» Oman 2012 OCTOBER

Oman 2012 OCTOBER

„Podróż jest jak małżeństwo.Podstawowym błędem jest myślenie, że możesz ją kontrolować”

Jesienny come back to Oman za nami….

Wyprawa trwała od 3.10 do 12.10.2012, w tym czasie przejechaliśmy 3160 km, całkowity czas jazdy to 44h 23min, najkrótszy odcinek pokonaliśmy w 2h 24min, najdłuższy jechaliśmy 5h 51min.

3.10.12 tuż po północy jedziemy we trójkę  naszą J12 do Berlina,  zostawiamy auto na parkingu i jedziemy na lotnisko Tegel. Tam spotykamy Pawła „Pyrka” i Janka „Gałka”. Krótki lot mamy do Amsterdamu, gdzie czekamy na pięknym lotnisku Schiphol na samolot do Muscatu. Podczas odprawy dołączają do nas kolejni członkowie wyprawy:  Paweł „Plum” z   żoną Agatą oraz Asia z Markusem. Tak więc już w 9 osób lecimy do Muscatu. Międzylądowanie mamy w Doha w Katarze, godzinny postój dłuży się w nieskończoność. Wreszcie około 21.30 czasu lokalnego jesteśmy na ziemi omańskiej.

 

 

Oman kraj leżący na półwyspie arabskim wielkością zbliżony do Polski jednak gęstość zaludnienia wynosi tu tylko 12 mieszkańców na 1 km2. Tak mówi teoria, w praktyce przez setki kilometrów nie spotkamy nikogo. Jeszcze rok temu musiałbym się zastanowić aby określić jego położenie na mapie świata i popukałbym się w głowę gdyby ktoś powiedział mi, że w roku 2012 odwiedzę ten wspaniały kraj dwukrotnie. Pomysł pierwszej wyprawy narodził się w listopadzie 2011 roku, wówczas w marcu 2012 roku pojechała ze mną moja młodsza 14 letnia córka Weronika, a po Omanie podróżowaliśmy wraz z moim przyjacielem Jurkiem, który mieszka na stałe w Muskacie. Jednak Oman tak mnie zachwycił, że już w czerwcu kupiłem bilety na samolot na kolejną wyprawę zaplanowaną na październik 2012 roku. Tym razem na tej wspaniałej wyprawie miało być 12 osób. Łącznie wynajętą Toyotą Land Cruiser przejechaliśmy około 6000 km.

Czego oczekiwałem od Omanu? Wysokich temperatur, odludnych miejsc, wspaniałych widoków, niekończących się bezdroży i piachu. Tak, tak piachu, bowiem w Omanie leży największa piaskownica świata. Lot trwa jakieś 12 godzin, oczywiście jest przesiadka i międzylądowanie jak wspomniałem wcześniej. Na miejscu trzeba wykupić wizę za 5 RO, dostajemy ładny stempelek do paszportu, odbieramy bagaże z taśmy, uff wszystkie są, które trzeba przed wyjściem jeszcze prześwietlić i skontrolować, to wydaje się tylko formalnością. Otwierają się drzwi i Sułtanat Omanu stoi przed nami i czeka na zdobycie. Podróżowanie zaplanowaliśmy autem Toyota Land Cruiser GRJ200, kieruję się do znanej mi wypożyczalni samochodów, gdzie wita mnie ten sam Mr. Khalif, który obsługiwał mnie w marcu. wynajęcie wygląda jak kupno gazety w kiosku i trwa tyleż samo, formalności trwają chwilkę i nasze bagaże lądują w bagażniku zatankowanej do pełna Toyoty. Walutą obowiązującą w Omanie jest Rial, a banknoty są….plastikowe, jest to chyba trzeci kraj na świecie, który ma plastikowe banknoty. Wymieniam dolary amerykańskie na Riale, kupuję kartę sim do iPada i ….. w drogę.

Odbieram kluczyki i pakujemy bagaże do Toyoty. Plum w tym samym czasie pakuje się do swojej GRJ200 identycznej jak moja. Asia z Markusem niestety dostają Mitsu Pajero ale jak się później okazało nie był taki zły. W między czasie pojawia się spóźniony Jurek w swojej J100, do niego pakują się Pyrka i Gałka. Dołącza również piąte auto GRJ200 z Ryśkiem „Nudzio” z córką Ingą i żoną Ulą. Wszystkie auta są białe :)

Tak więc jesteśmy w komplecie: 5 aut, 13 osób, 6 kobiet i 7 mężczyzn…..aha i pies…jamnik Trop.

