych źródeł wody na Bali. Na Bali można również znaleźć inne świątynie wody święconej, takie jak Pura Ulun Danu nad jeziorem Beratan, Pura Tirta Tawar w Gianyar, Pura Tirta Harum w Bangli, Pura Tirta Taman Mumbul w Badung i wiele innych.

    Świątynia Tirta Empul znajduje się w wiosce Manukaya, niedaleko miasta Tampaksiring, niedaleko Ubud, w regencji Gianyar, kulturalnym sercu Bali . Świątynia znajduje się tuż pod Pałacem Prezydenckim Tampaksiring. Zbudowany w 1957 roku przez pierwszego prezydenta Indonezji, Soekarno. Świątynia Wody Święconej Tirta Empul, wraz z Pałacem Prezydenckim, zapewnia jedne z najbardziej fascynujących widoków.

    Jako petirtaan, czyli ośrodek kąpielowy, Tirta Empul jest dość dużym kompleksem świątynnym i zwiedzanie całego miejsca zajmuje co najmniej 30 minut do godziny. Podobnie jak w przypadku innych świątyń i świętych miejsc na wyspie, przed wejściem na teren obiektu należy założyć „sarong”. Sarongi są dostępne przy wejściu do świątyni i można je wypożyczyć za niewielką opłatą.

    Gdy tylko wejdziemy do świątyni, przechodzimy przez dużą kamienną balijską bramę (lokalnie znaną jako candi bentar) i docieramy na zewnętrzny dziedziniec świątyni. Ten obszar świątyni nazywa się jaba sisi. Na końcu dziedzińca znajduje się kolejny candi bentar wbudowany w ścianę prowadzącą do centralnego dziedzińca. Bramy tej strzegą gładko rzeźbione ogromne posągi dwóch Dwarapala, czyli strażników obdarzonych pędzlem złotych kolorów. Na szczycie bramy znajduje się rzeźba Kala, która różni się od innych rzeźb Kala w innych miejscach, ponieważ ma kły wystające do góry i parę rąk z otwartymi ramionami.

    Wchodząc na wewnętrzny dziedziniec, docieramy do obszaru Jaba Tengah, który jest głównym obszarem świątyni. Święte źródła w tym miejscu wypływają do dużego, krystalicznie czystego basenu w świątyni i wypływają przez 30 trąb wodnych do dwóch świętych basenów oczyszczających. Miejscowi balijscy i hinduscy wyznawcy stoją w długich kolejkach w basenach, czekając, aby zanurzyć głowy pod trąbami wodnymi w ramach rytuału oczyszczenia znanego jako melukat. Kąpiący się rozpoczynają w basenie po lewej stronie, stojąc w basenie po pas pod pierwszym dziobkiem. Gdy już umyją się pod pierwszą wylewką, dołączają do kolejnej kolejki. Proces ten jest kontynuowany, dopóki nie oczyści się pod każdą trąbą wodną. Istnieją jednak dwie wylewki, które służą wyłącznie do oczyszczenia zmarłych i nie mogą być używane przez żywych podczas rytuału melukat.

    Za oczyszczaniem baseny stanowią ostatnią część świątyni wody święconej Tirta Empul, zwanej jeroan. Najczęściej pomijany przez turystów jeroan, czyli wewnętrzny dziedziniec, jest przyjemnym miejscem, gdzie ludzie przychodzą się modlić. W przedniej części dziedzińca dominuje duże źródło wody zasilające baseny oczyszczające. Źródełko jest pełne zielonych alg, a wśród trzcin pływają małe rybki. Za źródłami znajdują się duże świątynie hinduistyczne. Tę część świątyni miło jest szybko zwiedzić. Kapliczki są jaskrawo udekorowane, co kontrastuje z wykrochmaloną białą odzieżą Balijczyków, którzy przybywają tu, aby się modlić.

    Wychodząc z Tirta Empul, przechodzimy przez duży basen wypełniony rybami koi. Ta część świątyni jest odgrodzona ze wszystkich czterech stron murem od reszty kompleksu, co nadaje jej spokojną i relaksującą atmosferę. Grube koi pływają leniwie w stawie, czekając na kolejny posiłek.

     

     

    Wyjście z terenu Świątyni prowadzi poprzez kramy i kramiki w niezliczonej ilości, kręte korytarze zdają się nie mieć końca. Jeszcze przed wejściem w strefę handlową kupiłem od samotnie stojącej na uboczu pani – banany, takie malutkie, w sam raz na jeden kęs.

    A skoro o kęsach mowa to przyszedł już czas na obiadek, który jemy nieopodal Tirta Empul w restauracji Pangkon Bali Resto & Agrotourism. Atrakcją są kicające wokół stolików króliki.

     

     

     

     

     

    Zapraszamy niebawem …..

    ]]>
    JORDANIA 2023 http://huskycruising.pl/2023/06/08/wyjazd-do-jordanii-2023/ Thu, 08 Jun 2023 07:46:39 +0000 http://huskycruising.pl/?p=18982 Dzień pierwszy: przylot do Ammanu

    Nie do końca wyjazd, raczej wylot 🙂 Ale to w zasadzie jak wypad na dłuższy weekend do Torunia.

    Zapada decyzja o podróży do Haszymidzkiego Królestwa Jordanii czyli w skrócie: Jordanii. Z Krajów Bliskiego Wschodu odwiedziliśmy wcześniej Oman /trzy razy/, który jest położony kilka godzin jazdy samochodem od Jordanii.

    Rezerwujemy lot z Berlina liniami Qatar Airways, auto z Rental Cars i miejsca noclegowe z Bookingu.

    Lot z przesiadką w Doha w Katarze, lotnisko Hamad, które wg Skytrax po raz drugi z rzędu zdobyło tytuł World Airport Awards 2022 – najlepsze lotniska świata 2022.

    W godzinach popołudniowych lądujemy z lekkim opóźnieniem na lotnisku Queen Alia International Airport, nazwany tak na cześć Królowej Alii, trzeciej żony zmarłego króla Jordanii Husajna. Po załatwieniu wizy, a właściwie stempelka bowiem wizę wykupiliśmy jeszcze w Polsce online tzw. Jordan Pass, który zawiera w sobie również wejściówki na niektóre atrakcje w Jordanii – warto.

    Odbieramy bagaże oraz zarezerwowany samochód. Wymieniamy w lotniskowym banku dolary na walutę jordańską : dinary jordańskie JOD. Kupujemy też kartę SIM. Ruszamy w kierunku Ammanu, który jest oddalony od lotniska 30 km.

    Zatrzymujemy się na nocleg w Hotelu – bardzo budżetowym ale w doskonałej lokalizacji – The Castle Star Hotel, z widokiem na Teatr Rzymski i nieopodal Cytadeli. Zostawiamy bagaże, odświeżamy się po locie i ruszamy w Amman, który dziś jest dość chłodny.

    Dzień drugi: Amman i Dżarasz.

    Dzień wcześniej wykupiliśmy sobie opcję śniadania aby nie marnować czasu na wędrówki i szukanie barów. Decyzja okazała się bardzo trafna. Nie spodziewaliśmy się tak obfitego śniadania, była nawet jajecznica. Poranek przywitał nas lekkim chłodem więc zrezygnowaliśmy z możliwości zjedzenia na tarasie z widokiem na Teatr Rzymski i usiedliśmy wewnątrz. 

    Auto zostawiliśmy przy hotelu i ruszyliśmy na pieszo do Teatru Rzymskiego, który był dosłownie kilka kroków od hotelu jednak różnice wysokości powodowały, że dojście nieco się przedłużyło. 

    Teatr Rzymski znajduje się na wzgórzu naprzeciwko Cytadeli Ammanu , pochodzi z II w. kiedy to miasto nosiło nazwę Filadelfia. Grecki napis na jednym z filarów wskazuje, że teatr ten wzniesiono na cześć cesarza Antoninusa Piusa (138–161 n.e.). Duża i stromo nachylona konstrukcja mogła pomieścić około 6000 osób: wbudowana w zbocze wzgórza jest zorientowana na północ, aby słońce nie padało na widzów. Podzielono ją na trzy poziome odcinki ( diazomaty ). Boczne wejścia ( paradoi ) istniały na parterze, jedno prowadziło do orkiestry, a drugie na scenę. W pokojach za tymi wejściami po jednej stronie mieści się teraz Jordan Museum of Popular Tradition, a po drugiej Jordan Folklore Museum . Najwyższa część miejsc w teatrze, choć oddalona od sceny, oferuje doskonałą widoczność, a aktorów można było wyraźnie usłyszeć.

    Z najwyższego punktu teatru rozpościera się widok na plac Haszymidzki, wzgórze z Cytadelą oraz Odeon.

    Po wyjściu z Teatru Rzymskiego wzięliśmy taksówkę, którą pojechaliśmy do Cytadeli

    Cytadela znajduje się na szczycie Jebel Al Qala’a, wzgórza w mieście Amman. Wzgórze znajduje się 850 metrów nad poziomem morza i góruje nad starym miastem. Miasto Amman było pierwotnie znane jako Rabbath Ammon, co tłumaczy się jako królewskie starożytne miasto Ammonitów. Ammonici to ci, którzy żyli w królestwie w epoce żelaza. Teren cytadeli sięga epoki brązu. To właśnie w tym okresie został ufortyfikowany (około 1800 roku p.n.e.). Od tego czasu miejsce to przeszło wiele przebudów i dodatkowych konstrukcji w epoce żelaza, rzymskiej, bizantyjskiej i Umajjadów. W wyniku dużej liczby budowli na tym miejscu, bardzo niewiele pozostaje z pierwotnej cytadeli z epoki brązu.

    ŚWIĄTYNIA HERKULESA

    Świątynia Herkulesa jest najbardziej znanym miejscem w Cytadeli Ammanu. Świątynia została zbudowana przez Rzymian i do dziś zachowało się tylko kilka części budowli. Odwiedzający gromadzą się w cytadeli, aby zobaczyć wspaniałą rękę, która jest uważana za rękę dużego rzymskiego posągu Herkulesa. Ta ręka to wszystko, co pozostało z posągu i jest symbolem siły rzymskiego bohatera. Inne pozostałości świątyni to dwa kompletne filary wraz z ruinami czterech innych filarów. Dwa kompletne filary mają 30 stóp wysokości i uważa się, że świątynia osiągnęła 13 metrów wysokości. Inskrypcja w pobliżu świątyni datuje ją na około 160 rok n.e.

    PAŁAC UMAJJADÓW

    Budynki, które stanowiły część Pałacu Umajjadów, są najlepiej zachowaną budowlą Cytadeli Ammanu. Uważa się, że został zbudowany między VII a VIII wiekiem. Pałac pierwotnie obejmował duży kompleks budynków, ale większość z nich została zniszczona przez trzęsienie ziemi. Sala audiencyjna z kopułą jest nadal w dobrym stanie, a jej wspaniały projekt wykorzystano do zaimponowania odwiedzającym pałac. Na terenie kompleksu Umajjadów znajduje się dziedziniec, na którym znajdują się ruiny budynków mieszkalnych oraz Cysterna, która służyła do transportu wody do pałacu.

    Po wyjściu z Cytadeli ponownie łapiemy taksówkę, z tym nie ma problemu na ulicy stoją ich dziesiątki i jedziemy do Meczetu Króla Abdullaha I, jednego z niewielu gdzie mogą wejść nie muzułmanie. Taksówkarz zaoferował nam za godziwą dla niego opłatą, że będzie nam służył za przewodnika w meczecie. Po dotarciu na miejsce do meczetu wchodzi się przez sklep z pamiątkami, gdzie również kupuje się bilet wejściowy do meczetu oraz kobiety dostają abaję i hidżab. Wchodzimy bez butów, wyjątkowo kobieta też może wejść. Arabskie kobiety nie wchodzą do meczetu gdzie przebywają wyłącznie mężczyźni, kobiety mają inną salę gdzie na monitorze widzą i słyszą to co się dzieje w meczecie.

    Meczet Króla Abdullaha I w Ammanie został zbudowany w latach 1982-1989. Zwieńczony jest wspaniałą kopułą z niebieskiej mozaiki, pod którą 3000 muzułmanów może się modlić.

    Sklep, przez który się wchodzi i wychodzi z meczetu to istna pułapka na turystów. Z całą stanowczością nie polecamy robić w nim jakichkolwiek zakupów. Drożyzna i naciągactwo na niespotykaną skalę.

    Ciekawostka – vis-a-vis meczetu znajduje się kościół prawosławny

    Ten sam taksówkarz odwozi nas do hotelu, gdzie przesiadamy się do naszego auta i kierujemy się do miasta Dżarasz.

    Dżarasz inaczej Jerash

    Leży około 50 km na północ od Ammanu. Samochodem trasa ta zajmuje nam około godziny. Historyczne ruiny znajdują są przy głównej drodze, biegnącej przez miasto. Aby się do nich dostać, należy skręcić w lewo przed terenem, na którym mieszczą się zabytki. Przed wejściem od strony południowej jest bezpłatny parking, na którym parkujemy auto.  Przechodzimy przez pokaźny bazarek. Posiadacze Jordan Pass wchodzą bezpłatnie, choć nikt nie sprawdzał biletów.

    Dżarasz to starożytna Geraza. Jedno z najlepiej zachowanych rzymskich miast starożytnych na Bliskim Wschodzie, rozwinęło się szczególnie w okresie rzym. (I–III w. n.e.) i w czasach bizant. (V–VI w.); zachowały się mury obronne, pozostałości głównej ulicy z kolumnadami, 2 tetrapylonami na skrzyżowaniach i owalnym placem u wylotu, ruiny 2 teatrów, świątyń (Zeusa, Artemidy) pośrodku kolumnowego dziedzińca, na który prowadzą monumentalne schody i propyleje, łaźni oraz wielu kościołów chrześc. (gł. V–VII w.); za murami znajdował się hipodrom i łuk triumfalny.
     
    Biblijna Geraza – aż dziw, że jest tu stosunkowo tak mało ludzi. Założona najprawdopodobniej w IV wieku p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego lub jego generała Perdikkasa. Niektóre źródła podają również III wiek p.n.e. (przez Ptolemeusza II Filadelfosa) albo II wiek p.n.e. (przez Antiocha IV Epifanesa). Pod koniec II wieku p.n.e. wcielone przez Machabeuszów do Judy, w 63 p.n.e. zostało zajęte przez rzymskie wojska Pompejusza. Rozkwit miasta przypadł na okres panowania cesarza Trajana (II wiek). Pochodził stamtąd m.in. neopitagorejski filozof Nikomachos z Gerazy. W VI w. za panowania bizantyjskiego Justyniana w mieście wzniesiono co najmniej 7 kościołów. W 614 Gerazę zdobyli Sasanidzi, a w 636 Arabowie. W 749 miasto uległo zniszczeniu wskutek trzęsienia ziemi. Ruiny odkrył w 1806 Ulrich Seetzen.