Start, odpalam Toyotę, która przez kolejne dni będzie naszym domem, benzynowy silnik V6 pięknie mruczy, uśmiech mnie nie opuszcza mimo zmęczenia i późnej godziny. Jedziemy na najbliższą stację benzynową zrobić małe zakupy, głównie woda do mycia i soki do picia. Już podczas marcowej wyprawy odkryliśmy gęsty, bardzo smaczny sok w niezliczonej ilości rodzajów, którego mieliśmy zawsze chyba kilkanaście litrów. Wyjeżdżamy z rozświetlonego Muscatu, stolicy Omanu autostradą wijącą się wśród gór, które występują tylko w północnej części kraju. Góry są nagie, pozbawione roślinności, trudno dostępne i zbudowane głównie z piaskowców i wapieni. Środkowa część kraju zmienia swój charakter na nizinny i nie przekracza 300 m npm, dalej na południe i południowy zachód znajdziemy już tylko pustynię Rub al Khali. Pokonujemy kilometry jadąc na południe. Gdzieś o 4 nad ranem po przejechaniu około 400 km, skręcamy w lewo z asfaltu na drogę szutrową, jeszcze kilkanaście kilometrów i jesteśmy na Al Huqf, z dala od wielkiego świata i zgiełku miast. Rozgwieżdżone, niewiarygodnie czyste niebo nad nami, a wokół pustynia i skały, spokój i cisza. Rozkładamy namiot, tzn. wyrzucam w górę bo mamy qaczuchę, jeszcze napompować materace i spać. Jesteśmy zmęczeni, ponad 24h na nogach, szybko zasypiamy.

 

Dzień 1 , 4.10.2012 czwartek

Budzi nas słońce, a temperatura wygania z namiotu, w którym nie można wytrzymać. Przed nami zaczyna się pierwszy dzień wyprawy. Głęboki wdech pustynnego powietrza i poranna kawa przygotowana na ognisku stawia na nogi. W miejscu, w którym jesteśmy znajdziemy niezliczone obrazy i formy natury. Są skały liczące sobie ponad 600 milionów lat, wadi i nieliczna roślinność pozwalająca jednak na to aby wielbłądy mogły się pożywić, a my z tego co wyschło na wiór zrobić ognisko. Okolica zachwyca kształtami skał, które raz zdają się być zwierzętami by za chwilkę pokazać się jako grzyb lub kwiat. Wrócimy jeszcze w tą okolicę podczas powrotu, a tymczasem jedziemy dalej na południe. Podróżowanie po drogach asfaltowych Omanu jest wielką przyjemnością, bowiem są one proste i w bardzo dobrej kondycji, a ruch samochodów szczególnie na południu kraju jest znikomy. Nawet w przypadku gdy istnieje potrzeba naprawy danego odcinka robiona jest nowa zastępcza droga prowadząca równolegle do naprawianej o jakości identycznej jak droga docelowa, nie istnieje pojęcie mijanki tak często występującej w Polsce.  Niewyobrażalne i niepojęte. Podróżowanie głównymi drogami pozwala też na uzupełnienie paliwa w naszych samochodach, które tankujemy zawsze nawet gdy jest to 10 czy 20 litrów, pozwala to na bezpieczne i w miarę bezstresowe kontynuowanie jazdy.  Tankowanie odbywa się na włączonym silniku i w zasadzie nie ma potrzeby wychodzenia z auta. Człowiek, który obsługuje dystrybutor zajmuje się nalewaniem paliwa i kasuje pieniądze, zwykle mówię z uśmiechem „do pełna”, przy cenie litra benzyny równej jeden złoty przychodzi to z łatwością.

Po południu jemy obiad w przydrożnej restauracji, które zwykle są prowadzone przez hindusów i serwują hinduskie jedzenie. Wyboru nie ma, nie dostaniesz karty z menu na kilka stron, zamawiamy ryż z kurczakiem i sałatkę, czyli Biriani Chicken. Ryżu jest bardzo dużo, zajmuje on cały duży talerz i na szczycie leży kawałek kurczaka, na osobnym talerzyku jest sałatka / wielkie słowo, zwykle kilka plasterków sałaty, pomidora, cebuli /oraz sos, bardzo ostry sos. Zdarza się, że danie dostajemy na dwóch talerzach, wówczas trzeba zgarnąć ryż z jednego talerza na drugi, o co chodzi? Nie wiem. W restauracjach, no może barach są w pomieszczeniu głównym tzw. myjki. W tych co nie mają gwiazdek jest to coś w rodzaju korytka i trzech lub czterech kranów, a te co mają gwiazdki są umywalki. Goście myją ręce przed posiłkiem i po, wynika to z tego, że lokalna ludność je rękoma, nie używając widelców. Kwestie sanitarne pozostawiam w domyśle.

 

W okolicy Mughshin mamy dość jazdy na dziś, zaraz zapadnie zmrok więc szukamy miejsca na nocleg. Zjazd z asfaltu w lewo w małe diuny i po kilkudziesięciu metrach znajdujemy dobrą w miarę płaską miejscówkę. Nie obywa się bez kłopotów, na dojeździe pierwsze wpadki. Jadące przede mną kilkanaście metrów auto  zakopuje się, więc zatrzymuję się i nie mogę już ruszyć. Gołymi rękoma odgarniam gorący piach spod kół aby uwolnić auto, do przodu , do tyłu i ruszam. Ustawiamy auta i rozkładamy namioty do noclegu. Jesteśmy na pustyni, a jednak wokół nas jest dość dużo materiału do rozpalenia ogniska, na którym przygotowujemy kolację. Rysiek poluje na skorpiony…ryz chyba mu nie smakuje. Najedzeni zasiadamy przy ognisku ze szklaneczkami Chivasa z lodem i opowiadamy o podróżach tych dalekich i bliskich.

Dziś przejechaliśmy 360 km.

Poranna toaleta w tym klimacie to prawdziwa przyjemność, korzystamy z butelkowanej wody, której temperatura jest w sam raz do użycia, nie trzeba podgrzewać, a jako kabinę prysznicową używamy specjalnie kupionego namiotu, który pozwala na odrobinę intymności i nie trzeba zasuwać kilkanaście metrów aby skryć się za diuny, no chyba , że chce się coś poważniejszego, wtedy nie ma wyboru.

 

Dzień 2 , 5.10.2012 piątek

 

Dziś ostatni etap dojazdu na Empty Quarter. Dziura w tylnej prawej oponie Ryśka zmusza nas do zatrzymania, okazuje się, że ma wbity pręt stalowy o średnicy jakieś 4 mm. Sprawnie i w zespole wymieniamy koło na zapasowe i po kilkunastu minutach możemy jechać już dalej. Mając na uwadze, że kolejne dni spędzimy na kompletnym pustkowiu musimy mieć sprawne koła. Uszkodzoną oponę naprawiamy u tego samego wulkanizatora, u którego ja naprawiałem w marcu. Początkowo mechanik nie chce się podjąć naprawy mówiąc , że dziura jest zbyt duża i proponuje inną oponę za większe pieniądze. Upieramy się jednak i udowadniamy, ze da się naprawić. Kolejne tankowanie i wkrótce z asfaltu skręcamy na zachód na szutrowy trak prowadzący nas w kierunku Shisr, ostatniej cywilizacji na mapie. Jazda po tym traku to niesamowite przeżycie, jest prosty i równy jak stół, no może czasami zdarzy się jakieś miejsce gdzie trzeba zwolnić ale to rzadkość. Z pod kół unoszą się tumany kurzu, co wymusza od nas większe odstępy pomiędzy samochodami. Jedziemy miejscami z prędkością 120 km/h kierując się na zachodzące słońce. Shisr, ostatnia stacja benzynowa i niewielki sklepik gdzie można kupić zimną CocaColę, lodu niestety nie ma. Tankujemy na maxa zbiorniki i dodatkowe kanistry, jeden z kanistrów jest dziurawy i benzyna sika jak fontanna. Zaklejamy dziurę gumą do żucia, kawałkiem gumy z opony na to płaski kamień i całość owijamy pasem do zabezpieczania ładunku, działa. Teraz jesteśmy już zdani wyłącznie na siebie. Nie spotkamy już warsztatów ani sklepów, a zasięg telefonów komórkowych dawno się skończył. Nigdy nie należy jechać tu w pojedynkę, a dobrym pomysłem jest posiadanie telefonu satelitarnego.

Przy traku po którym jedziemy są słupy z jakąś linią, chyba energetyczną. Dziwne bowiem droga prowadzi w głąb niezamieszkanego terenu niedostępnej pustyni. Wkrótce zagadka zostaje rozwiązana, w głębi po prawej stronie jest teren jednostki wojskowej. My jedziemy dalej po traku, który jest poprzecinany nowo powstającymi wydmami, zmusza nas to do omijania tych większych i kluczenia zakosami.