    Stanowisko archeologiczne obejmuje ruiny jednego z najlepiej z zachowanych na świecie rzymskich miast z okresu starożytności. Do najważniejszych zabytków należą:

    • Świątynia Artemidy, patronki miasta – zbudowana w latach 150-170, położona przy głównej ulicy (cardo maximus), od której prowadziły do niej monumentalne schody zaczynające się bramą. Główną część świątyni stanowiło pomieszczenie o wymiarach 160×120 metrów z ołtarzem ofiarnym pośrodku, otoczone kolumnadą (zachowanych 11 z 12 kolumn); całość niegdyś przykryta drewnianym stropem;
    • Świątynia Zeusa (162 r.), z której zachowało się kilka potężnych 15-metrowych kolumn. Przed nią znajduje się taras, z którego pozostałości monumentalnych schodów prowadziły na Forum owalne;
    • teatr rzymski (północny) zbudowany w 165, rozbudowa w 235, po której widownia mogła pomieścić 1 600 osób (częściowo odtworzona ściana proscenium);
    • teatr rzymski (południowy) na 5 000 miejsc siedzących, zbudowany w latach 81-96 i zachowany w lepszym stanie niż teatr północny;
    • hipodrom pochodzący z I-III w., o wymiarach 244×50 metrów, którego widownia mogła pomieścić 15 000 osób. Po zajęciu miasta przez Sasanidów wykorzystywany jako arena do gry w polo;
    • Brama Południowa zbudowana w formie trójprzelotowego łuku triumfalnego, stanowi aktualnie wejście dla turystów (obok znajdują się kasy biletowe);
    • Owalne Forum – położone za Bramą Południową, o wymiarach 90×80 metrów. Otoczone 56 jońskimi kolumnami, w centralnej części VII-wieczna fontanna;
    • kompleks łaźni rzymskich zbudowanych na przełomie II i III wieku;
    • nimfeum (ok. 191) – publiczna, bogato zdobiona fontanna, o półkulistym kształcie i dekoracyjnych niszach, w których kiedyś prawdopodobnie znajdowały się rzeźby. Z centralnej półkolistej części woda spływała do położonego niżej basenu w kształcie muszli. Dolna część fontanny obudowana była marmurem;
    • ruiny kościołów chrześcijańskich:
      • kościół św. Teodora zbudowany w 496 r. w formie trójnawowej bazyliki (zachowane nieliczne mozaiki);
      • kościół biskupa Izajasza, z którego zachowała się VI-wieczna mozaika;
      • kościół św. św. Kosmy i Damiana z VI wieku, z niemal w całości zachowanymi mozaikami o złożonych wzorach geometrycznych;
      • kościół św. Jana Chrzciciela – również z VI wieku, poważnie zniszczony;
      • kościół św. Jerzego zbudowany w VI wieku, jako jedyny przetrwał trzęsienie ziemi w 749 roku.
     
     
    Z Dżaraszu jedziemy nad Morze Martwe gdzie mamy dzisiejszy nocleg. Do pokonania mamy około 100 km i potrzebujemy na to jakieś 1 h 30 min.
     
    Wczesnym wieczorem jesteśmy już w hotelu jednak okazuje się, że wejście na plażę jest niestety już zamknięte, jest 19.00 – halo ?! Podejmujemy szybką decyzję, wsiadamy w auto i jedziemy na najbliższą dziką plażę aby zanurzyć się w słonej wodzie choć na chwilkę.
     
    Widok z balkonu pokoju hotelowego na zachód słońca nad Izraelem.
     
     

    Dzień trzeci: Góra Nebo i Madaba.

    Ale momencik, momencik. 

    Jesteśmy jak wiecie nad Morzem Martwym więc tuż po śniadaniu udaliśmy się zażyć kąpieli w morzu pełnym soli.

    Morze Martwe, a tak naprawdę słone jezioro bezodpływowe położone w tektonicznym Rowie Jordanu w dolinie Jordanu, powstało podczas przesuwania się płyt tektonicznych na pograniczu Izraela, Palestyny i Jordanii. Ok. 17 tys. lat temu poziom wody Morza Martwego był tak wysoki, że łączyło się ono z leżącym na północ Jeziorem Tyberiadzkim. W ciągu wieków przylegały do niego różne nazwy: Morze Cuchnące, Morze Diabelskie czy też Jezioro Asfaltowe. W Biblii nazwano je Morzem Słonym oraz Morzem Araby. Według tradycji głęboko na dnie leżą ruiny Sodomy i Gomory. Dlatego jest ono także znane jako Morze Sodomy lub Morze Lota – opisanego w Biblii świadka tragicznych wydarzeń związanych z tymi miastami. Niezwykłe stężenie soli sprawia, że na powierzchni z łatwością unoszą się ludzie nieumiejący pływać. Rzymski wódz Wespazjan, chcąc sprawdzić to zjawisko, kazał wrzucać do wody jeńców.

    Poziom wody w Morzu Martwym spada. Przez ostatnie 40 lat powierzchnia morza zmniejszyła się o 30%. W ostatnich latach proces ten nasilił się i obecnie spadek sięga blisko 1 metra rocznie. W 2013 roku Jordania i Izrael podpisały umowę, na mocy której ma powstać Kanał/rurociąg Dwóch Mórz o długości ok. 180 km transportujących wodę z Morza Czerwonego do Morza Martwego. Ma to opóźnić proces wysychania Morza Martwego.

    Morze Martwe jest położone w najniższym punkcie Ziemi. Trudne warunki sprawiają, że morza nie zamieszkuje żadne zwierze – stąd też jego nazwa.

    Ze względu na swoje naturalne, magiczne piękno Morze Martwe nadal jest wyjątkową atrakcją turystyczną. Turyści uwielbiają się smarować naturalnym, pełnym przydatnych minerałów, czarnym błotem, które jest dostępne całkowicie za darmo na wybranych plażach Morza Martwego. Błoto z Morza Martwego jest uważane za jeden z najzdrowszych środków do czyszczenia skóry, a wody Morza Martwego są korzystne dla osób cierpiących na łuszczycę.

     

     

    Po SPA w morzu pakujemy auto i jedziemy na północny-zachód. 
     
    Na trasie do Madaby zatrzymujemy się na Górze Nebo.

    Góra Nebo, znana również jako Góra Mojżesza, jest górą w Jordanii o wysokości około 817 metrów. Jest to ważne miejsce zarówno z punktu widzenia historycznego, jak i religijnego. Według Biblii, to z tego miejsca Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną przed swoją śmiercią. Góra Nebo jest często odwiedzana przez pielgrzymów z różnych części świata. Na szczycie znajduje się franciszkański klasztor, który jest popularnym miejscem modlitwy i refleksji. W klasztorze można zobaczyć mozaikę przedstawiającą panoramę Ziemi Obiecanej Na Górze Nebo znajduje się również pomnik Mojżesza, a także ruiny starożytnej bizantyjskiej bazyliki. Archeolodzy odkryli tam mozaiki, które są ważnymi świadectwami sztuki i historii okresu bizantyjskiego.

    Ze szczytu Góry Nebo można podziwiać spektakularne widoki na Jordanię, w tym na Morze Martwe, Równinę Moab, Jericho i Jerozolimę. W pogodny dzień można zobaczyć odległe góry na wschodzie Izraela.

     

    Madaba ; najstarsza na świecie mapa Ziemi Świętej

    W 1884 roku lokalna społeczność w Madabie w Jordanii dokonała niesamowitego odkrycia – najstarszej na świecie mapy Ziemi Świętej. Słynna mapa nie znajduje się jednak na kawałku papieru, ale jest częścią misternie zaprojektowanej mozaikowej podłogi, która obecnie jest częścią kościoła św. Jerzego w Madabie.

    Mapa powstała w drugiej połowie VI wieku n.e. i pierwotnie przedstawiała całą Ziemię Świętą i jej sąsiednie regiony. To nie wiek mapy czyni ją godną uwagi, ale raczej jej niezwykła dokładność i szczegółowość.

    Zachowane do dnia dzisiejszego fragmenty mapy w Madabie przedstawiają znaczą część biblijnego świata, z rzeką Jordan i Morzem Martwym umiejscowionym w centralnym jej punkcie. Mapa Ziemi Świętej rozciąga się  od obszaru współczesnego Libanu na północy do egipskiej delty Nilu na południu. Granicę zachodnią stanowi Morze Śródziemne, z kolei wschodnia część kończy się na jordańskiej pustyni. Przy użyciu co najmniej ośmiu różnych kolorów przedstawia miasta, krajobrazy, florę i faunę regionu.

    Mapa w kościele św. Jerzego zawiera ponad 150 greckich inskrypcji z nazwami miejscowości, wersetami biblijnymi i cytatami z innych starożytnych dzieł. Na szczególną uwagę zasługuje przedstawiona bardzo szczegółowo Jerozolima, która wydaje się na mapie zdecydowanie większa niż jakiekolwiek inne miasto.

    Obraz bizantyjskiej Jerozolimy obejmuje między innymi mury miejskie, 19 wież, sześć bram, trzy ulice miejskie, 11 kościołów i kilka innych budynków. Umieszczony na mapie kościół Grobu  Świętego jest jedynym znanym artystycznym przedstawieniem pierwotnego kompleksu kościelnego, który został zbudowany przez cesarza Konstantyna na początku IV wieku.

    Na mapie z Madaby można także zidentyfikować kilka innych miejsc starożytnej Jerozolimy, które odkryto dopiero w XX wieku. Należą do nich, między innymi, ulica Cardo Maximus oraz Nea Theotokos (Nowy Kościół Matki Bożej). Jest ona niezwykłym oknem do starożytnego miasta Jerozolimy w okresie bizantyjskim. Kopię fragmentu mozaiki, który przedstawia Jerozolimę można także zobaczyć na Starym Mieście w Jerozolimie, przy ulicy Cardo.

    Do dnia dzisiejszego tajemnicą pozostaje cel, w jakim powstała mapa Ziemi Świętej w Madabie, jak również identyfikacja jej twórców. Istnieją trzy główne teorie dotyczące przeznaczenia mapy. Jedna z hipotez zakłada, że mapa pierwotnie miała służyć jako przewodnik dla chrześcijańskich pielgrzymów podróżujących do Ziemi Świętej.

    Druga teoria głosi, że mapa Ziemi Świętej miała na celu wizualizację „historii Bożego Zbawienia”. Zgodnie z tą hipotezą mapa służyć miała do ukazania zbawienia Bożego poprzez umieszczenie Jerozolimy w centrum świata i kościoła Grobu Pańskiego w centrum Jerozolimy.

    W obu powyższych teoriach zakłada się, iż twórcą mapy była chrześcijańska społeczność z Madaby z VI wieku. Bizantyjska Madaba była bardzo bogatym miastem, w którym znajdowało się wiele kościołów z pięknymi mozaikowymi podłogami. Rzeczywiście dzisiejsza Madaba nosi przydomek „Miasto Mozaiki”.

    Powyższe teorie jednak budzą wątpliwości, ponieważ wiele miejsc zaznaczonych na mapie nie ma nic wspólnego z chrześcijańskimi pielgrzymkami. Dodatkowo sporo świętych miejsc nie zostało na niej umieszczonych albo przedstawione są symbolicznie. Na przykład na mapie nie znajdziemy kościoła Narodzenia Pańskiego w Betlejem, a sama miejscowość jest zaznaczona małymi literami. 

    Ponadto ostatnie badania sugerują, że Jerozolima nie znajdowała się pierwotnie w samym środku mapy. Z kolei cztery wersety biblijne umieszczone na mapie pochodzą ze Starego Testamentu.

    Trzecia hipoteza głosi, że mapa w ogóle nie została stworzona dla kościoła, ale jako mozaikowa podłoga w sali audiencyjnej w mieście. Według tej teorii mapa nie powstała z powodów religijnych, ale raczej politycznych i ekonomicznych. W wielu przypadkach jednak fukcje religijne i polityczne mapy nakładałyby się na siebie, zwłaszcza biorąc pod uwagę władze i wpływy Kościoła w okresie bizantyjskim.

    Wczesne opisy mapy Ziemi Świętej wspominają również o kilku miejscach już niewidocznych na mozaice, które byłyby daleko poza wymiarami pierwotnego kościoła bizantyjskiego. Możliwe zatem, że kościół ten był późniejszym dodatkiem, a mozaika być może należała kiedyś do znacznie większej struktury. Tej teorii nie można potwierdzić, ponieważ podczas budowy kościóła św. Jerzego w IX wieku, w dużej mierze usunięto wcześniejszy materiał archeologiczny.

    Zachowana mapa mierzy około 10,5 x 4,5 metrów. Większość naukowców szacuje, że pierwotnie miała około 300 metrów kwadratowych. Są i tacy, którzy zakładają, że jej pierwotne wymiary były znacznie większe. 

    Jednym z głównych źródeł geografii mapy było greckie tłumaczenie Biblii. Innym ważnym źródłem był Onomasticon Nazw Biblijnych Miejsc Euzebiusza z Cezarei, spisany około 320 roku n.e. Możliwe także, że mozaika opierała się częściowo na pracach Józefa Flawiusza, a także na bizantyjskich mapach handlowych i pielgrzymkowych. 

    Twórcy mapy również wyraźnie polegali na własnym doświadczeniu terenu i jego geografii. Niewarygodne szczegóły wizualne umieszczone na mapie mogły być zaprojektowane tylko przez kogoś, kto dobrze znał te lokacje. W miarę oddalania się od Madaby na mapie można znaleźć więcej nieścisłości, co sugeruje, że twórcy byli dość dobrze zaznajomieni z krajobrazem wokół środkowej Transjordanii i Wyżyny Judzkiej , ale mniej świadomi geografii bardziej odległych miejsc.

     

    Madaba to nie tylko Mapa w kościele.

    Zatłoczone uliczki centrum Madaby to miejsce o niepowtarzalnym klimacie i atmosferze. Gdy spacerujemy po tych wąskich, brukowanych uliczkach, jesteśmy otoczeni intensywną energią miasta. Ludzie w pośpiechu przechodzą obok siebie, zgiełk rozmów i dźwięki ulicznych handlarzy wypełniają powietrze. Widoki są pełne kontrastów. Kawiarnie i restauracje tętnią życiem, a zapachy egzotycznych potraw unoszą się w powietrzu, kusząc nas do skosztowania lokalnych specjałów. 

    Ale my szukamy Church of the Martyrs – Kościóła Męczennikówa w zasadzie tego co z niego pozostało oraz Spalonego Pałacu i fragmentu drogi rzymskiej.

    Ten wspaniały kościół pochodzi z VI wieku i jest uważany za jeden z najwybitniejszych starożytnych budynków rzymskich w mieście Madaba.

    Park Archeologiczny przy Visitors Center to stanowisko archeologiczne, którego główną atrakcją jest tzw. willa Hipolita, którą nadbudowano później kościołem Dziewicy Maryi. Obiekt posiada liczne kolorowe mozaiki, wśród których wyróżnia się charakterystyczna posadzka z motywami mitologicznymi oraz symbolicznym wyobrażeniem antycznych miast. Wykopaliska na dwie części rozdziela rzymska, kamienna droga. Po przeciwnej stronie znajdują się pozostałości drugiego z kościołów, czyli kościoła św. Eliasza z niewielka kryptą św. Elianusa.

    Przy wschodniej ścianie w sali Hippolytosa znajduje się mozaika, w której górnym lewym rogu przedstawiono trzy kobiece postacie – to spersonifikowane Rzym, Gregoria oraz Madaba we własnej osobie. Wszystkie trzy siedzące boginie trzymają w prawej ręce krzyż i wszystkie mają nakrycia głowy – Gregoria i Madaba koronę, natomiast Rzym charakterystyczny dla tego okresu hełm. W czasach bizantyjskich najważniejsze miasta często były przedstawiane właśnie jako kobiety.

    Doskonale zachowany fragment drogi rzymskiej.

    Po zobaczeniu tych wszystkich misternych mozaik i nakarmieniu naszej strefy estetycznej przyszła pora na nakarmienie naszych ciał. Szukamy dobrej restauracji. 

    Z zewnątrz niepozorne miejsce, bez krzykliwych banerów – polecamy Ayola Cafe

    Przed nami około 200 km drogi do dzisiejszego miejsca noclegu, śpimy w …..jaskini.

    Dzień trzeci: Wadi Ghuweir – treking.

    W dniu wczorajszym wieczorem dojechaliśmy do niezwykłego miejsca noclegowego. Otóż jest to prawdziwa jaskinia. Wejścia strzegą słabej jakości drzwi z jeszcze słabszym zabezpieczeniem i zamknięciem. W jednym dużym pomieszczeniu prócz prądu nie ma żadnych zdobyczy techniki, nawet łazienka jest na zewnątrz. jest niesamowicie.  Miejsce nazywa się 7 Caves Hotel i z całego serca polecamy. Na miejscu są dostępne śniadania i na życzenie kolacja.

    TU: https://goo.gl/maps/CSaUB68trhH2Nvqu7

    Po śniadaniu jedziemy na dzisiejszy trekking po kanionie. 

    Wadi Ghuweir to szlak około 14 km , nie jest to pętla więc albo trzeba wrócić do miejsca startu albo zapewnić sobie odbiór z drugiego końca kanionu. My przeszliśmy może 1/3 trasy, nie doszliśmy do oazy. Aby dotrzeć do miejsca startu i przejść szlak nie potrzeba przewodnika, choć wiele poradników zaleca aby wynająć przewodnika. Ważnym elementem przed wejściem do kanionu jest pogoda, trzeba sprawdzić czy nie padało lub nie będzie padało, bowiem może się okazać, że kanion jest zalany lub poziom wody uniemożliwia przejście.