I oto przed nami stoi największa piaskownica świata: Rub al Khali lub Empty Quarter, obejmuje ona 650 000 km2 powierzchni, jest 1000 km długa i 500 km szeroka, a największe diuny wznoszą się na wysokość 250 metrów. Temperatura sięga tu 60*C, a wilgotność 2%. To jest powód aby przyjechać do Omanu, ten fascynujący bezkres piasku i ogromne diuny. Czyste, ciepłe powietrze i cisza panująca wokół hipnotyzują, oczy otwierają się szeroko, a żuchwa opada na ziemię. Wczesnym wieczorem zatrzymujemy się na obóz, znajdujemy w miarę płaski teren wśród diun i to tak naprawdę wszystko czego potrzebujemy. Czujemy się jak na innej planecie.

 

Dzień 3 , 6.10.2012 sobota

Kolejny cały dzień spędzimy tylko na Empty Quarter, wstaję wcześnie aby podziwiać wschód słońca. Wspinam się po krawędzi diuny na najwyższy punkt, siadam urzeczony widokiem morza piasku w najgorętszym miejscu na ziemi.  Bezwietrzny poranek i przejrzyste powietrze pozwala na fotografowanie okolicy. Na piasku widać toczące się nocne, bogate życie zwierząt w dzień nie zauważalne, można dostrzec ślady zupełnie małe ale są też i większe, należące do jaszczurek, węży, skorpionów czy też pająków tzw. Camel Spiders.  Po kawie i lekkim śniadaniu ruszamy w głąb pustyni  na zachód w kierunku Arabii Saudyjskiej.

Bawimy się w piasku. Jeździmy po płaskim i po diunach. Okazuje się, że w tych warunkach doskonale spisał się iPad z MotionX, w/g którego miejscami nawigowaliśmy. Zdjęcia satelitarne choć nie bieżące, to znakomicie oddawały charakterystykę terenu.

Podczas przejazdu poprzez diuny Jurek dość mocno się zakopuje w mało bezpiecznym miejscu, auto stoi ustawione prostopadle do zbocza diuny. Zabezpieczamy auto poczepiąjąc liną do Mitsu Markusa i staramy się odkopać i przywrócić prawidłowy kierunek jazdy dla auta. Po jakiejś godzinie kopania w samo południe w palącym słońcu udaje się bezpiecznie sprowadzić auto na dół. Pozostałe auta jadą inną drogą.

Postanawiam dać uczestnikom wyprawy namiary GPS na mój skarb zakopany w marcu tego roku. Poszukiwacze błądzą, szukają, kręcą się i jedna załoga zaczyna jechać w prawidłowym kierunku. Jest to Plum z Agatą, mała wskazówka pozwala im odkopać skarb. Kilka kilometrów dalej zbieramy dary od wszystkich uczestników i zakopujemy zbiorowy skarb wyprawy. Po drodze robimy jeszcze zdjęcia i film promocyjny, dublom nie ma końca, a media są zakurzone całkowicie.

 

Dzień 4 , 7.10.2012 niedziela

Noc okazała się niespokojna, doświadczyliśmy burzy piaskowej. Wiatr szarpał namiotem, nie pozwalał zasnąć i powodował. że drobny piasek wdzierał się do środka przez otwory wentylacyjne. Rankiem po wyjściu z namiotu widok był taki jak przed naszym przybyciem. Wiatr ukształtował na nowo powierzchnię piasku zakrywając nasze wcześniejsze ślady. Zdjęcia, kawa, pakowanie i ruszamy…..po kilku dosłownie metrach chcąc przejechać przez diunę ….zawisam na niej…..po kilku minutach jedziemy dalej.

Zajeżdżamy jeszcze na stację benzynową w Shishr, tankujemy i kupujemy zimne napoje, lodu niestety nie ma. Dogaduję się z obsługą „restauracji” i przyklejam na drzwi wejściowe naklejkę MudDoctors. Żegnamy EQ.

Opuszczamy Empty Quarter, pięknymi, szerokimi i prostymi po horyzont drogami szutrowymi, na których bez problemu można osiągnąć prędkość powyżej 100 km/h.

Po drodze mijamy kilka farm rolniczych, tam gdzie jest dostęp do wody roślinność jest bujna i zielona ale są też miejsca gdzie woda „uciekła” i sterczą tylko suche patyki za ogrodzeniem z drutu kolczastego.

W tej okolicy są też większe ośrodki hodowli roślin, które mają sprytny system nawadniania powodujący, że pola uprawne są …..okrągłe, widać to doskonale ma zdjęciach satelitarnych.

Miejsce przez, które przejeżdżamy to historyczna lokalizacja Oazy Shishr / Wubar, Oasis of Shishr jest przykładem średniowiecznego grodu w rejonie Zatoki Perskiej. Stanowiska archeologiczne , które tu są reprezentują produkcję i dystrybucję kadzidła, jedenego z najważniejszych przedmiotów luksusowych handlu w starożytności od Morza Śródziemnego i Czerwonego do Mezopotamii, Indii i Chin. Shishr oddalone 180 km od Salalah, na pustyni było oazą i polem kempingowym na trasie z Nejd do portu Sumhuram.

Na trasie mamy miasteczko Thumrait obok, którego zlokalizowane jest lotnisko Thumrait Airfield i baza WFR. Robimy zakupy, pompujemy koła, Markusowi obsługa proponuje zakup czterech opon więc rezygnuje z ich usług i pompuje na stacji paliw. Idziemy do restauracji, dziś zamiast BirianiChicken jemy Chicken Masala – troszkę lepsze mięso, mniej może spalone, kupa ryżu i surówka.

Przy stacji benzynowej spotykamy też „białego” turystę, okazuje się , że kobieta jest ze Szwajcarii i na informację, że my jesteśmy z Polski jest mocno zdziwiona, bo myślała chyba, że powinniśmy zmywać gary w Anglii?!

Wyruszamy na wschód w kierunku Oceanu Indyjskiego. Mijamy Port Lotniczy w Marmul, wieże z płonącym gazem i miejsca wydobywania ropy naftowej. Krajobraz zmienia się co chwilę. Po polach naftowych pojawia się małe Wadi Shalim, by po chwili zmienić się w niesamowite wapienno-siarkowe formacje skalne, głęboki na jakieś 60 metrów klif zadziwia kształtami i kolorami. Dalej droga asfaltowa wykuta w skałach prowadzi wprost do Oceanu – taka Brama do Oceanu Indyjskiego. Jedziemy na mały cypelek portu rybackiego, gdzie trafiamy na rozładunek ryb. Rybacy chcą na sprzedać rybę i chętnie pozują do zdjęć.

Odbijamy nieco na południe i w odległości około 100 metrów od Oceanu rozbijamy obóz. Jesteśmy niedaleko wioski Showaimiah. Pokonaliśmy niebagatelną odległość 468 km. z głębokiej pustyni EQ nad Ocean Indyjski.

Jedziemy na plażę, która usiana jest kopczykami zrobionymi przez kraby, jest też niestety dość brudno. Kąpiemy się w cieplutkiej ale słonej wodzie.

 

Dzień 5 , 8.10.2012 poniedziałek

Poranek w okolicy obozu. Przed poranną kawą wybieram się z aparatem wokół skały przy której biwakujemy.

Jedziemy do Showaimiah naprawić koło Ryśka – znów. Okazuje się, że stanowimy nie lada atrakcję w małej wiosce. Naprawa trwa dość długo, mamy czas na penetrowanie okolicy, oglądamy warsztat, w którym w głównym pomieszczeniu jest na podłodze nawet dywan, w budynku jest łazienka i sypialnia, za budynkiem pod zadaszeniem kanał i reszta warsztatu.

Pojawiają się też kobiety z rękodziełem, oczywiście kupujemy jakieś lokalne wyroby ostro się targując, tzn. Jurek się targuje.

W wiosce toczy się powolne życie, fryzjer ma klienta, restauracja jest pełna mężczyzn, samochodami jeżdżą nieletni, po ulicy przechadza się Camel – ot normalka.

Na stacji benzynowej spotykamy okaz Land Rovera Series, więcej ich będzie na Masirah Island.

 

Po naprawie koła kontynuujemy jazdę w kierunku „Cinnamon Desert”. Wracamy do okolic Wadi Shalim i wybrzeżem jedziemy na północ. Zatrzymujemy się w okolicach Sawqirach, przy samej plaży na ogromnym parkingu wyłożonym kostką brukową, która kruszy się od soli tak samo jak barierka oddzielająca parking od plaży. Zaglądamy też do małej Oazy, jednak bez wody, mijamy wraki samochodów. Zbaczamy tez nieco z drogi aby zobaczyć kolejny niesamowity kliff w okolicach Ras Markaz, a w dole na plaży łodzie rybackie i rybacy na nich z impetem wpływających na plażę. Udaje mi się „upolować” Flaminga Różowego, niby nic bowiem ponoć i w Polsce się pojawia, ale….