    Zapraszam do ogromnej galerii.

     

    A kolejny dzień spędzimy … gdzie?

    Dzień piąty: PETRA

    Pobudka bardzo wcześnie rano, o 6.00 jesteśmy juz na śniadaniu aby być jednymi z pierwszych , którzy wejdą do Petry. 

    Auto zostawiamy na bezpłatnym parkingu nieopodal wejścia głównego do Petry i ruszamy.

    O tak wczesnej godzinie jest naprawdę bardzo mało turystów. 

    Wkraczamy w świat Nabatejczyków … Siq jest głównym wejściem do starożytnego nabatejskiego miasta Petra. Znany również jako Siqit, jest to ciemny, wąski wąwóz (w niektórych miejscach nie większy niż 3 metry szerokości) i wije się na około 1,2 km i kończy się w najbardziej znanym miejscu Petry, Al Khazneh (Skarbiec). Szeroka dolina na zewnątrz prowadząca do Siq jest znana jako Bab as-Sīq (Brama do Siq).

    W przeciwieństwie do kanionów szczelinowych, takich jak Antelope Canyon na południowym zachodzie Ameryki, które są bezpośrednio ukształtowane przez wodę , Siq jest naturalnym uskokiem geologicznym podzielonym przez siły tektoniczne ; dopiero później został wygładzony przez wodę. Ściany otaczające Siq mają wysokość od 91 do 182 metrów.

    Wejście do Siq zawiera ogromną zaporę, zrekonstruowaną w 1963 i ponownie w 1991, zaprojektowaną w celu zablokowania ujścia Siq i przekierowania wód Wadi Musa . Tama jest dość wierną rekonstrukcją tego, co Nabatejczycy zrobili, aby kontrolować Wadi Musa między I wiekiem pne a początkiem I wieku naszej ery. Przy wejściu znajdują się również pozostałości monumentalnego łuku, z którego zachowały się tylko dwa przyczółki i kilka ciosanych kamieni samego łuku. Łuk zawalił się w 1896 roku po trzęsieniu ziemi, ale jego wygląd znany jest z litografii Matthew Boulby’ego i Davida Robertsa.

    Siq był używany jako wejście do wielkiej karawany do Petry. Wzdłuż obu ścian szczeliny znajduje się wiele nisz wotywnych zawierających baetyli , co sugeruje, że Siq był święty dla ludu Nabatejczyków. W 1998 roku podczas kopania w celu obniżenia drogi o ponad sześć stóp odkryto grupę posągów. Chociaż górna część jest znacznie zniszczona, nadal można rozpoznać postacie dwóch kupców, z których każdy prowadzi dwa wielbłądy. Figurki są prawie dwa razy większe od rzeczywistych.

    Poranek w Siq jest magiczny i pełen tajemniczości. Gdy słońce wznosi się na niebie, oświetla wąski wąwóz zwany, który prowadzi do głównej części miasta. O poranku, gdy docieramy do wejścia Siq, panuje tam cisza i spokój. Jest jeszcze zbyt wcześnie dla większości turystów, więc możemy poczuć się, jakbyśmy odkrywali to magiczne miejsce wyłącznie we dwójkę. Świeże powietrze i lekki chłód rano dodają uroku temu doświadczeniu.

    Idąc przez Siq, podziwiamy wysokie skalne ściany, które przybierają różne odcienie kolorów, gdy promienie słońca przedostają się przez wąski otwór na szczycie. Wraz z wejściem w głąb wąwozu, zauważamy również piękne formacje skalne, wykute przez naturę przez wieki.

    I oto po przejściu 1,2 km z wąskiej szczeliny wyłania  Al-Chazna się zwana przez Beduinów „Skarbcem Faraona” (Chaznat al-Firaun) – wykuta w skale piętrowa budowla powstała ok. I-II w. n.e. W pewnym sensie jest to sztandarowy i najsłynniejszy zabytek Petry. Nie jest jasne przeznaczenie budowli, chociaż ostatnio przeważa pogląd, że był to grobowiec (a nie świątynia) któregoś z władców Petry – być może Aretasa IV i jego żony.

    Po kilku chwilach idziemy w kierunku Kasr Bint Firaun, czyli tzw. Pałacu Córki Faraona, lub też świątyni Duszary (lokalnego bóstwa Nabatejczyków). Mijamy po drodze teatr – jeden z największych obiektów w Petrze, mieszczący od 6 do nawet 10 tysięcy widzów; został wybudowany najprawdopodobniej w I w. n.e., również za panowania Aretasa IV. Uważa się, że został on znacznie rozbudowany po zajęciu Petry przez Trajana. Dalej po naszej prawej stronie wielki zespół Grobowców Królewskich na tzw. Ścianie Królewskiej, na który składają się „Grobowiec Urny”, „Grobowiec Jedwabny”, „Grobowiec Koryncki” i monumentalny „Grobowiec Pałacowy”; nie znaleziono w nich jednakże żadnych szczątków. Skręcamy w lewo mijamy Nymphaeum -Nimfeum było wielką publiczną fontanną wzdłuż ulicy Kolumnadowej Petry. Do dziś zachowały się tylko fundamenty, ale w starożytności była to wspaniała budowla z wewnętrzną, cofniętą półkopułą. Idziemy drogą Kolumnadową, która niegdyś tętniła życiem. Zbliżamy się do tzw. Świętej Dzielnicy Petry, po prawej stronie jest Temple of the Winged Lions -Świątynia Skrzydlatych Lwów to duży nabatejski kompleks świątynny, datowany na panowanie króla Aretasa IV (9 p.n.e. – 40 n.e.). Świątynia jest prawdopodobnie poświęcona najwyższej postaci bogini Nabatejczyków, ale dokładna tożsamość tej bogini jest niepewna. Świątynia mogłaby być poświęcona Dedunowi, nubijskiemu bogu szczęścia, którego symbolem są lwy. Ponieważ Altranelsa wypromowała Ozyrysa-Deduna 300 lat później w rejonie Jebel Barkal, budując Świątynie z podobnymi symbolami. Świątynia Skrzydlatych Lwów została ostatecznie zniszczona podczas potężnego trzęsienia ziemi w 363 roku n.e. 

    Po lewej natomiast stronie jest okazalsza, tzn. czas okazał się dla niej łaskawszy Qasr al-Bint -pełna współczesna arabska nazwa ruin to Qasr al-Bint Fir’aun, czyli „pałac córki faraona”. Nazwa ta wywodzi się z miejscowej baśni, według której cnotliwa córka niegodziwego faraona postanowiła wybrać między swoimi zalotnikami, wyznaczając im zadanie zaopatrzenia w wodę swojego pałacu. Dwóch zalotników wykonało zadanie jednocześnie, kierując wodę do pałacu z różnych źródeł na otaczających go wzgórzach. Księżniczka przyjęła skromniejszego z dwóch zalotników, którzy przypisywali jego powodzenie Bogu.

    W okolicy tejże świątyni są ulokowane restauracje, zatrzymujemy się na chwilkę na kawę. 

    Wracamy ponownie na drogę kolumnadową i kierujemy się w lewo na wzgórze do ruin Bizantyjskiego Kościoła (znany również jako Kościół Petra) jest doskonałym przykładem monumentalnej architektury w bizantyjskiej Petrze. Znajduje się na wzniesieniu w centrum miasta, na północ od tzw. ulicy Kolumnowej. Jest to jeden z trzech bizantyjskich kościołów na zboczu wzgórza, pozostałe dwa to Kościół Ridge (lub Czerwony Kościół) i Błękitna Kaplica , kaplica z V-VI wieku na północ od głównego kościoła, więc nazwany, ponieważ został wykonany z niebieskiego egipskiego granitu. Kościół bizantyjski wyróżnia się bogatą i dobrze zachowaną dekoracją mozaikową. Kościół bizantyjski jest miejscem znalezienia 140 papirusów , które dostarczyły naukowcom cennych informacji o życiu zarówno w bizantyjskiej Petrze, jak iw jej wiejskich okolicach. Uczeni nazywają je papirusami Petry. Kościół został odkopany przez Amerykańskie Centrum Badań Orientalnych (ACOR) w latach 1992-2002.

    Ze wzgórza możemy w oddali podziwiać zespół Grobowców Królewskich, tam też za chwilkę pójdziemy.

     

    Jedną z największych atrakcji turystycznych a zarazem jedną z największych, jak do tej pory nierozwiązanych zagadek Petry są jej skalne grobowce. Już od wizyty J. L. Burckhardta w roku 1812 wzbudzają one wiele kontrowersji i wywołują spory wśród badających je naukowców. Powstały liczne teorie dotyczące ich typologii, chronologii, przeznaczenia oraz sposobu, w jaki powstały. Badacze nadal spierają się ze sobą co do ich interpretacji. Pierwszym uczonym, który dokonał opisu i klasyfikacji grobowców fasadowych w Petrze, był Niemiec o polsko brzmiącym nazwisku Alfred von Domaszewski. W roku 1897 w trakcie długiej podróży po Arabii Skalistej, którą odbył wraz ze swym przyjacielem Rudolfem Brünnowem, spędził w Petrze kilkanaście dni. W tym czasie policzył oraz sklasyfikował widoczne w jego czasach fasady wykutych w skale grobowców i innych budowli Petry. Podzielił je następnie na siedem głównych typów, bazując przede wszystkim na stylistyce ich wystroju architektonicznego oraz na występowaniu elementów klasycyzujących. Te siedem głównych typów to:
    – grobowce pylonowe,
    – grobowce schodkowe,
    – grobowce proto-Hegra,
    – grobowce Hegra,
    – grobowce łukowe,
    – grobowce przyczółkowe,
    – grobowce w typie rzymskiej świątyni.

    Kierujemy się w stronę potężnych fasad grobowców królewskich. Przechodzimy przez mostek nad Wadi Mataha, a następnie rozpoczynamy łagodne podejście ścieżką prowadzącą do dwóch wyróżniających się skalnych fasad na Nekropoli Królewskiej – należących do Grobowca Pałacowego i Grobowca Korynckiego. 

    GROBOWIEC PAŁACOWY – który wyglądem swoim przypominał pierwszym podróżnikom znane im rzymskie pałace i stąd też wzięła się jego nazwa. Fasada tego jednego z największych nabatejskich grobowców (wymiary to 49 m szerokości i 46 m wysokości) składa się aż z trzech kondygnacji. Najwyższe piętro, dziś już prawie nieistniejące, zostało częściowo nadbudowane kamiennymi blokami, a nie tylko wykute w skale. Tworzyło je kilka rzędów karłowatych pilastrów (w każdym rzędzie po 18) z kapitelami nabatejskimi, ulokowanych dokładnie nad osiemnastoma półkolumnami ze środkowego piętra budowli. Na środkowym piętrze prócz wspomnianych półkolumn, również zakończonych nabatejskimi głowicami, znajdowało się sześć nisz, w których prawdopodobnie ustawione były niegdyś wizerunki bóstw, być może pod postacią prostokątnych betyli. Dolne piętro to przede wszystkim cztery bogato zdobione wejścia do czterech oddzielnych komór grobowych. Jedynie dwie środkowe komory są ze sobą połączone wąskim przejściem. Grobowiec Pałacowy musiał niewątpliwie należeć do królewskiej rodziny jednego z ostatnich władców nabatejskiej Petry.

    GROBOWIEC URNYJednym z najładniejszych i największych budowli spośród Grobowców Królewskich jest Grobowiec Urny (Urn Tomb). Szacuje się, że powstał w 70 r. n.e., a pochowany został tu nabatejski król Malchus II. W 447 roku za sprawą Biskupa Jasona został przekształcony w chrześcijański kościół.
    Główna fasada grobowca ma 26 metrów wysokości. To dwupoziomowa budowla, gdzie znajduje się wiele zakamarków, mniejszych wnęk, komór i kolumn. Warto

    GROBOWIEC JEDWABNY nie jest tak okazały, jak Grobowiec Urny. Ma zaledwie 10,8 metra szerokości i 19 metrów wysokości. Szacuje się, że grobowiec ten również pochodzi z okolic I w. n.e. Jego nazwa nawiązuje do przepięknie kolorowego piaskowca, w którym został wykuty.

    GROBOWIEC KORYNCKI – to okazała budowla powstała między 40-70 rokiem naszej ery. Fasada ma 27,55 metrów szerokości oraz 26 metrów wysokości. Architektonicznie wielu doszukuje się podobieństwa do fasady Grobowca Jedwabnego czy Skarbca Faraona

    Tuż za grobowcami jest ścieżka wijąca się w górę do punktu widokowego na Skarbiec. Jest ambitny plan aby tam wejść. Więc idziemy. Szlak nazywa się Al_Khubtha Trail. Jesteśmy po drugiej stronie góry i przed nami niezliczone ilości schodów. Widoki na szczycie góry na panoramę Petry, teatr rzymski i na końcu na Skarbiec są zachwycające.

    Kierujemy się powoli do wyjścia, idziemy w kierunku Skarbca i kiedy już tam jesteśmy zderzamy się z ogromnym tłumem ludzi, rzeka turystów. 

    Dajemy namówić się na wejście na punkt widokowy na Skarbiec za opłatą oczywiście. Lokales prowadzi nas dość kontrowersyjną ścieżką, która miejscami jest dość niebezpieczna, a biorąc pod uwagę duży ruch w obie strony trzeba być mocno czujnym aby nie być za blisko Skarbca.

    Na dziś już mamy dość wędrówek opuszczamy Petrę. Sesja zdjęciowa z wielbłądem, zerknięcie na Skarbiec.

    Dzień szósty: PETRA po raz drugi

    Tym razem mamy na Petrę inny plan. Pamiętacie, że wczoraj nie było jednej ważnej budowli? 

    Dziś chcemy zobaczyć Ad-DajrKlasztor, wykuta w skale piaskowca budowla znajdująca się na rozległym płaskowyżu u podnóża wzniesienia Dżabal ad-Dajr.

    Auto zostawiamy na parkingu przy wejściu głównym do Petry i z tego miejsca jedziemy w okolice Małej Petry tuż za wioską beduińską Uum Sayhoun, z głównej drogi skręcamy nieco w lewo i szutrem jedziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów do prowizorycznej bramy i budki gdzie jest człowiek, który sprawdza czy mamy bilety do Petry. W zasadzie jesteśmy na pustkowiu ale jakby nie było to tylne wejście do Petry i trzeba jego strzec. Track ma około 5 km, pomimo, że początkowo jest łatwo – idziemy po płaskim terenie, to później wspinamy się cały czas pod górę. My całą trasę pokonaliśmy w 2 h z licznymi przystankami na odpoczynek z kawą i sokiem z pomarańczy.

    Miejsce początku pieszego szlaku do Ad-Dajr  – kliknij

    Widok wyłaniającej się ze skał urny na szczycie Klaszoru bardzo nas ucieszył.

    Ad-Dajr  – dwukondygnacyjna fasada mierzy 47 m wysokości i 48,3 m szerokości i jest największą w Petrze. Wyglądem przypomina słynny Skarbiec Faraona, w przeciwieństwie do niego posiada jednak mniej elementów hellenistycznych i mimo rozmiarów ustępuje mu sławą. Fasada utrzymana jest w tradycyjnym nabatejskim stylu, posiada jednak greckie elementy w postaci doryckiego fryzu tryglifowo-metopowego, kolumn, przyczółków i zdobionych ram wejścia. Pozbawiona jest natomiast jakichkolwiek dekoracji figuralnych, choć w pustych współcześnie niszach mogły się dawniej znajdować posągi. Na szczycie znajduje się wolno stojący kapitel, zwieńczony 10-metrową urną. Przed fasadą znajduje się rozległy dziedziniec, na którym odkryto ślady istniejącej dawniej kolumnady.

    Wewnątrz budowli znajduje się prostokątna komnata o wymiarach 11,25×12,1 m z dwoma ławami po bokach. W tylnej ścianie wykuta jest położona na wysokości 1 m nad podłogą nisza, do której prowadzą dwa rzędy bocznych schodów. Wykute w niszy krzyże świadczą, że w czasach bizantyjskich budowla mogła być wykorzystywana jako kaplica.

    Czas powstania i funkcja budowli pozostają nieznane. Datuje się ją na I wiek n.e. W czasach nabatejskich mogła pełnić funkcję świątyni lub grobowca. Część badaczy przypuszcza, że mogło to być miejsce kultu deifikowanego po śmierci króla Obodasa I.

    Wracamy ścieżką w dół do Kasr Bint Firaun – Zamku córki Faraona, mijamy po drodze Lion Triclinium. Zatrzymujemy się na mały lunch w knajpie gdzie wczoraj praktycznie nie było żywej duszy, a dziś jest dziki tłum ludzi.

    Kierujemy się do wyjścia i definitywnie opuszczamy Petrę. Jedziemy na południe poniżej Akaby nad Morze Czerwone, a konkretnie do zatoki Akaba.

    Dzień siódmy: chill nad morzem czerwonym …

    Ostatnie dwa dni spędzamy na totalnym nic nie robieniu 🙂

    Jesteśmy nie daleko granicy z Arabią Saudyjską w „kurorcie” Grand Tala Bay Resort.

    Z aktywności to troszkę poleżeliśmy na plaży, posurkowaliśmy i odwiedziliśmy Akabę na ostatnie zakupy.

     
    Powrót do Ammanu i lot do domu.
     
    Oto mniej więcej jak przebiegała nasza trasa po Jordanii, zrobiliśmy około 1000 km.
     
     
     
    ]]>
    OMAN 2014 NOVEMBER http://huskycruising.pl/2014/11/20/oman-2014-november/ Thu, 20 Nov 2014 09:02:48 +0000 http://huskycruising.pl/?p=12263 Oj dawno nas tu nie było, powracamy do Omanu po raz trzeci dla przepięknych widoków i wspaniałej natury w każdej postaci.

    „Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czy­tają tyl­ko jedną stronę”

    IMG_2890

    Podróż zaczynamy w piątkowy wieczór przejazdem do Szczecina, skąd w nocy we trójkę czyli Monika , Weronika i ja transferujemy się do Berlina na lotnisko Tegel. O 6.00 mamy krótki lot do Amsterdamu gdzie spotykamy się z pozostałymi uczestnikami wyprawy: Pyrką, Emsi,m i Stefanem. Oczekiwanie na kolejny lot na Amsterdamskim lotnisku Schiphol:  kawa, ciacho i poszukiwanie Free WiFi.

    IMG_2817

    Około godziny 10.00 jesteśmy już na pokładzie samolotu do Muscatu, przed nami męczący 8,5 godzinny lot z międzylądowaniem w Doha. Jedzenie w samolocie jak zwykle podłe ale mamy swoje kotlety mielone, mojej produkcji muffinki i jakieś drobne przekąski 🙂 nie umrzemy z głodu. Z nogami gorzej, nie mam co z nimi zrobić, gdzie je podziać?

    Niewiele po 21.30 czasu miejscowego lądujemy na lotnisku w Muscacie, po odczekaniu w długiej kolejce kupujemy wizy i odbieramy bagaże z taśmy / wszystko jest /. Na lotnisku wita nas Jurek. Załatwiamy sprawy związane z wynajęciem samochodu i wymianą waluty. Nasza trójka udaje się do pobliskiego hotelu na noc, tam odpoczywamy przed tym co nas czeka.

    IMG_2825

    Hotel standardem odbiega od naszych wyobrażeń ale nie po to tu przylecieliśmy aby spać w hotelach. Zarezerwowaliśmy pokój dwuosobowy z prośbą o dostawkę dla dorosłej osoby. Po przybyciu wstawiono dodatkowe łóżko. Pokój dość duży, okno z widokiem na zaplecze centrum handlowego.

    IMG_2826

    Niezłe opakowanie do pilota.

    HUS_3216

    Dzień 1

    Wstajemy w miarę wcześnie, toaleta i śniadanie w hotelowej restauracji. Noo śniadanie to bardzo niewłaściwe słowo, to co podano na szwedzkim stole woła o pomstę do nieba. Obok hotelu jest centrum handlowe gdzie robimy jakieś podstawowe zakupy oraz kupujemy kartę do telefonu Omantel. Około 10 dołączają do nas Jurek, Pyrka, Emsi i Stefan i ruszamy w trzy samochody przez góry Jabal Halwi na południowy-wschód na Wahiba Sands.

    Do użytkowania dostaliśmy nówkę sztukę Toyota Land Cruiser j200 V6 z automatyczną skrzynią biegów w pięknym kolorze biała perła z przebiegiem niecałe 4 tyś. Po oklejeniu jej w nasze logo ruszamy.

    HUS_3218 HUS_3219

    DSC_4998 DSC_5000

    Dojazd do Wahiba Sands.

    DSC_5005

    HUS_3221

    HUS_3222 HUS_3226

    Wadi al Khabbah.

    HUS_3229W okolicy Bidiyah z szutrowej drogi wjeżdżamy na piaskowy trak zwany Bidiyah Camps Road i zagłębiamy się w diuny.

    DSC_5019 DSC_5022

    Wahiba Sands to pustynny rejon Omanu nazwany tak od plemienia Bani Wahiba, zajmuje obszar 12.500 km2, gdzie czerwony piasek tworzy wydmy sięgające 100 metrów wysokości.  Po drodze napotykamy lokalnych beduinów na wielbłądach. Widok sielankowy, a może to stylizacja?

    HUS_3231 HUS_3236Rozkoszujemy się jazdą i zaglądamy do Campu Al-Raha Tourism Camp z bungalowami dla „niemieckiego” turysty. Jest nawet plac zabaw dla dzieci.

    DSC_5024

    Nieco dalej odbijamy z głównego traka na zachód i wbijamy się wyżej na diuny aby tam spędzić noc.

    Nie jest łatwo.

    DSC_5039 DSC_5050

    Milion Stars Hotel HUS_3245

    Noc zapada bardzo szybko. Zrobiliśmy dziś 300km.

    HUS_3251

    Dzień 2

    Budziły już nas podczas poranków na wyprawach : psy, kozy, owce, krowy, osły ale Camele po raz pierwszy 🙂

    DSC_5074

    HUS_3265

    Podeszły bardzo blisko, przywitały się, może liczyły na jakąś przekąskę ?

    HUS_3266

    I poszły w siną dal.

    HUS_3269

    Poranek zapowiadał się piękny

    HUS_3274

    Plan na dzień dzisiejszy to dojechać do plaży nad Oceanem Indyjskim w okolicy Bar al Hikman. Jazda wyłącznie po bezdrożach, szerokich trakach piaskowych i szutrowych.

    oooo jeszcze jakiś zabłąkany pieszczoch się znalazł

    HUS_3280

    Ruszamy

    HUS_3286

    HUS_3287 HUS_3289Wybór drogi, problem taki odpada

    HUS_3301

    Camel na spacerze biegnie za samochodem.

    HUS_3307

    HUS_3292

    HUS_3300

    Interwencja, na bagażniku dachowym coś się poluzowało.

    DSC_5103 DSC_5110

    Z piaszczystych dróg na chwilkę tylko wracamy na asfalt aby dojechać do Muhut na obiadek by po chwili rozkoszować się kawą w interiorze.

    HUS_3328

    DSC_5120

    W takie miejsce dojeżdżają tylko Toyoty.

    DSC_5124 HUS_3318DSC_5120 HUS_3316Mała myszka pustynna w sypkim piachu próbuje wykopać norkę.

    DSC_5134

    Krajobraz zmienia się co chwilkę. Gdyby tak trochę trawy dodać to byłaby sawanna.

    HUS_3337 HUS_3338 HUS_3339

    Kompletne odludzie i pustkowie, pojedyncze drzewa i rozległa wioska beduinów.  Warsztat samochodowy musi być.

    HUS_3341 HUS_3344

    Domek i obok bojler z ciepłą wodą 🙂

    DSC_5137

    Lokalne wysypisko śmieci.

    DSC_5142

    Wkrótce krajobraz znów się zmienia i już wybrzeżem jedziemy do miejsca docelowego i naszego noclegu nad brzegiem Oceanu Indyjskiego na półwyspie Bar al Hikman w okolicy Ras Zaywari. Dziś przejechaliśmy 244 km.

    DZIEŃ 3

    Okazuje się, że ocean dość mocno szumi w nocy 🙂

    Poranek i widok rekompensuje tą małą niedogodność.

    DSC_5163

    HUS_3392

    Okoliczności w jakich spędziliśmy wieczór, noc i poranek.

    DSC_5152 DSC_5155 HUS_3390 HUS_3393 HUS_3397

    Plaża w Bar al Hikman o wschodzie słońca.

    HUS_3398

    Jakowyś „obcy” tu lądowali?

    HUS_3403

    Stół szwedzki i obsługa na stanowisku

    HUS_3409

    HUS_3408

    Przed opuszczeniem tego malowniczego miejsca pozwalamy sobie na odrobinę frajdy z jazdy po plaży.

    HUS_3450 HUS_3464 HUS_3485

    Weronice jazda po plaży też się podoba

    HUS_3494

    Nasza trójka 🙂

    HUS_3495

    Po wspaniałej zabawie, jedziemy około 3 km wzdłuż wybrzeża i wkraczamy w bardzo minimalistyczny solny krajobraz. Główny trak jest twardy, jednak odleglejsze tereny to niebezpieczna sabhka.

    Łodzie rybackie tuż przy plaży.

    HUS_3503

    DSC_5171

    W promieniu kilkunastu kilometrów nic a nic po horyzont.

    HUS_3505 HUS_3506 HUS_3509 HUS_3511

    Chyba GPS mu wysiadł 🙁 To smutne ale niestety nigdy podczas pobytu w Omanie / trzy krotnego / nie udało nam się zobaczyć żółwi, żywych żółwi. Ślady na piasku owszem i martwe sztuki. Kiedy byliśmy pierwszy raz w Omanie widzieliśmy wyrzuconego przez ocean martwego żółwia na plaży, za drugim razem na wyspie Masirah jakieś 500 m od plaży również martwy, jednak już tylko skorupa i kości. Trzeci raz niestety również martwy, zdjęcie poniżej.

    DSC_5173 HUS_3508

    hahaha, paparazzi 🙂 jedynie EMSI jakby nieśmiały. Po naszej zachodniej stronie mamy zatoczkę Ghubbat Hashish.

    HUS_3512

    HUS_3513

    Przy wyjeździe stoi znak ostrzegawczy.

    DSC_5177 HUS_3514

    Kierujemy się na północ wzdłuż Wadi Halfayn do miasteczka Hiji gdzie zatankujemy paliwo.

    HUS_3516 HUS_3517 HUS_3519

    Szkoła

    HUS_3520

    i szkolne autobusy

    HUS_3521 HUS_3522 HUS_3523 HUS_3525 HUS_3526

    Po wypiciu nieznośnie słodkiej kawy ruszamy na południe zobaczyć troszkę ptactwa w okolicy Filim u ujścia Wadi Halfayn.

    HUS_3533 HUS_3535 HUS_3542 HUS_3547 HUS_3554 HUS_3555

    DSC_5186 DSC_5192 DSC_5196 DSC_5200 DSC_5201 DSC_5205 DSC_5207

    Po nasyceniu oczu troszkę innymi kolorami jak dotychczas jedziemy na południe.

    Ciekawskie dzieciaki na swoim podwórku.

    DSC_5179

    DSC_5210 DSC_5212 DSC_5215

    DSC_5220 DSC_5222

    HUS_3559 HUS_3560

    Docieramy do rybackiej wioski Al Khaluf i zaglądamy do jednego z tutejszych warsztatów samochodowych.  Tu zatrzymujemy się na dłużej

    DSC_5223 DSC_5228 DSC_5242

    HUS_3562 HUS_3563 HUS_3564 HUS_3565 HUS_3566 HUS_3567 HUS_3568 HUS_3570 HUS_3573 HUS_3574 HUS_3575 HUS_3577 HUS_3578 HUS_3579 HUS_3580 HUS_3585

    Jak to po naszemu by nazwać? wulkanizacja?

    HUS_3586 HUS_3587 HUS_3588 HUS_3589 HUS_3590 HUS_3592 HUS_3593 HUS_3594 HUS_3595

    W Polsce by jeszcze wyklepali

    HUS_3596 HUS_3597

    Co córeczka fotografuje?

    HUS_3598 HUS_3599 HUS_3600

    20 psi szczęścia i radości

    HUS_3601

    u nas nie do zdobycia

    HUS_3602 HUS_3603 HUS_3604 HUS_3605 HUS_3606 HUS_3607

    Tego dnia duuużo jeździmy po plażach i w ich pobliżu, właśnie kierujemy się dalej na południe, a po drodze mamy niesamowite White Dunes w Ras Bintot.

    DSC_5257 DSC_5258 DSC_5260 DSC_5263 DSC_5268

    selfi musi być

    DSC_5272 DSC_5274 HUS_3616 HUS_3623 HUS_3632 HUS_3637 HUS_3638 HUS_3641 HUS_3646 HUS_3648 HUS_3651 HUS_3653

    Dzień obfitował w niesamowite widoki czas na odpoczynek, pod drzewkiem.

    HUS_3654

    Po lanczu jedziemy na Cinnamon Desert, gdzie zanocujemy. Słońce na każdym kroku udowadnia nam, że ono tu rządzi. Okolica Bantawt w Al Wusta .

    HUS_3658 HUS_3664 HUS_3665

    Przedsionek Cinnamon Desert.

    HUS_3670

    HUS_3671 HUS_3672 HUS_3674 HUS_3677 HUS_3684 HUS_3689 HUS_3697 HUS_3700 HUS_3701 HUS_3706 HUS_3708

    Poniżej w oddali pod drzewami nasz obóz

    HUS_3709 HUS_3711 HUS_3713 HUS_3718 HUS_3720

    DSC_5285 DSC_5287

    Po przejechaniu niecałych 200 km, oddajemy się leniuchowaniu, patrząc na gwiazdy.

    DZIEN 4

    Na Cinnamon Desert, która leży w rejonie Al Wusta jestem po raz trzeci jednak za każdym razem nocleg jest w innym miejscu. Na przestrzeni dwóch lat można zauważyć jak zmienia się krajobraz. Ta stosunkowo niewielka piaszczysta pustynia z pojedynczymi drzewami oraz ciemnymi i błyszczącymi skałami zachwyca swymi kolorami, których intensywność zmienia się wraz z położeniem słońca. Podczas tego pobytu Cinnamon Desert była dla nas łaskawsza niż podczas wyprawy w marcu 2012 roku kiedy to wiał silny wiatr unoszący miliardy ziarenek piasku, które zjadaliśmy z każdą łyżką ryżu.

    HUS_3725 HUS_3726 HUS_3727

    DSC_5293

    Spektakularne wydmy …

    HUS_3729

    … mieszają się z samotnymi drzewami

    DSC_5302

    HUS_3730 HUS_3731 HUS_3737 HUS_3739 HUS_3740 HUS_3741

    HUS_3742 HUS_3743 HUS_3747

    Po raz kolejny odwiedzają nas o poranku Camele , zerkają zdziwione i odchodzą.

    HUS_3751 HUS_3753

    Niektóre kończą swój żywot w nieznanych okolicznościach, a piasek raz zakrywa ich szczątki, a raz odkrywa.

    DSC_5292

    HUS_3756

    DSC_5297

    Opuszczamy nasze miejsce noclegu klucząc pomiędzy wydmami i roślinnością.

    HUS_3758

    Niesamowite dzieło natury.

    DSC_5324

    HUS_3761

    To drzewo jeszcze kilka lat temu było całkowicie odkryte, a zanosi się na to, że wkrótce jego korona zniknie pod piaskiem.

    HUS_3764 HUS_3766

    DSC_5340

    HUS_3775 HUS_3780 HUS_3785

    HUS_3787 HUS_3789 HUS_3790 HUS_3792 HUS_3794 HUS_3798 HUS_3799

    HUS_3800 HUS_3802 HUS_3805

    DSC_5331 DSC_5332 DSC_5333 DSC_5337 DSC_5338 DSC_5339 DSC_5345

    HUS_3823

    Z żalem opuszczamy piękną Cinnamon Desert i drogą asfaltową kierujemy się na południe do Ad Duqm gdzie tankujemy i jemy lunch. Po lewej mijamy Rock Garden  jest to miejsce z niezwykłymi formami skalnymi, które zostały wyrzeźbione przez miliony lat przez wodę i wiatr.