 

O zachodzie słońca rozbijamy obóz przy dość dużym drzewie. Wieczorem przy kolacji rozmawiamy o wyprawach tych bliskich i dalekich, oglądamy zdjęcia na iPadzie – tak , tak, pustynia, piach, zadupie i …iPad.

 

 

 

Dzień 6 , 9.10.2012 wtorek

z piachu do wody….słonej wody….bezludna wyspa?

i tylko piach, suchy piach…..”Cinnamon Desert”

Wstaję dość wcześnie, no nie tak wcześnie jak Pyrka ale przed wschodem słońca. W mało komfortowej pozycji wychodzę z namiotu. Biorę aparat, drugi obiektyw i boso idę na diuny. Jest przyjemnie, piasek nie jest jeszcze gorący. Diuny i piach w tej części Omanu są zupełnie inne niż to co widzieliśmy na EQ, kolor, gradacja, ukształtowanie diun oraz ich wielkość. Diuny z jednej strony są łagodne, by na swoim szczycie z drugiej strony spaść prawie pionowo. Wiatr układa też fajne wzorki na piachu, co w połączeniu ze śladami zwierząt, które nocą tworzą liczne autostrady daje niezwykłe arcydzieła.

Wracam na kawę.

Jedziemy na prom, płyniemy na wyspę…

Maleńka Masirah Island.

Długim na jakieś 150 metrów mostem jedziemy do portu skąd odpływają promy na wyspę. Zacumowanych jest kilka promów ale samochodów jest mało, promy odpływają jak prom jest pełny. Koszt od jednego auta to 10 RO w jedną stronę. Wjeżdżamy na prom, jest gorąco więc nie gaszę silnika, klima chodzi. W zasadzie silnik wyłączałem tylko gdy szliśmy do restauracji lub na noc. Kurs trwa około 1,5 h, załoga na maxa pakuje pokład i ostatnie auto wręcz wciska na siłę.

Bierzemy aparaty coś do picia i idziemy na pięterko do miejsca przeznaczonego dla ludzi. Niewiele jest miejsc siedzących, a część z nich jest w pełnym słońcu, po chwili więc wracamy do chłodnego auta. Na iPadzie sprawdzam naszą pozycję i czas pokonany. Oglądam zrobione zdjęcia, by w końcu troszkę się przespać.

Gdy zbliżamy się do Masirah idę na dziób promu i staję na ruchomej rampie na krawędzi i podziwiam wyspę z morza. W porcie zacumowanych jest kilka tradycyjnych łodzi rybackich Dhow, promów i kilka mniejszych łódek. Są też wraki.

Sprawny zjazd z promu i jesteśmy na lądzie. Wita nas miasto Hilf, które szybko mijamy jadąc na południe wzdłuż wybrzeża.

Wyspa Masirah jest maleńka, ma 95 km długości z północy na południe i 12 – 14 km szerokości. Od 1930 roku była tu baza wojskowa armii brytyjskiej, która w roku 1977 zakończyła tu swoją działalność, a cała infrastruktura została przekazana dla Royal Air Force of Oman.

Kilkunastominutowa jazda samochodem i jesteśmy już na południu wyspy, nieco dalej na południowym-wschodzie niedaleko wioski Sinfah planujemy miejsce obozu. Lokalizacja pomiędzy wodami Oceanu Indyjskiego, a niewielkimi górami wyspy na plaży i ze wschodem słońca w następnym dniu kusi…

 

 

 

Dzień 7 , 10.10.2012 środa

………..jak robinson cywilizował piętaszka …

Poranek wita nas przepięknym wschodem słońca, kąpiel w cieplutkim Oceanie.
Dziś spędzimy cały dzień na wyspie, w planie objazd całej wyspy, zwiedzanie miasta Hilf, i kąpiele i byczenie i słońce….

 

 

 

Jedziemy wschodnim wybrzeżem na północ, niedaleko wioski Amq na plaży znajdujemy wbite w piach szczątki wraku Dhow. To co zostało jest dość dobrze zachowane z powodu słonej wody, kunszt wykonania budzi podziw. Uszkodzenia tych tradycyjnych drewnianych łodzi są ponoć w tej okolicy częste z powodu dość płytkich wód i skalistego dna. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszamy dalej, jednak piach na plaży jest dość miękki i nieuważna jazda kończy się ….zakopaniem.