    Lokalna restauracja, okienko podawcze 🙂

    HUS_3829 HUS_3830 HUS_3832

    Zakupy w lokalnym supermarkecie.

    Zwraca uwagę niezwykły wystrój, który to jest związany z Narodowym Świętem.

    DSC_5347

    HUS_3834

    DSC_5346

    Nawet samochody są odpowiednio przyozdobione na cześć sułtana.

    HUS_3838 HUS_3841

    Za Duqm odbijamy na wschód i docieramy na plażę w Ras Markaz.

    HUS_3844 HUS_3845 HUS_3846 HUS_3850 HUS_3853 HUS_3854 HUS_3855 HUS_3856 HUS_3858 HUS_3860 HUS_3866

    Na plaży odbywa się niezwykły spektakl z udziałem rybaków, którzy wrócili właśnie z połowów i ptactwa, które ma okazję na posiłek, bez wysiłku kradnąc ryby bezpośrednio z kontenerków.

    HUS_3869 HUS_3870 HUS_3871 HUS_3872 HUS_3873 HUS_3874 HUS_3875 HUS_3876

    DSC_5372

    HUS_3880 HUS_3881 HUS_3883 HUS_3884 HUS_3886 HUS_3888 HUS_3889 HUS_3891 HUS_3894 HUS_3895 HUS_3896 HUS_3897 HUS_3904 HUS_3908 HUS_3912 HUS_3913 HUS_3915 HUS_3919 HUS_3924

    Nieco dalej za Ras Madrakah opuszczamy drogę i przebijamy się po nieznośnie pagórkowatym terenie do plaży.

    HUS_3925 HUS_3926 HUS_3929

    Docieramy do Wadi Tharif z Three Palm Trees Lagoon, miejsce gdzie próbuje się odtworzyć las namorzynowy.

    HUS_3930 HUS_3932 HUS_3935

    Plaża i woda o temperaturze powietrza zachęcają do zabawy w Oceanie . Zostajemy tu na noc. Przejechaliśmy dziś 230 km.

    HUS_3946

    DZIEŃ 5 

    Ocean był dla nas łaskawy, przypływ nie zmył nas do otchłani. Przed nami ciężki dzień, do przejechania mamy prawie 600 km. Krajobraz piaszczystej plaży nad Oceanem zamienimy na piaszczystą Empty Quater.

    DSC_5378 DSC_5379 DSC_5381 DSC_5388 HUS_3968 HUS_3969

    No chodź … przed nami kolejny dzień 🙂

    HUS_3970 HUS_3972

    ooo catering już działa

    HUS_3973 HUS_3976 HUS_3977 HUS_3981

    Jeszcze zerknięcie na Wadi Tharif

    HUS_3988

    Na poboczu napotykamy samotnie stojącą 40 – stkę.

    HUS_3993

    Grupa MD 🙂

    HUS_3998 HUS_4003

    Miłośnik białej broni i …. zabawek ?

    HUS_4005

    Nawet klimatyzatory z logo Toyota

    HUS_4006

    Weronika, Jurek, emsi, postój w Hayma

    HUS_4007

    mkniemy …

    HUS_4013

    widok na kokpit , kobiety dowodzą

    DSC_5399

    Strefa około naftowa, kontrole policji i wojska w okolicy Barik

    HUS_4014

    Wyczailiśmy wejście USB do zestawu muzycznego, podłączamy iPhona

    HUS_4016 HUS_4020 HUS_4026 HUS_4027 HUS_4028 HUS_4029

    no niestety, kobieca część załogi musi przyodziewać dłuuugie spódnice aby pokazać się w sklepie czy knajpie

    HUS_4030 HUS_4032

    Dobrze jest mieć wśród znajomych większych wariatów od siebie 🙂

    HUS_3994 HUS_4033

    Na nocleg docieramy na Empty Quarter.

    DZIEŃ 6

    Wieczór spędziliśmy przy ognisku , jednak długo nie dało się posiedzieć ponieważ wiał dość silny wiatr, który szybko nas dosłownie zasypywał piachem. Namiot postawiliśmy na zawietrznej koło samochodu aby nas nie zwiało 🙂

    HUS_4040 HUS_4045

    DSC_5408 DSC_5411 DSC_5412 DSC_5417 DSC_5418

    HUS_4050 HUS_4053

    Północna część EQ na którą dojechaliśmy nie jest tak spektakularna jak jej południowe krańce.

    HUS_4056 HUS_4060 HUS_4064 HUS_4065 HUS_4066 HUS_4069 HUS_4073 HUS_4076 HUS_4081 HUS_4088 HUS_4093 HUS_4094

    Dzień bez kopania to dzień stracony.

    HUS_4105

    DSC_5424 DSC_5436

    … widziałem orła cień ….

    HUS_4113

    wspinaczka nie jest łatwa w sypkim piachu

    HUS_4118

    HUS_4119 HUS_4121 HUS_4129 HUS_4133

    DSC_5468 DSC_5469

    Droga powrotna i znów patrole wojska, jednak nie zatrzymują nas do kontroli.

    HUS_4166 HUS_4170 HUS_4174 HUS_4180

    Z dróg szutrowych zjeżdżamy na grząski piach – sabhka, wymaga to upuszczenia powietrza z kół.

    HUS_4185

    DSC_5471 DSC_5474 DSC_5477

    w tym upale bieganie pod górkę to naprawdę wyzwanie, Weronika ściga się z Jurkiem.

    HUS_4189 HUS_4191 HUS_4194 HUS_4198

    styl grecki w Omanie

    HUS_4205 HUS_4207 HUS_4212 HUS_4213 HUS_4214

    no niestety było miękko

    HUS_4216

    DSC_5482

    HUS_4217 HUS_4218 HUS_4228

    DSC_5488 DSC_5501

    HUS_4238

    Niestety coraz częstszy widok w Omanie, kilometrami ciągnące się rurociągi z gazem bądź ropą, utrudniają swobodne poruszanie się po tym pustynnym kraju.

    HUS_4240 HUS_4241 HUS_4246

    Docieramy do znanego już miejsca jakim jest Ducky Rock

    HUS_4250

    DSC_5514

    DSC_5515

    HUS_4253 HUS_4254 HUS_4259 HUS_4263 HUS_4266 HUS_4269 HUS_4270 HUS_4271 HUS_4272 HUS_4273 HUS_4278 HUS_4279 HUS_4280 HUS_4281 HUS_4285 HUS_4286 HUS_4287 HUS_4289

    Zmęczone , padnięte …

    HUS_4292

    Z Jurkiem jadę kilkaset metrów dalej aby zrobić kilka zdjęć zachodzącego słońca nad Ducky Rock, jest pięęęęęęknie.

    HUS_4313

    DZIEŃ 7 

    Poranek pod kaczką 🙂

    HUS_4329

    DSC_5527 DSC_5530 DSC_5532 DSC_5541 DSC_5542 DSC_5545

    To z tego mniej więcej miejsca robiliśmy wczorajsze nocne zdjęcia

    HUS_4332 HUS_4334 HUS_4335 HUS_4337 HUS_4339 HUS_4342 HUS_4343 HUS_4352 HUS_4357 HUS_4361

    Ruszamy w drogę powrotną na północ. Zapuszczamy się w rejon archeologiczny Quarry i lekko błądzimy pośród czegoś w rodzaju kopalni kruszyw mineralnych.

    HUS_4366

    Okazało się , że znaleźliśmy się na drodze, która należała do koncernu naftowego i nie powinniśmy byli się tam pojawić. Ten pan nie mógł pojąć jak my tam się znaleźliśmy?

    Jakiś czas musieliśmy za nim jechać.

    HUS_4367

    Kawka w Adam

    HUS_4368 HUS_4373

    Na parkingu przed centrum handlowym Lulu w Nizwa , zakupy na ostatnią noc pod gwiazdami. Tu kupiliśmy mięso na grila 🙂 więc kolacja była wyborna.

    HUS_4375

    IMG_2858 IMG_2859 IMG_2875

    I jesteśmy już w terenie górskim Jabel Asherqi w Górach Hajr , niestety niebo nie jest klarowne.

    HUS_4393 HUS_4395 HUS_4397 HUS_4400 HUS_4401 HUS_4405 HUS_4407 HUS_4409 HUS_4412

    Trasa w Wadi Bani Awuf jest bardzo malownicza i dostarcza wrażeń 4×4

    HUS_4413

    Jest nieźle

    HUS_4414 HUS_4416 HUS_4417 HUS_4420 HUS_4421 HUS_4423 HUS_4428 HUS_4432 HUS_4433 HUS_4434 HUS_4435 HUS_4440 HUS_4443 HUS_4448 HUS_4450

    Późnym popołudniem docieramy do Little Snake Canyon, a obok niego kilkadziesiąt metrów zatrzymujemy się na nocleg. W terenie górskim bardzo trudno o płaską  miejscówkę. Zatrzymujemy się obok drogi.

    HUS_4452

    DSC_5560

    Kanion jest zamknięty z obu stron wysokimi klifami.

    DSC_5567 DSC_5570

    HUS_4455 HUS_4456 HUS_4458 HUS_4459 HUS_4460

    Na szlaku mamy do pokonania wodę, trzeba zdjąć buty, na szczęście nie jest głęboko ale woda jest bardzo zimna.

    HUS_4462 HUS_4464 HUS_4465 HUS_4468

    Niezły widok i widać potencjał.

    HUS_4470 HUS_4473

    Schodzimy

    HUS_4479

    Skały są bardzo gładkie

    HUS_4486 HUS_4488

    DZIEŃ 8 

    Nocleg spędziliśmy na bocznej drodze gdzie można było wygospodarować nieco płaskiej powierzchni.

    HUS_4489 HUS_4490 HUS_4491 HUS_4492

    Na zdjęciu poniżej widać nasze obozowisko 🙂

    HUS_4494 HUS_4497 HUS_4498

    To była ostatnia noc spędzona w Omanie, zmierzamy do Muscatu

    HUS_4507 HUS_4509 HUS_4512 HUS_4517

    Szkolne Busy

    HUS_4519 HUS_4521 HUS_4524

    Picupy służą tu do pracy, do ciężkiej pracy

    HUS_4526

    Bezpieczeństwo na stacji paliw

    HUS_4528

    Święto narodowe, więc nie żałujemy wody, trawa ma być zielona

    HUS_4533 HUS_4542 HUS_4546

    Czym niższy numer rejestracji, tym droższa blacha

    HUS_4549

    Obowiązkowy punkt programy, stary Suk

    HUS_4551 HUS_4552 HUS_4554 HUS_4555 HUS_4556 HUS_4560 HUS_4564 HUS_4575 HUS_4576 HUS_4578 HUS_4579 HUS_4582

    wisiorek (copy)

    HUS_4583 HUS_4588 HUS_4590 HUS_4594 HUS_4595 HUS_4596 HUS_4604 HUS_4609

    Niemcy na wakacjach 🙂

    HUS_4612 HUS_4618 HUS_4619 HUS_4623 HUS_4631

    Po zakupach na Suku idziemy na posiłek, który przytłacza nas ilością

    IMG_2877 IMG_2878 IMG_2879

    Podczas naszej wyprawy pokonaliśmy 2425 km

    IMG_2881 IMG_2882

    Byliśmy w Omanie po raz trzeci, czy pojedziemy tam kolejny raz?

    ]]>
    OMAN 2012 OCTOBER http://huskycruising.pl/2012/10/12/oman-2012-10/ Fri, 12 Oct 2012 14:26:00 +0000 http://huskycruising.pl/?p=48 „Podróż jest jak małżeństwo.Podstawowym błędem jest myślenie, że możesz ją kontrolować”

    Jesienny come back to Oman za nami?.

    Wyprawa trwała od 3.10 do 12.10.2012, w tym czasie przejechaliśmy 3160 km, całkowity czas jazdy to 44h 23min, najkrótszy odcinek pokonaliśmy w 2h 24min, najdłuższy jechaliśmy 5h 51min.

    3.10.12 tuż po północy jedziemy we trójkę  naszą J12 do Berlina,  zostawiamy auto na parkingu i jedziemy na lotnisko Tegel. Tam spotykamy Pawła ?Pyrka? i Janka ?Gałka?. Krótki lot mamy do Amsterdamu, gdzie czekamy na pięknym lotnisku Schiphol na samolot do Muscatu. Podczas odprawy dołączają do nas kolejni członkowie wyprawy:  Paweł ?Plum? z   żoną Agatą oraz Asia z Markusem. Tak więc już w 9 osób lecimy do Muscatu. Międzylądowanie mamy w Doha w Katarze, godzinny postój dłuży się w nieskończoność. Wreszcie około 21.30 czasu lokalnego jesteśmy na ziemi omańskiej.

    Oman kraj leżący na półwyspie arabskim wielkością zbliżony do Polski jednak gęstość zaludnienia wynosi tu tylko 12 mieszkańców na 1 km2. Tak mówi teoria, w praktyce przez setki kilometrów nie spotkamy nikogo. Jeszcze rok temu musiałbym się zastanowić aby określić jego położenie na mapie świata i popukałbym się w głowę gdyby ktoś powiedział mi, że w roku 2012 odwiedzę ten wspaniały kraj dwukrotnie. Pomysł pierwszej wyprawy narodził się w listopadzie 2011 roku, wówczas w marcu 2012 roku pojechała ze mną moja młodsza 14 letnia córka Weronika, a po Omanie podróżowaliśmy wraz z moim przyjacielem Jurkiem, który mieszka na stałe w Muskacie. Jednak Oman tak mnie zachwycił, że już w czerwcu kupiłem bilety na samolot na kolejną wyprawę zaplanowaną na październik 2012 roku. Tym razem na tej wspaniałej wyprawie miało być 12 osób. Łącznie wynajętą Toyotą Land Cruiser przejechaliśmy około 6000 km.

    Czego oczekiwałem od Omanu? Wysokich temperatur, odludnych miejsc, wspaniałych widoków, niekończących się bezdroży i piachu. Tak, tak piachu, bowiem w Omanie leży największa piaskownica świata. Lot trwa jakieś 12 godzin, oczywiście jest przesiadka i międzylądowanie jak wspomniałem wcześniej. Na miejscu trzeba wykupić wizę za 5 RO, dostajemy ładny stempelek do paszportu, odbieramy bagaże z taśmy, uff wszystkie są, które trzeba przed wyjściem jeszcze prześwietlić i skontrolować, to wydaje się tylko formalnością. Otwierają się drzwi i Sułtanat Omanu stoi przed nami i czeka na zdobycie. Podróżowanie zaplanowaliśmy autem Toyota Land Cruiser GRJ200, kieruję się do znanej mi wypożyczalni samochodów, gdzie wita mnie ten sam Mr. Khalif, który obsługiwał mnie w marcu. wynajęcie wygląda jak kupno gazety w kiosku i trwa tyleż samo, formalności trwają chwilkę i nasze bagaże lądują w bagażniku zatankowanej do pełna Toyoty. Walutą obowiązującą w Omanie jest Rial, a banknoty są….plastikowe, jest to chyba trzeci kraj na świecie, który ma plastikowe banknoty. Wymieniam dolary amerykańskie na Riale, kupuję kartę sim do iPada i ….. w drogę.

    Odbieram kluczyki i pakujemy bagaże do Toyoty. Plum w tym samym czasie pakuje się do swojej GRJ200 identycznej jak moja. Asia z Markusem niestety dostają Mitsu Pajero ale jak się później okazało nie był taki zły. W między czasie pojawia się spóźniony Jurek w swojej J100, do niego pakują się Pyrka i Gałka. Dołącza również piąte auto GRJ200 z Ryśkiem ?Nudzio? z córką Ingą i żoną Ulą. Wszystkie auta są białe :)

    Tak więc jesteśmy w komplecie: 5 aut, 13 osób, 6 kobiet i 7 mężczyzn?..aha i pies?jamnik Trop.

    Start, odpalam Toyotę, która przez kolejne dni będzie naszym domem, benzynowy silnik V6 pięknie mruczy, uśmiech mnie nie opuszcza mimo zmęczenia i późnej godziny. Jedziemy na najbliższą stację benzynową zrobić małe zakupy, głównie woda do mycia i soki do picia. Już podczas marcowej wyprawy odkryliśmy gęsty, bardzo smaczny sok w niezliczonej ilości rodzajów, którego mieliśmy zawsze chyba kilkanaście litrów. Wyjeżdżamy z rozświetlonego Muscatu, stolicy Omanu autostradą wijącą się wśród gór, które występują tylko w północnej części kraju. Góry są nagie, pozbawione roślinności, trudno dostępne i zbudowane głównie z piaskowców i wapieni. Środkowa część kraju zmienia swój charakter na nizinny i nie przekracza 300 m npm, dalej na południe i południowy zachód znajdziemy już tylko pustynię Rub al Khali. Pokonujemy kilometry jadąc na południe. Gdzieś o 4 nad ranem po przejechaniu około 400 km, skręcamy w lewo z asfaltu na drogę szutrową, jeszcze kilkanaście kilometrów i jesteśmy na Al Huqf, z dala od wielkiego świata i zgiełku miast. Rozgwieżdżone, niewiarygodnie czyste niebo nad nami, a wokół pustynia i skały, spokój i cisza. Rozkładamy namiot, tzn. wyrzucam w górę bo mamy qaczuchę, jeszcze napompować materace i spać. Jesteśmy zmęczeni, ponad 24h na nogach, szybko zasypiamy.

    Dzień 1 , 4.10.2012 czwartek

    Budzi nas słońce, a temperatura wygania z namiotu, w którym nie można wytrzymać. Przed nami zaczyna się pierwszy dzień wyprawy. Głęboki wdech pustynnego powietrza i poranna kawa przygotowana na ognisku stawia na nogi. W miejscu, w którym jesteśmy znajdziemy niezliczone obrazy i formy natury. Są skały liczące sobie ponad 600 milionów lat, wadi i nieliczna roślinność pozwalająca jednak na to aby wielbłądy mogły się pożywić, a my z tego co wyschło na wiór zrobić ognisko. Okolica zachwyca kształtami skał, które raz zdają się być zwierzętami by za chwilkę pokazać się jako grzyb lub kwiat. Wrócimy jeszcze w tą okolicę podczas powrotu, a tymczasem jedziemy dalej na południe. Podróżowanie po drogach asfaltowych Omanu jest wielką przyjemnością, bowiem są one proste i w bardzo dobrej kondycji, a ruch samochodów szczególnie na południu kraju jest znikomy. Nawet w przypadku gdy istnieje potrzeba naprawy danego odcinka robiona jest nowa zastępcza droga prowadząca równolegle do naprawianej o jakości identycznej jak droga docelowa, nie istnieje pojęcie mijanki tak często występującej w Polsce.  Niewyobrażalne i niepojęte. Podróżowanie głównymi drogami pozwala też na uzupełnienie paliwa w naszych samochodach, które tankujemy zawsze nawet gdy jest to 10 czy 20 litrów, pozwala to na bezpieczne i w miarę bezstresowe kontynuowanie jazdy.  Tankowanie odbywa się na włączonym silniku i w zasadzie nie ma potrzeby wychodzenia z auta. Człowiek, który obsługuje dystrybutor zajmuje się nalewaniem paliwa i kasuje pieniądze, zwykle mówię z uśmiechem ?do pełna?, przy cenie litra benzyny równej jeden złoty przychodzi to z łatwością.

    Po południu jemy obiad w przydrożnej restauracji, które zwykle są prowadzone przez hindusów i serwują hinduskie jedzenie. Wyboru nie ma, nie dostaniesz karty z menu na kilka stron, zamawiamy ryż z kurczakiem i sałatkę, czyli Biriani Chicken. Ryżu jest bardzo dużo, zajmuje on cały duży talerz i na szczycie leży kawałek kurczaka, na osobnym talerzyku jest sałatka / wielkie słowo, zwykle kilka plasterków sałaty, pomidora, cebuli /oraz sos, bardzo ostry sos. Zdarza się, że danie dostajemy na dwóch talerzach, wówczas trzeba zgarnąć ryż z jednego talerza na drugi, o co chodzi? Nie wiem. W restauracjach, no może barach są w pomieszczeniu głównym tzw. myjki. W tych co nie mają gwiazdek jest to coś w rodzaju korytka i trzech lub czterech kranów, a te co mają gwiazdki są umywalki. Goście myją ręce przed posiłkiem i po, wynika to z tego, że lokalna ludność je rękoma, nie używając widelców. Kwestie sanitarne pozostawiam w domyśle.

    W okolicy Mughshin mamy dość jazdy na dziś, zaraz zapadnie zmrok więc szukamy miejsca na nocleg. Zjazd z asfaltu w lewo w małe diuny i po kilkudziesięciu metrach znajdujemy dobrą w miarę płaską miejscówkę. Nie obywa się bez kłopotów, na dojeździe pierwsze wpadki. Jadące przede mną kilkanaście metrów auto  zakopuje się, więc zatrzymuję się i nie mogę już ruszyć. Gołymi rękoma odgarniam gorący piach spod kół aby uwolnić auto, do przodu , do tyłu i ruszam. Ustawiamy auta i rozkładamy namioty do noclegu. Jesteśmy na pustyni, a jednak wokół nas jest dość dużo materiału do rozpalenia ogniska, na którym przygotowujemy kolację. Rysiek poluje na skorpiony…ryz chyba mu nie smakuje. Najedzeni zasiadamy przy ognisku ze szklaneczkami Chivasa z lodem i opowiadamy o podróżach tych dalekich i bliskich.

    Dziś przejechaliśmy 360 km.

    Poranna toaleta w tym klimacie to prawdziwa przyjemność, korzystamy z butelkowanej wody, której temperatura jest w sam raz do użycia, nie trzeba podgrzewać, a jako kabinę prysznicową używamy specjalnie kupionego namiotu, który pozwala na odrobinę intymności i nie trzeba zasuwać kilkanaście metrów aby skryć się za diuny, no chyba , że chce się coś poważniejszego, wtedy nie ma wyboru.

    Dzień 2 , 5.10.2012 piątek

    Dziś ostatni etap dojazdu na Empty Quarter. Dziura w tylnej prawej oponie Ryśka zmusza nas do zatrzymania, okazuje się, że ma wbity pręt stalowy o średnicy jakieś 4 mm. Sprawnie i w zespole wymieniamy koło na zapasowe i po kilkunastu minutach możemy jechać już dalej. Mając na uwadze, że kolejne dni spędzimy na kompletnym pustkowiu musimy mieć sprawne koła. Uszkodzoną oponę naprawiamy u tego samego wulkanizatora, u którego ja naprawiałem w marcu. Początkowo mechanik nie chce się podjąć naprawy mówiąc , że dziura jest zbyt duża i proponuje inną oponę za większe pieniądze. Upieramy się jednak i udowadniamy, ze da się naprawić. Kolejne tankowanie i wkrótce z asfaltu skręcamy na zachód na szutrowy trak prowadzący nas w kierunku Shisr, ostatniej cywilizacji na mapie. Jazda po tym traku to niesamowite przeżycie, jest prosty i równy jak stół, no może czasami zdarzy się jakieś miejsce gdzie trzeba zwolnić ale to rzadkość. Z pod kół unoszą się tumany kurzu, co wymusza od nas większe odstępy pomiędzy samochodami. Jedziemy miejscami z prędkością 120 km/h kierując się na zachodzące słońce. Shisr, ostatnia stacja benzynowa i niewielki sklepik gdzie można kupić zimną CocaColę, lodu niestety nie ma. Tankujemy na maxa zbiorniki i dodatkowe kanistry, jeden z kanistrów jest dziurawy i benzyna sika jak fontanna. Zaklejamy dziurę gumą do żucia, kawałkiem gumy z opony na to płaski kamień i całość owijamy pasem do zabezpieczania ładunku, działa. Teraz jesteśmy już zdani wyłącznie na siebie. Nie spotkamy już warsztatów ani sklepów, a zasięg telefonów komórkowych dawno się skończył. Nigdy nie należy jechać tu w pojedynkę, a dobrym pomysłem jest posiadanie telefonu satelitarnego.

    Przy traku po którym jedziemy są słupy z jakąś linią, chyba energetyczną. Dziwne bowiem droga prowadzi w głąb niezamieszkanego terenu niedostępnej pustyni. Wkrótce zagadka zostaje rozwiązana, w głębi po prawej stronie jest teren jednostki wojskowej. My jedziemy dalej po traku, który jest poprzecinany nowo powstającymi wydmami, zmusza nas to do omijania tych większych i kluczenia zakosami.

    I oto przed nami stoi największa piaskownica świata: Rub al Khali lub Empty Quarter, obejmuje ona 650 000 km2 powierzchni, jest 1000 km długa i 500 km szeroka, a największe diuny wznoszą się na wysokość 250 metrów. Temperatura sięga tu 60*C, a wilgotność 2%. To jest powód aby przyjechać do Omanu, ten fascynujący bezkres piasku i ogromne diuny. Czyste, ciepłe powietrze i cisza panująca wokół hipnotyzują, oczy otwierają się szeroko, a żuchwa opada na ziemię. Wczesnym wieczorem zatrzymujemy się na obóz, znajdujemy w miarę płaski teren wśród diun i to tak naprawdę wszystko czego potrzebujemy. Czujemy się jak na innej planecie.

    Dzień 3 , 6.10.2012 sobota

    Kolejny cały dzień spędzimy tylko na Empty Quarter, wstaję wcześnie aby podziwiać wschód słońca. Wspinam się po krawędzi diuny na najwyższy punkt, siadam urzeczony widokiem morza piasku w najgorętszym miejscu na ziemi.  Bezwietrzny poranek i przejrzyste powietrze pozwala na fotografowanie okolicy. Na piasku widać toczące się nocne, bogate życie zwierząt w dzień nie zauważalne, można dostrzec ślady zupełnie małe ale są też i większe, należące do jaszczurek, węży, skorpionów czy też pająków tzw. Camel Spiders.  Po kawie i lekkim śniadaniu ruszamy w głąb pustyni  na zachód w kierunku Arabii Saudyjskiej.

    Bawimy się w piasku. Jeździmy po płaskim i po diunach. Okazuje się, że w tych warunkach doskonale spisał się iPad z MotionX, w/g którego miejscami nawigowaliśmy. Zdjęcia satelitarne choć nie bieżące, to znakomicie oddawały charakterystykę terenu.

    Podczas przejazdu poprzez diuny Jurek dość mocno się zakopuje w mało bezpiecznym miejscu, auto stoi ustawione prostopadle do zbocza diuny. Zabezpieczamy auto poczepiąjąc liną do Mitsu Markusa i staramy się odkopać i przywrócić prawidłowy kierunek jazdy dla auta. Po jakiejś godzinie kopania w samo południe w palącym słońcu udaje się bezpiecznie sprowadzić auto na dół. Pozostałe auta jadą inną drogą.

    Postanawiam dać uczestnikom wyprawy namiary GPS na mój skarb zakopany w marcu tego roku. Poszukiwacze błądzą, szukają, kręcą się i jedna załoga zaczyna jechać w prawidłowym kierunku. Jest to Plum z Agatą, mała wskazówka pozwala im odkopać skarb. Kilka kilometrów dalej zbieramy dary od wszystkich uczestników i zakopujemy zbiorowy skarb wyprawy. Po drodze robimy jeszcze zdjęcia i film promocyjny, dublom nie ma końca, a media są zakurzone całkowicie.

    Dzień 4 , 7.10.2012 niedziela

    Noc okazała się niespokojna, doświadczyliśmy burzy piaskowej. Wiatr szarpał namiotem, nie pozwalał zasnąć i powodował. że drobny piasek wdzierał się do środka przez otwory wentylacyjne. Rankiem po wyjściu z namiotu widok był taki jak przed naszym przybyciem. Wiatr ukształtował na nowo powierzchnię piasku zakrywając nasze wcześniejsze ślady. Zdjęcia, kawa, pakowanie i ruszamy?..po kilku dosłownie metrach chcąc przejechać przez diunę ?.zawisam na niej?..po kilku minutach jedziemy dalej.

    Zajeżdżamy jeszcze na stację benzynową w Shishr, tankujemy i kupujemy zimne napoje, lodu niestety nie ma. Dogaduję się z obsługą ?restauracji? i przyklejam na drzwi wejściowe naklejkę MudDoctors. Żegnamy EQ.

    Opuszczamy Empty Quarter, pięknymi, szerokimi i prostymi po horyzont drogami szutrowymi, na których bez problemu można osiągnąć prędkość powyżej 100 km/h.

    Po drodze mijamy kilka farm rolniczych, tam gdzie jest dostęp do wody roślinność jest bujna i zielona ale są też miejsca gdzie woda ?uciekła? i sterczą tylko suche patyki za ogrodzeniem z drutu kolczastego.

    W tej okolicy są też większe ośrodki hodowli roślin, które mają sprytny system nawadniania powodujący, że pola uprawne są ?..okrągłe, widać to doskonale ma zdjęciach satelitarnych.

    Miejsce przez, które przejeżdżamy to historyczna lokalizacja Oazy Shishr / Wubar, Oasis of Shishr jest przykładem średniowiecznego grodu w rejonie Zatoki Perskiej. Stanowiska archeologiczne , które tu są reprezentują produkcję i dystrybucję kadzidła, jedenego z najważniejszych przedmiotów luksusowych handlu w starożytności od Morza Śródziemnego i Czerwonego do Mezopotamii, Indii i Chin. Shishr oddalone 180 km od Salalah, na pustyni było oazą i polem kempingowym na trasie z Nejd do portu Sumhuram.

    Na trasie mamy miasteczko Thumrait obok, którego zlokalizowane jest lotnisko Thumrait Airfield i baza WFR. Robimy zakupy, pompujemy koła, Markusowi obsługa proponuje zakup czterech opon więc rezygnuje z ich usług i pompuje na stacji paliw. Idziemy do restauracji, dziś zamiast BirianiChicken jemy Chicken Masala ? troszkę lepsze mięso, mniej może spalone, kupa ryżu i surówka.

    Przy stacji benzynowej spotykamy też ?białego? turystę, okazuje się , że kobieta jest ze Szwajcarii i na informację, że my jesteśmy z Polski jest mocno zdziwiona, bo myślała chyba, że powinniśmy zmywać gary w Anglii?!

    Wyruszamy na wschód w kierunku Oceanu Indyjskiego. Mijamy Port Lotniczy w Marmul, wieże z płonącym gazem i miejsca wydobywania ropy naftowej. Krajobraz zmienia się co chwilę. Po polach naftowych pojawia się małe Wadi Shalim, by po chwili zmienić się w niesamowite wapienno-siarkowe formacje skalne, głęboki na jakieś 60 metrów klif zadziwia kształtami i kolorami. Dalej droga asfaltowa wykuta w skałach prowadzi wprost do Oceanu ? taka Brama do Oceanu Indyjskiego. Jedziemy na mały cypelek portu rybackiego, gdzie trafiamy na rozładunek ryb. Rybacy chcą na sprzedać rybę i chętnie pozują do zdjęć.

    Odbijamy nieco na południe i w odległości około 100 metrów od Oceanu rozbijamy obóz. Jesteśmy niedaleko wioski Showaimiah. Pokonaliśmy niebagatelną odległość 468 km. z głębokiej pustyni EQ nad Ocean Indyjski.

    Jedziemy na plażę, która usiana jest kopczykami zrobionymi przez kraby, jest też niestety dość brudno. Kąpiemy się w cieplutkiej ale słonej wodzie.

    Dzień 5 , 8.10.2012 poniedziałek

    Poranek w okolicy obozu. Przed poranną kawą wybieram się z aparatem wokół skały przy której biwakujemy.

    Jedziemy do Showaimiah naprawić koło Ryśka ? znów. Okazuje się, że stanowimy nie lada atrakcję w małej wiosce. Naprawa trwa dość długo, mamy czas na penetrowanie okolicy, oglądamy warsztat, w którym w głównym pomieszczeniu jest na podłodze nawet dywan, w budynku jest łazienka i sypialnia, za budynkiem pod zadaszeniem kanał i reszta warsztatu.

    Pojawiają się też kobiety z rękodziełem, oczywiście kupujemy jakieś lokalne wyroby ostro się targując, tzn. Jurek się targuje.