 

Po kilku minutach krążymy uliczkami miasta, zaglądając w głąb poza „centrum”. Podglądamy codzienne życie i pracę, zaglądamy do sklepów i sklepików. Budynki niby podobne jednak tak różne od siebie, piękne bramy i drzwi wejściowe, słoneczna kolorystyka…Nad miastem krążą samoloty z RAF Masirah.

 

 

Na ”miejskiej” plaży jest sporo wraków łodzi rybackich, dziwne bowiem całkowicie blokują dojście do plaży od strony Oceanu. Ale w tym rejonie nikomu to nie przeszkadza.

 

 

 

 

Inną ciekawostką spotkaną tylko tutaj na wyspie jest duża ilość wiekowych samochodów marki Land Rover Series, głównie pickupy, stanowią one pozostałość po armii brytyjskiej.

Zatrzymujemy się w cieniu CoffeeShop,u i ustalamy wersję obiadową. Inga zdobywa informację o dobrej restauracji gdzie możemy zjeść dobrą rybę, mamy kartkę z nazwą więc idziemy. Restauracja jest dość spora, wewnątrz wszystkie stoliki zajęte, obsługa proponuje nam osobne zamknięte pomieszczenie / przeznaczone chyba dla rodzin i dla kobiet / lub stoliki na zewnątrz jednak pod dachem. Wybieramy stoliki na zewnątrz, jest gorąco ale znośnie. Pokazujemy kartkę z tym co chcemy zjeść, a kelnel – kucharz ? przynosi nam surowe ryby aby pokazać co będziemy jedli ?! Kiwamy , że OK i składamy zamówienie, rybka oczywiście z …. ryżem. Przygotowanie dań dla 12 osób troszkę trwa, jednak warto było czekać. Ryba doskonała. Kelner cały czas czujnym okiem obserwuje nas czy wszystko jest OK. Na zapleczu restauracji jest też toaleta.

 

 

 

 

 

 

Po pysznym i sutym obiedzie jedziemy poleniuchować nad Ocean.

 

 

 

 

 

 

 

Dzień 8 , 11.10.2012 czwartek

…..opuszczamy wyspę….

Głos ludzki budzi mnie z uśpienia… To Pyrka z Gałką, ranne ptaszki..może śniadanie już podają?

Minęła ostatnia noc nad Oceanem Indyjskim, w którym poranna kąpiel jest jak ciepły prysznic w domu. Nie przebudza, więc kawa jest niezbędna. Po spakowaniu maneli idziemy kilkadziesiąt metrów wgłąb wyspy i napotykamy pustą skorupę żółwia, a wokół kości. Niestety jest to jedyny żółw jakiego spotkaliśmy podczas tej wyprawy.

 

 

Kierujemy się do portu promowego i z marszu mamy wjazd na prom, który jest nieco większy od poprzedniego, mieszczą się w nim cztery rzędy aut, wprawdzie dość ciasno ale mieszczą. Po chwili prom jest pełen i ruszamy w kierunku kontynentu. Tym razem w ogóle nie wychodzimy z auta. Po 1.5h prom przybija do brzegu na Shanna. Wjazd na stację benzynową, tankowanie, pompowanie kół, jakieś zakupy w sklepie, który wygląda jak mała hurtownia – wszystko na półkach jest w kartonach.

Plan na dzień dzisiejszy dojechać do Al Huqf ale w miejsce gdzie jest Ducky Rock. Dojazd ma być trudny, miękki piach oraz sabkha.

Sabkha to płaska powierzchnia wyschniętego jeziora lub morza, na jej powierzchni jest skorupa z gipsu, soli i wysuszonego błota, a pod ta skorupą może znajdować się miękkie błoto – jest to bardzo niebezpieczny teren.

Jedziemy na zachód, mijamy znane już tereny z drogi dojazdowej do wyspy. Wstępujemy do Muhut na jedzenie, BirianiChicken, a w chłodziarkach za szybkami króluje Mountain Dew, bardzo popularny napój w Omanie. Auto parkuję obok Toyoty Tundra, która jest na dubajskich blachach, a na pace ma kilka wiązek ….siana, które pachnie tak sielsko, siano w Omanie jest ponoć lepsze od tego w Dubaju.

Zjazd z asfaltu na szuter i piach. Przed nami bezkresny interior.

Al Huqf stanowi w środkowej części Omanu bezludną pustynię, która składa się ze skał głównie wapiennych. Skały te „starzeją” się z zachodu na wschód, od najbardziej widocznej Khuff do czerwonych piaskowców Ghariff szacowanych na 300 ml lat. Topografia terenu zaznacza się wzniesieniami 125 mnpm na zachodzie do płaskich sabkhach na wschodzie oraz liniowymi rzędami wydm na południu z miękkim piaskiem oraz piaskiem zaśmieconym płatkowatym czarnym krzemieniem. To wszystko powoduje , że teren jest bardzo trudno dostępny. Al Huqf jest częścią byłego Rezerwatu Oryksa – biała antylopa arabska.