    W wiosce toczy się powolne życie, fryzjer ma klienta, restauracja jest pełna mężczyzn, samochodami jeżdżą nieletni, po ulicy przechadza się Camel ? ot normalka.

    Na stacji benzynowej spotykamy okaz Land Rovera Series, więcej ich będzie na Masirah Island.

    Po naprawie koła kontynuujemy jazdę w kierunku ?Cinnamon Desert?. Wracamy do okolic Wadi Shalim i wybrzeżem jedziemy na północ. Zatrzymujemy się w okolicach Sawqirach, przy samej plaży na ogromnym parkingu wyłożonym kostką brukową, która kruszy się od soli tak samo jak barierka oddzielająca parking od plaży. Zaglądamy też do małej Oazy, jednak bez wody, mijamy wraki samochodów. Zbaczamy tez nieco z drogi aby zobaczyć kolejny niesamowity kliff w okolicach Ras Markaz, a w dole na plaży łodzie rybackie i rybacy na nich z impetem wpływających na plażę. Udaje mi się ?upolować? Flaminga Różowego, niby nic bowiem ponoć i w Polsce się pojawia, ale?.

    O zachodzie słońca rozbijamy obóz przy dość dużym drzewie. Wieczorem przy kolacji rozmawiamy o wyprawach tych bliskich i dalekich, oglądamy zdjęcia na iPadzie ? tak , tak, pustynia, piach, zadupie i ?iPad.

    Dzień 6 , 9.10.2012 wtorek

    z piachu do wody?.słonej wody?.bezludna wyspa?

    i tylko piach, suchy piach?..”Cinnamon Desert?

    Wstaję dość wcześnie, no nie tak wcześnie jak Pyrka ale przed wschodem słońca. W mało komfortowej pozycji wychodzę z namiotu. Biorę aparat, drugi obiektyw i boso idę na diuny. Jest przyjemnie, piasek nie jest jeszcze gorący. Diuny i piach w tej części Omanu są zupełnie inne niż to co widzieliśmy na EQ, kolor, gradacja, ukształtowanie diun oraz ich wielkość. Diuny z jednej strony są łagodne, by na swoim szczycie z drugiej strony spaść prawie pionowo. Wiatr układa też fajne wzorki na piachu, co w połączeniu ze śladami zwierząt, które nocą tworzą liczne autostrady daje niezwykłe arcydzieła.

    Wracam na kawę.

    Jedziemy na prom, płyniemy na wyspę…

    Maleńka Masirah Island.

    Długim na jakieś 150 metrów mostem jedziemy do portu skąd odpływają promy na wyspę. Zacumowanych jest kilka promów ale samochodów jest mało, promy odpływają jak prom jest pełny. Koszt od jednego auta to 10 RO w jedną stronę. Wjeżdżamy na prom, jest gorąco więc nie gaszę silnika, klima chodzi. W zasadzie silnik wyłączałem tylko gdy szliśmy do restauracji lub na noc. Kurs trwa około 1,5 h, załoga na maxa pakuje pokład i ostatnie auto wręcz wciska na siłę.

    Bierzemy aparaty coś do picia i idziemy na pięterko do miejsca przeznaczonego dla ludzi. Niewiele jest miejsc siedzących, a część z nich jest w pełnym słońcu, po chwili więc wracamy do chłodnego auta. Na iPadzie sprawdzam naszą pozycję i czas pokonany. Oglądam zrobione zdjęcia, by w końcu troszkę się przespać.

    Gdy zbliżamy się do Masirah idę na dziób promu i staję na ruchomej rampie na krawędzi i podziwiam wyspę z morza. W porcie zacumowanych jest kilka tradycyjnych łodzi rybackich Dhow, promów i kilka mniejszych łódek. Są też wraki.

    Sprawny zjazd z promu i jesteśmy na lądzie. Wita nas miasto Hilf, które szybko mijamy jadąc na południe wzdłuż wybrzeża.

    Wyspa Masirah jest maleńka, ma 95 km długości z północy na południe i 12 ? 14 km szerokości. Od 1930 roku była tu baza wojskowa armii brytyjskiej, która w roku 1977 zakończyła tu swoją działalność, a cała infrastruktura została przekazana dla Royal Air Force of Oman.

    Kilkunastominutowa jazda samochodem i jesteśmy już na południu wyspy, nieco dalej na południowym-wschodzie niedaleko wioski Sinfah planujemy miejsce obozu. Lokalizacja pomiędzy wodami Oceanu Indyjskiego, a niewielkimi górami wyspy na plaży i ze wschodem słońca w następnym dniu kusi?

    Dzień 7 , 10.10.2012 środa

    ???..jak robinson cywilizował piętaszka ?

    Poranek wita nas przepięknym wschodem słońca, kąpiel w cieplutkim Oceanie.
    Dziś spędzimy cały dzień na wyspie, w planie objazd całej wyspy, zwiedzanie miasta Hilf, i kąpiele i byczenie i słońce?.

    Jedziemy wschodnim wybrzeżem na północ, niedaleko wioski Amq na plaży znajdujemy wbite w piach szczątki wraku Dhow. To co zostało jest dość dobrze zachowane z powodu słonej wody, kunszt wykonania budzi podziw. Uszkodzenia tych tradycyjnych drewnianych łodzi są ponoć w tej okolicy częste z powodu dość płytkich wód i skalistego dna. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszamy dalej, jednak piach na plaży jest dość miękki i nieuważna jazda kończy się ?.zakopaniem.

    Po kilku minutach krążymy uliczkami miasta, zaglądając w głąb poza ?centrum?. Podglądamy codzienne życie i pracę, zaglądamy do sklepów i sklepików. Budynki niby podobne jednak tak różne od siebie, piękne bramy i drzwi wejściowe, słoneczna kolorystyka?Nad miastem krążą samoloty z RAF Masirah.

    Na ?miejskiej? plaży jest sporo wraków łodzi rybackich, dziwne bowiem całkowicie blokują dojście do plaży od strony Oceanu. Ale w tym rejonie nikomu to nie przeszkadza.

    Inną ciekawostką spotkaną tylko tutaj na wyspie jest duża ilość wiekowych samochodów marki Land Rover Series, głównie pickupy, stanowią one pozostałość po armii brytyjskiej.

    Zatrzymujemy się w cieniu CoffeeShop,u i ustalamy wersję obiadową. Inga zdobywa informację o dobrej restauracji gdzie możemy zjeść dobrą rybę, mamy kartkę z nazwą więc idziemy. Restauracja jest dość spora, wewnątrz wszystkie stoliki zajęte, obsługa proponuje nam osobne zamknięte pomieszczenie / przeznaczone chyba dla rodzin i dla kobiet / lub stoliki na zewnątrz jednak pod dachem. Wybieramy stoliki na zewnątrz, jest gorąco ale znośnie. Pokazujemy kartkę z tym co chcemy zjeść, a kelnel ? kucharz ? przynosi nam surowe ryby aby pokazać co będziemy jedli ?! Kiwamy , że OK i składamy zamówienie, rybka oczywiście z ?. ryżem. Przygotowanie dań dla 12 osób troszkę trwa, jednak warto było czekać. Ryba doskonała. Kelner cały czas czujnym okiem obserwuje nas czy wszystko jest OK. Na zapleczu restauracji jest też toaleta.

    Po pysznym i sutym obiedzie jedziemy poleniuchować nad Ocean.

    Dzień 8 , 11.10.2012 czwartek

    ?..opuszczamy wyspę?.

    Głos ludzki budzi mnie z uśpienia? To Pyrka z Gałką, ranne ptaszki..może śniadanie już podają?

    Minęła ostatnia noc nad Oceanem Indyjskim, w którym poranna kąpiel jest jak ciepły prysznic w domu. Nie przebudza, więc kawa jest niezbędna. Po spakowaniu maneli idziemy kilkadziesiąt metrów wgłąb wyspy i napotykamy pustą skorupę żółwia, a wokół kości. Niestety jest to jedyny żółw jakiego spotkaliśmy podczas tej wyprawy.

    Kierujemy się do portu promowego i z marszu mamy wjazd na prom, który jest nieco większy od poprzedniego, mieszczą się w nim cztery rzędy aut, wprawdzie dość ciasno ale mieszczą. Po chwili prom jest pełen i ruszamy w kierunku kontynentu. Tym razem w ogóle nie wychodzimy z auta. Po 1.5h prom przybija do brzegu na Shanna. Wjazd na stację benzynową, tankowanie, pompowanie kół, jakieś zakupy w sklepie, który wygląda jak mała hurtownia ? wszystko na półkach jest w kartonach.

    Plan na dzień dzisiejszy dojechać do Al Huqf ale w miejsce gdzie jest Ducky Rock. Dojazd ma być trudny, miękki piach oraz sabkha.

    Sabkha to płaska powierzchnia wyschniętego jeziora lub morza, na jej powierzchni jest skorupa z gipsu, soli i wysuszonego błota, a pod ta skorupą może znajdować się miękkie błoto ? jest to bardzo niebezpieczny teren.

    Jedziemy na zachód, mijamy znane już tereny z drogi dojazdowej do wyspy. Wstępujemy do Muhut na jedzenie, BirianiChicken, a w chłodziarkach za szybkami króluje Mountain Dew, bardzo popularny napój w Omanie. Auto parkuję obok Toyoty Tundra, która jest na dubajskich blachach, a na pace ma kilka wiązek ?.siana, które pachnie tak sielsko, siano w Omanie jest ponoć lepsze od tego w Dubaju.

    Zjazd z asfaltu na szuter i piach. Przed nami bezkresny interior.

    Al Huqf stanowi w środkowej części Omanu bezludną pustynię, która składa się ze skał głównie wapiennych. Skały te ?starzeją? się z zachodu na wschód, od najbardziej widocznej Khuff do czerwonych piaskowców Ghariff szacowanych na 300 ml lat. Topografia terenu zaznacza się wzniesieniami 125 mnpm na zachodzie do płaskich sabkhach na wschodzie oraz liniowymi rzędami wydm na południu z miękkim piaskiem oraz piaskiem zaśmieconym płatkowatym czarnym krzemieniem. To wszystko powoduje , że teren jest bardzo trudno dostępny. Al Huqf jest częścią byłego Rezerwatu Oryksa ? biała antylopa arabska.

    Dojazd do Ducky Rock jest naprawdę wyzwaniem, twarda skorupa kruszy się pod kołami niczym lód, wznoszą się tumany kurzu. W pewnym momencie czuję, że z lewym przednim kołem jest coś nie tak, chyba kapeć, zaczyna mnie ściągać w lewo. Nie zatrzymuję się i jadę dalej, kiedy dojechaliśmy na bardziej przyjazny teren okazało się, ze opona jest już przecięta.

    Jesteśmy na miejscu. Wzgórze z Ducky Rock i Grzybami skalnymi. Chwilkę stoimy przy zadziwiającej skale w kształcie ?hmm kadłuba statku? , wąska, wysoka. Obok jest wzgórze ze skałą przypominającą kaczorka, w jego cieniu znajdujemy miejsce na obóz. Na miejscu nie ma opału więc jedziemy kilkaset metrów i zbieramy suche gałęzie na ognisko.

    Dzień 9 , 12.10.2012 piątek

    ?..Goodbye, blue sky. Goodbye?..

    I tak nadszedł ostatni dzień na ziemi omańskiej, nieuchronna chwila końca tej wspaniałej wyprawy zbliża się wielkimi krokami. Noc pod piórami kaczki była spokojna.

    Ruszamy do Muscatu, do przebycia mamy ostatnie 400 km z czego zdecydowana większość po asfalcie. Zanim dotrzemy na trak musimy pokonać teren wykopalisk archeologicznych i teren jakiejś kopalni kruszyw. Nawierzchnia jest kamienista i drogi są pozacierane, a główny szutrowy trak miejscami jest pokryty małymi diunami. Jako, że mamy małe ciśnienie w kołach, zaraz na asfalcie jedziemy do najbliższego punktu, gdzie możemy dopompować po raz ostatni koła.

    Północna część Omanu pokazuje nam swoje inne oblicze. Od miejscowości Adam zaczyna się teren górzysty, jedziemy pomiędzy dwoma masywami górskimi, Mount Nakhl i Al Hajar.

    Muscat wita nas zadziwiającą czystością i przepychem jakiego nie widzieliśmy od 9 dni w interiorze. Auto muszę oddać z pełnym bakiem paliwa więc tankuję na stacji Shell, na której pracownicy są w gustownych firmowych strojach. Obok stacji paliw jest restauracja, w której jemy ostatni raz kuchnię indyjską.

    Oczywiście trzeba jeszcze odwiedzić Old Muttrah Souk ? czyli targowisko, lokalnie nazywany Al Dhalam ? najstarszy souk w świecie arabskim. Al Dhalam znaczy Ciemność, z powodu ciasnych i zatłoczonych uliczek gdzie światło słoneczne nie docierało. Sprzedawcy nie są tak bardzo nachalni, jak w innych arabskich krajach. Kupujemy jakieś pamiątki i jedziemy na lotnisko. Rozstajemy się z naszą białą Toyotą, wszystko odbywa się na zupełnym luzie i bez spinania się. Nawet obsługujący wypożyczalnię Mr. Khalif zapomniał podłączyć terminal do kart płatniczych do sieci telefonicznej. Kierujemy się do odprawy bagażu i tu zonk?.mamy nadwagę, niestety musimy się rozstać z pewną kwotą pieniędzy. Żegnamy Jurka ? On zostaje, robimy zakupy w FreeDuty, mała kawka i do samolotu. W Amsterdamie rozstajemy się z Markusem i Asią oraz z Plumem i Agatą, Nasza trójka oraz Pyrka i Gałka lecimy do Berlina.

    Następnego dnia rano jesteśmy już w Berlinie na obskurnym lotnisku Tegel, czekamy chwilkę na busa, który zawiezie nas na parking gdzie zostawiliśmy auto i dalej naszą czarną Toyotą mkniemy już do domku.

    Dziękujemy organizatorom i wszystkim uczestnikom wyprawy za wspaniałą atmosferę.

    Oczywiście nasza wyprawa częściowo ukazała się w Y Magazine Oman , zapraszam do lektury.

    ]]>
    OMAN 2012 MARCH http://huskycruising.pl/2012/04/19/oman-2012-march/ Thu, 19 Apr 2012 08:39:35 +0000 http://huskycruising.pl/?p=1723 Wyprawa do Omanu, długo oczekiwana i długo planowana.

    Troje ludzi, dwie Toyoty Land Cruiser, blisko 3000 kilometrów.

    Wylatujemy 23.03.2012 z Warszawy, międzylądowanie w Istambule, długie godziny oczekiwania na kolejny lot umila nam kawa, zimne piwko i dostęp do internetu.

    Mamy opóźnienie lotu o 25 minut, czekamy, o 23.30 jesteśmy w samolocie, przed nami 6h lotu z międzylądowaniem w Bahrainie.

    O 6.30 lądujemy w Muskacie. Na lotnisku czeka na nas Jurek nasz przewodnik po Omanie, poznaje mnie po….Nikonie :). Niezwłocznie udajemy się po wcześniej zamówione auto, białą Toyotę Land Cruiser J200. Formalności nie trwają długo, obok wymieniamy $ na miejscowa walutę Riale. pakujemy bagaże i ….w drogę. Toyota jest zatankowana na maxa, bak na paliwo ma 140 litrów pojemności więc zasięg auta jest dobry.

    Dzień 1 , 24.03.2012 – sobota

    Kierunek na południe Omanu, jak najdalej od cywilizacji. Po drodze zatrzymujemy się na małe zakupy i jakieś jedzonko. Jurek poleca indyjskie żarcie Chicken Biryani / menu nie ma więc chyba nic innego też nie ma /, porcje są duże i smaczne, jemy i jedziemy dalej.

    Po kilkudziesięciu kilomertach czas zjechać z drogi asfaltowej, spuszczamy powietrze w kołach i dalej do naszego pierwszego celu: Al Huqf jedziemy szutrem i piachem.

    Krajobraz, który się przed nami roztacza zapiera dech w piersiach, oczy chcą być wszędzie i wszystko zobaczyć, na szczęście nie trzeba zawracać sobie głowy nawigowaniem , mamy przed sobą gajda . Przed nami otwiera się pustynia Al Huqf.

    Skały, które tu występują mają około 600 milionów lat, a bogactwo form i kształtów powoduje zawrót głowy, a słońce i temperatura wzmagają tylko to wrażenie.

    Kilkadziesiąt minut jazdy i docieramy na miejsce pierwszego postoju nocnego, wybór jest doskonały.

    Po zaparkowaniu w cieniu idziemy zwiedzać i fotografować okolicę, głowa kręci się dookoła, aparat cały czas przy oku

    Znajduję w miarę płaskie miejsce na qaczuchę, powoli słońce zachodzi, robimy kolację, na grilu smażymy kiełbasę, którą przwiozłem z Polski, po kolacji whisky lub rum z lodem i colą.

    Po zmroku, zmęczeni idziemy spać. Ja wstaję wcześnie rano, przed wschodem słońca, biorę aparat i ruszam fotografować okoliczne miejsca i formy, na piachu widać, że mieliśmy w nocy gości wokół obozu.

    Dzień 2 , 25.03.2012 – niedziela

    Po śniadaniu ruszamy dalej w drogę, zatrzymująć się na chwilkę po drodze podziwiać inne miejsca.
    Tankowanie w Omanie, wizyty na stacjach benzynowych to czysta przyjemność, powoduje uśmiech na ustach i radość. Krótko mówiąc : 100 litrów za 100 złotych.

    Zatrzymujemy się na jedzonko w przydrożnej restauracji. Jako, że w tym regionie posiłki je się palcami do dyspozycji gości restauracji są miejsca gdzie można umyć ręce przed i po jedzeniu. Są też osobne lub wydzielone miejsca dla rodzin.

    Pompujemy koła,

    i ruszamy na Rub’ al Khali lub jak kto woli Empty Quarter – pustynia zawiera się pomiędzy 1000km długości , a 500km szerokości. Indyjscy robotnicy żegnają nas z żalem.

    Przed nami do pokonania prawie 600 km na południe. Takimi drogami kilometry łykamy dość szybko.

    Miejscami jedziemy 170 km/h, przed końcem dnia musimy dojechać do ostatniej stacji benzynowej przed EQ w Shisr. Po zjeździe z asfaltu na drogę szutrową nadal utrzymujemy dobrą prędkość. Docieramy do stacji benzynowej, tankujemy po korki plus zapas paliwa w kanistrach.

    Przed nami już tylko głęboki interior, piach i słońce.

    Znajdujemy wypalone do białości słońcem kości Camela.

    Jest to miejsce, gdzie poprzednia ekspedycja z 2011 roku zostawiła „skarb”, wykopujemy go i ruszamy znaleźć miejsce na nocleg.

    W zasadzie nie ma czego szukać, cienia nie ma, drzew nie ma, wody nie ma….tylko piach. Rozbijamy obóz, dzień drugi się kończy, cisza jaka panuje wokół tuli nas do snu.

    Dzień 3 , 26.03.2012 – poniedziałek

    Słońce leniwie wychyla się z za diuny pozwalając niektórym na dłuższy sen, ja już penetruję okolicę.

    Miejsce, w którym jesteśmy to przedsionek EQ, choć są tu wydawałoby sie niewielkie diuny, zachwycają swoim pięknem.

    Ruszamy w głąb, na zachód w kierunku Arabii Saudyjskiej, a do Jemenu mamy bardzo blisko.

    O dziwo zaskakują nas znaki stojące na dawnych trakach na pustyni. Oczywiście stosujemy sie do przepisów i nie wyprzedzamy, nie bardzo jest tez jak, ponieważ cały trak pokryty jest małymi diunami, które musimy omijać.

    Temperatura na razie nie dokucza, jest tylko 38*C.

    Po chwili zaczynamy jazdę po diunach, wspinamy się swoimi Land Cruserami najwyżej jak się da.

    Bawimy się jak małe dzieci w piaskownicy, a piaskownica jest sporych rozmiarów 🙂

    The Rub 'al Khali lub Empty Quarter to największa pustynia piaszczysta na świecie, zajmuje obszar 650 000 km2. Największe wydmy osiągają wysokość 250 metrów, a piasek jest czerwono-pomarańczowy.

    Ostra jazda na małym ciśnieniu w kołach skutkuje zdjęciem opony, trzeba naprawić, a wymiana koła w takich warunkach stanowi nie lada wyzwanie.

    Po chwili jesteśmy gotowi do dalszej jazdy.

    Zbliża się południe, słońce jest wysoko, temperatura jak na te porę roku niewielka, oscyluje w granicach 40*C.

    Czas na lunch, szukamy miejsca, w którym można przygotować posiłek czyli potrzeba troszkę krzaczków na opał.

    Po spakowaniu maneli, przed wyjazdem z miejsca odpoczynku zauważamy, że w mojej 200 schodzi powietrze, dziura jest na bocznej powierzchni opony, szybko wsiadam do auta i zjeżdżam z diuny na płasą i w miarę twardą powierzchnię aby zmienić koło.

    Po wymianie jedziemy znów na diuny.

    Wśród diun znajdujemy dobre miejsce na zakopanie mojego skarbu dla kolejnej wyprawy.

    Przed zachodem słońca wspinamy się na wysoka diunę, Jurek z Weroniką robią zdjęcia.

    Ja natomiast jeżdżę po diunach.

    Na zdjęciu poniżej jest moja J200, ….to taki mały punkcik.

    Po zabawie w piachu podejmuję jeszcze heroiczną próbę wejścia na diunę, jest ciężko, wspinaczka jest wyczerpująca.

    Pod wieczór okazuje się, że wymienione koło tez nie trzyma powietrza. Jako, że nie mam już dobrego zapasu podejmujemy decyzję o opuszczeniu Rub’ al Khali.

    Już o zmroku jedziemy zygzakiem omijając diuny, jedziemy bardzo wolno i ostrożnie. Zatrzymujemy się na kawę i małą kolację.

    Nagle Weronika spostrzega coś ruszającego się pod kamieniem, na którym siedziała. Okazał się nim pająk : Solifugae lub inaczej camel spiders, wind scorpions.

    Nocą docieramy do stacji benzynowej w Shisr, tankujemy i decydujemy się jechać ile sie da na północ. Około 24.00 jesteśmy w okolicy Qitbit, gdzie jest czynna stacja z wulkanizacją. Po 30 minutach mam naprawioną dziurawą oponę i w drugiej wymieniony wentyl, którym to uciekało powietrze.

    Jedziemy dalej na północ w kierunku Haimy. W okolicach miasta jesteśmy około 2.00 w nocy, zjazd na głębokie pobocze i sen.

    Dzień 3 kończy się, najdłuższy, wyczerpujący, obfitujący w doznania i przygody.

    Dzień 4 , 27.03.2012 – środa

    Plan na dziś, dojechać do oceanu, po drodze Duqm i ” Cinnamon Desert „.

    Budzimy się na poboczu drogi przed Haimą, spałem w aucie, byłem tak zmęczony, że nie chciało mi się rozkładać qaczuchy.

    Ruszamy do Haimy na małe zakupy.

    Niespotykanym objawem w europie, a widocznym w Omanie jest po zakupie auta używanie go z folią na siedzeniach i na osłonach p/słonecznych .

    Ruszamy do Duqm. Po drodze mijamy stada Cameli, które wypasają się na poboczach niczym u nas krowy z tą różnicą, że krowy zwykle nie przechodzą przez drogę.

    Na zupełnych pustkowiach z ziemi wyłaniają się nowo budowane budynki.

    W Duqm czas na śniadanie, zamawiamy coś w rodzaju jajecznicy, jednak jest to coś pomiędzy jajecznicą, a omletem. Do tego dostajemy chleb i colę.

    Niedaleko Duqm, zupełnie przy drodze głównej jest magiczne miejsce „Duqm rocks gaden” gdzie skały sprzed setek milionów lat tworzą niesamowite formy przypominające zwierzęta ….i nie tylko…w skałach jest masa uwięzionych żyjątek morskich.

    Chodząc pomiędzy skałami wykrzykujemy na głos nazwy zwierząt, które podpowiada nam wyobraźnia.

    Kształty występujących tu form skalnych są zachwycające.

    Czy to jest/było zwierzątko?

    Tu była jakaś impreza.

    Powoli kończymy wycieczkę.

    Jedziemy na „Cinnamon Desert”

    Na ” Cinnamon Desert ” docieramy w okolicy południa.

    Wieje dość silny wiatr, a piach unosi się ponad powierzchnią ziemi.

    Kluczymy pomiędzy diunami i parkujemy pod drzewem. Robimy późną toaletę i szykujemy jedzenie.

    Nic tak nie smakuje jak ryż z ….piaskiem.

    Wspinamy się na diuny i zwiedzamy okolicę.

    Na szczytach diun wieje i sypie piachem.

    Prócz piachu są tu też skały i nieliczne rośliny, po drzewach widać, że okresowo są zasypywane przez piach po czym znów są ponad piachem.

    Czas kończyć wizytę na ” Cinnamon Desert „.

    Jedziemy nad ocean, na białą pustynię do Khaluf gdzie będziemy nocować na plaży.

    Po drodze pomagamy tubylcom wydostać się z piachu.

    Na miejsce docieramy wieczorem, bierzemy kąpiel w ciepłym oceanie indyjskim / po raz pierwszy na wyprawie mamy bieżącą wodę /, kolacja o zachodzie słońca i wieczorne rozmowy ze szklaneczką whisky.

    Dzień 5 , 28.03.2012 – czwartek

    Budzi nas wschodzące, ciepłe słońce nad oceanem indyjskim, a jego wody delikatnie szumią rozbijając się o piękną plażę. Przed nami rozpościera się widok na ocean , a za nami niezliczona ilość wydm z białym piaskiem.

    Wczesnym rankiem na plaży są tylko ptaki.

    Pobudka i śniadanie.

    Dziś jedziemy w okolice Ras al Ruways na białe diuny, które sięgają do oceanu.

    Jedziemy brzegiem plaży, mając po prawej stronie ocean, a po lewej białe wydmy.

    Spotykamy dwa inne auta, w których są turyści z Włoch, zatrzymujemy się przy martwym żółwiu.

    Z plaży kierujemy się na wioskę rybacką, w której jest warsztat samochodowy. Zatrzymujemy się tam i dopompowujemy koła.

    Okazuje się, że jest w tym warsztacie masa pięknych aut.

    Po długiej sesji zdjęciowej ruszamy dalej.

    W Omanie są znaki drogowe, które ostrzegają przed diunami na drogach i faktycznie trzeba uważać.

    Po drodze do Wahiba Sands w Ras al Ruways, zatrzymujemy się na jedzonko i małe zakupy.

    Są „myjnie” w knajpach o wysokim standardzie.

    Zamawiamy to co zwykle.

    Zakupy w sklepie, gdzie na progu leży właściciel.

    Z gazet miejscowych dowiadujemy się, że w Omanie naszym śladem podąża wysłannik senatu polskiego.

    Opuszczamy „cywilizację” i jedziemy dalej.

    Osiągamy pierwszy zaplanowany na dziś cel podróży – Ras al Ruways.

    Piach tu jest bardziej miękki i jaśniejszy niż na Empty Quarter.

    Pobyt na Wahiba Sands psuje syf na plaży.

    Obieramy kierunek na północ do Ras al Jinz, gdzie na plaży mają być żółwie.

    Korzystamy z przydrożnego warsztatu i dopompowujemy koła.

    W każdej mijanej mieścinie stoją piękne auta.

    Mijamy tubylców na pickupie, machają do nas, nawet pies ma mordę zwróconą w naszym kierunku.

    Do plaży w Ras al Jinz dojeżdżamy wieczorem, rozbijamy obóz.

    Żółwi nie było 🙁

    Dzień 6 , 29.03.2012 – piątek

    Jest to już ostatni dzień naszej wyprawy do Omanu.

    Poranek na plaży nad oceanem, noc była dość hałaśliwa ponieważ na brzegu było dużo skał, o które rozbijały sie fale.

    Wstaję wcześnie, przed wschodem słońca. Nie byłem jedynym rannym ptaszkiem, jakieś 150 metrów obok nas widzę inną ekipę ze sprzętem foto robiącą wschód słońca.

    Jak się później okazało lokalizacja obozu była zła, ponieważ plaża gdzie miały być tylko żółwie okazała się plażą rybacką i dość wcześnie zaroiło się od tubylców.

    Na plaży były jedynie istniejące ślady żółwi, co świadczyło o tym, iż żółwie bywają w tej lokalizacji.

    Przed przybyciem rybaków i ich rodzin udało mi się jednak zrobić kilka zdjęć.

    Jedyny „żółw” w tym dniu, niestety kamienny.

    Dalsza wędrówka po okolicy.

    Rybaków jest coraz więcej. Są też dzieci, które na początku ciekawskie, później stają się natarczywe. Proszą o wodę, dostaja ją i przy okazji kradną cocacolę. Przynoszą nam rybę, którą chcą sprzedać. Widząc co się dzieje szybko zbieramy manele i opuszczamy plażę w pośpiechu.

    Jedziemy do Sur.

    Zatrzymujemy się na posiłek w restauracji, widać , że jesteśmy już w cywilizowanych warunkach.

    Zamawiamy grillowanego kurczaka.

    Widok z restauracyjnego tarasu.

    Dzieci łowią małe rybki jako przynętę dla większych.

    Jedziemy zwiedzać miasto.

    Sur to historyczne miasto, punkt docelowy dla żeglarzy. Dawniej centrum handlu z Afryką, a później z Indiami, jednak poprzez otwarcie Kanału Sueskiego, znaczenie handlowe miasta zupełnie upadło. Sur ma miano miasta stoczniowego, gdzie budowano i buduje się tzw. dhow.

    Wspomniane dhow – dwumasztowe, niewielkie statki, niektóre z nich mają nawet 100 lat.

    i ptactwo

    Odwiedzamy jeszcze kilka miejsc.

    I kolejne spotkanie dhow.

    Czas opuszczać Sur.

    Kierujemy się na Muscat.

    Po drodze, 25 km od Sur zaglądamy do starożytnego miasta Qalhat. Są tu ruiny jak głosi legenda grobowca Bibi Maryam, która to w latach świetności miasta zbudowała najpiękniejszy meczet na świecie. Miasto, które przez wiele wieków było nawjażniejszym portem zatoki Perskiej – Brama do oceanu Indyjskiego, dotknęły klęski: pod koniec XIV wieku trzęsienie ziemi, a w 1507 roku Portugalczycy splądrowali, a następnie spalili miasto i statki.

    Qalhat Tomb, ?The Mausoleum of Lady Mariam?

    Bibi Maryam była żoną Bahauddin Ayaz, księcia Ormuz, syna założyciela imperium Ormuz.

    Dziś trudno sobie wyobrazić potęgę miasta, są tu tylko ruiny, piach i kamienie.

    Budulec ma miliony lat.

    Stromym zjazdem opuszczamy Tomb Bibi Maryam i udajemy się do Wadi Tiwi.

    Wadi Tiwi ma 36km i kończy się w górskiej wiosce Mibam.

    Wadi to wyschnięte koryto rzeki, które czasowo podczas pory deszczowej wypełnia się wodą. Są miejsca gdzie woda jest przez cały rok.

    Muscat tuż, tuż

    Mijamy po drodze kolejny posterunek wojska i policji, podczas tej wyprawy spotkaliśmy takich patroli około dziesięciu. Kontrola obejmowała paszporty, dokumenty auta, i prawo jazdy.

    W Muscacie ostatni hinduski posiłek.

    Land Cruiser do kupienia, stoi zakurzony, otwarte drzwi.

    Jeszcze wizyta na suku, trzeba wydać pieniądze.

    Do odlotu mamy jeszcze dużo czasu, postanawiamy zobaczyć meczet, jednak do środka wejść nie można, nie można nawet przekroczyć bramy meczetu.

    Kończy się przygoda z Omanem.

    Stan licznika przed oddaniem auta.

    Oto uczestnicy wyprawy: Weronika / moja dzielna córka /, Jurek i Ja / po prawej /.

    Special thanks go to Jurek, że mu się chciało….www.jerzywierzbicki.com

    Poniżej do pobrania plik PDF, lokalne wydawnictwo na Oman gdzie została opisana częściowo nasza wyprawa.

    Y Oman 03.2012

      Pozdrawiam

    ]]>