Dojazd do Ducky Rock jest naprawdę wyzwaniem, twarda skorupa kruszy się pod kołami niczym lód, wznoszą się tumany kurzu. W pewnym momencie czuję, że z lewym przednim kołem jest coś nie tak, chyba kapeć, zaczyna mnie ściągać w lewo. Nie zatrzymuję się i jadę dalej, kiedy dojechaliśmy na bardziej przyjazny teren okazało się, ze opona jest już przecięta.

 

 

Jesteśmy na miejscu. Wzgórze z Ducky Rock i Grzybami skalnymi. Chwilkę stoimy przy zadziwiającej skale w kształcie …hmm kadłuba statku? , wąska, wysoka. Obok jest wzgórze ze skałą przypominającą kaczorka, w jego cieniu znajdujemy miejsce na obóz. Na miejscu nie ma opału więc jedziemy kilkaset metrów i zbieramy suche gałęzie na ognisko.

 

 

 

Dzień 9 , 12.10.2012 piątek

…..Goodbye, blue sky. Goodbye…..

I tak nadszedł ostatni dzień na ziemi omańskiej, nieuchronna chwila końca tej wspaniałej wyprawy zbliża się wielkimi krokami. Noc pod piórami kaczki była spokojna.

Ruszamy do Muscatu, do przebycia mamy ostatnie 400 km z czego zdecydowana większość po asfalcie. Zanim dotrzemy na trak musimy pokonać teren wykopalisk archeologicznych i teren jakiejś kopalni kruszyw. Nawierzchnia jest kamienista i drogi są pozacierane, a główny szutrowy trak miejscami jest pokryty małymi diunami. Jako, że mamy małe ciśnienie w kołach, zaraz na asfalcie jedziemy do najbliższego punktu, gdzie możemy dopompować po raz ostatni koła.

 

Północna część Omanu pokazuje nam swoje inne oblicze. Od miejscowości Adam zaczyna się teren górzysty, jedziemy pomiędzy dwoma masywami górskimi, Mount Nakhl i Al Hajar.

 

 

 

 

Muscat wita nas zadziwiającą czystością i przepychem jakiego nie widzieliśmy od 9 dni w interiorze. Auto muszę oddać z pełnym bakiem paliwa więc tankuję na stacji Shell, na której pracownicy są w gustownych firmowych strojach. Obok stacji paliw jest restauracja, w której jemy ostatni raz kuchnię indyjską.

 

 

 

Oczywiście trzeba jeszcze odwiedzić Old Muttrah Souk – czyli targowisko, lokalnie nazywany Al Dhalam – najstarszy souk w świecie arabskim. Al Dhalam znaczy Ciemność, z powodu ciasnych i zatłoczonych uliczek gdzie światło słoneczne nie docierało. Sprzedawcy nie są tak bardzo nachalni, jak w innych arabskich krajach. Kupujemy jakieś pamiątki i jedziemy na lotnisko. Rozstajemy się z naszą białą Toyotą, wszystko odbywa się na zupełnym luzie i bez spinania się. Nawet obsługujący wypożyczalnię Mr. Khalif zapomniał podłączyć terminal do kart płatniczych do sieci telefonicznej. Kierujemy się do odprawy bagażu i tu zonk….mamy nadwagę, niestety musimy się rozstać z pewną kwotą pieniędzy. Żegnamy Jurka – On zostaje, robimy zakupy w FreeDuty, mała kawka i do samolotu. W Amsterdamie rozstajemy się z Markusem i Asią oraz z Plumem i Agatą, Nasza trójka oraz Pyrka i Gałka lecimy do Berlina.

Następnego dnia rano jesteśmy już w Berlinie na obskurnym lotnisku Tegel, czekamy chwilkę na busa, który zawiezie nas na parking gdzie zostawiliśmy auto i dalej naszą czarną Toyotą mkniemy już do domku.

Dziękujemy organizatorom i wszystkim uczestnikom wyprawy za wspaniałą atmosferę.

 

Oczywiście nasza wyprawa częściowo ukazała się w Y Magazine Oman , zapraszam do lektury.

 

 

 

Copyright © 2012. Wojtkiewicz All Rights Reserved. Up