» Namibia 2018  ; part 1

Namibia 2018 ; part 1

Namibia 2018  ; part 1

day 1, 2, 3, 4, 5, 6 


Namibia ponad 2,5 razy większa od Polski, ma zaludnienie 2,4 miliona mieszkańców czyli 3 osoby na 1 km2 !!

Bagaże czekają

W sobotę 27.10.2018 w godzinach popołudniowych mamy lot z Berlina do Frankfurtu i dalej do Windhoek w Namibii. W Berlinie na lotnisku mamy małe zamieszanie z bagażami i o mały włos byśmy nie zdążyli na samolot. Jednak udało się 🙂 Jesteśmy w samolocie, 1,5h godziny lotu do Frankfurtu , tam oczekiwanie na opóźniony lot liniami Condor do Windhoek. Bardzo dłuuuugi i męczący lot i około 9 rano jesteśmy na płycie lotniska, które jest oddalone od stolicy jakieś 40 minut jazdy.

Niemieckie linie Condor nie są wygodne, bardzo mało miejsca na nogi, szczególnie moje nogi 🙂
 Podchodzimy do lądowania.
Do przejścia z płyty lotniska do budynku jest spory kawałek, ale dobrze jest rozprostować kości po tak długim locie.
Jeszcze chwilka i przekroczymy granicę 🙂

Na lotnisku czeka na nas Markus, pracownik Helmi i Jurka Mazgaj z Bocian Safaris. To z nimi przez ostatnie pół roku pisaliśmy e-maile ustalając szczegóły naszego wyjazdu.

Jeszcze wymiana kilku euro na lokalną walutę NAD , dolary namibijskie i w drogę. Na parkingu czeka na nas Toyota Hilux, która jak się okazuje za 40 minut będzie naszym, środkiem transportu i po części domem przez kolejne 14 dni.

Jedziemy do Arebbusch Travel Lodge w Windhoeku, gdzie Helmi i Jurek mają swoją bazę i gdzie na nas czekają. Na miejscu zapoznajemy się z autem – ale, ale – auto jest zepsute 🙂 ma kierownicę z prawej strony, tak, tak, w Namibii obowiązuje ruch lewostronny. Następuje prezentacja sprzętu campingowego. Jest wszystko co potrzebujemy: namiot dachowy (nawet dwa, możemy wynajmować gdzieś po drodze :), stolik, krzesełka, gary, lodówka. We czwórkę jedziemy do pobliskiego centrum handlowego po zakupy i w drogę.

Zdjęcie zrobione tuż przed wyjazdem na trasę.

Dzień 1 ; 28.10.2018

Późnym popołudniem wyruszamy we dwójkę w nieznaną Namibię. Nie licząc Egiptu i Cabo Verde jest to nasz pierwszy kontakt z Afryką.

Jedziemy na południowy – zachód, początkowo równiutką jak stół drogą asfaltową ale wkrótce spotkamy się z drogami szutrowymi, które stanowią tu chyba 99% wszystkich dróg.

Kilkanaście kilometrów na południe za Rehoboth jest nasz pierwszy punkt programu – Zwrotnik Koziorożca, Tropic of Capricorn. Jeden z trzech na jakich tu będziemy. Ten za Rehoboth jest mniej turystyczny niż kolejny znajdujący się na trasie na północ od Solitaire, a trzeci jest całkiem w interiorze i niewielu podróżników do niego dociera.

Zawracamy w kierunku Rehoboth, by tuż przed nim skręcić na zachód w interior, szutry, szerokie szutry ukazują się naszym oczom. Zatrzymuję się aby zmniejszyć ciśnienie w kołach i w tym momencie wymija nas bardzo szybko jadąca osobówka. Jak się za chwilkę okazało nieopodal był śmiertelny wypadek, jakiś pickup dachował na zakręcie. 

Zaczynaja pojawiać się pierwsze dzikie zwierzęta.

Droga po, której jedziemy jest znana jako Spreetshoogte Pass.

Jest to przełęcz w środkowej Namibii , która łączy Pustynię Namib z Górą Khomas, na drodze z Rehoboth do Solitaire. Jedna z najwyższych dróg w kraju znajdująca się na wysokości 1.780 mnpm. Osiąga nachylenie do 22% i jest jedną z najbardziej stromych dróg w południowej afryce.

Droga jest wyjątkowo stroma, ostre zakręty i strome wzniesienia, zapewniają niezrównane widoki na dramatyczny krajobraz poniżej przełęczy.

Powierzchnia drogi jest żwirowa, ale najtrudniejsze odcinki wykonane są z kostki brukowej. Jest to pasmo, które obejmuje największą różnicę wysokości, pokonując prawie 1000 metrów w odległości 4 kilometrów  drogi. W górnej części przełęczy znajduje się punkt widokowy, z którego roztacza się malowniczy widok na pustynię Namib.

Po tych spektakularnych widokach jedziemy w kierunku Solitaire, w którym dziś się nie zatrzymujemy, zbliża się zmierzch, a mamy jeszcze kilka kilometrów do pokonania.

Około 60 km przed Sesriem mamy zaplanoway pierwszy nocleg w Namibii. Już z daleka widzimy, że będzie to przepiękne miejsce.

Moon Mountain Lodge to ultra-luksusowe namioty położone u podnóża Gór Naukluft. Namioty mają oddzielną łazienkę, do której przechodzi się po kładce, widok z sypialni i łazienki jest panoramiczny. Nawet siedząc na kibelku, bądź kąpiąc się w wannie jest przepiękny widok na bezkresne obszary pustyni.

Widok z tarasu
Widok na zachód
zachód słońca

Pierwszy dzień kończy się kolacją z winem na tarasie z widokiem na pustynne równiny i skamieniałe wydmy w oddali.

Dzień 2 ; 29.10.2018

SOLITAIRE – miasteczko z około 70 letnią historią, która zaczęła się w 1948 kiedy Willem Christoffel van Coller kupił 33000 hektarów ziemi by założyć farmę ukierunkowaną na hodowlę owiec. Nazwę Solitaire wymyśliła jego żona. Na pustkowiu powstała farma, kaplica, sklep i stacja benzynowa. Z czasem wybudowano piaszczysty pas startowy dla awionetek. Obecnie Solitaire wchodzi w skład obszaru Solitaire Land Trust, którego zadaniem jest m.in. ochrona wielkich trawiastych przestrzeni.

Stacja benzynowa
Tankujemy do pełna.
Naklejam swoją naklejkę, lewa tablica, prawy górny kwadrat.

Co powoduje , że Solitaire to legenda? To napewno stare samochody, a raczej wraki. Ponoć jest to miejsce gdzie stare samochody trafiają do nieba.     

rhdr

Słynna na cały świat jest też … szarlotka! Tak! Szarlotka, apple pie,… Ta szarlotka stała się jedną z legend Namibii podobnie jak jej twórca. Wytwarzana jest w “Moose” McGregor Desert Bakery. Ponad 20 lat temu w Solitaire osiadł Szkot – Percy Cross “Moose” McGregor, który postanowił założyć tu… piekarnię. To najbardziej pustynna piekarnia i cukiernia na świecie. Pomimo, że wszystko tu jest pyszne to jeden produkt zdumiewał wszystkich…. szarlotka! Obecnie jest to produkt masowy i moja Monika piecze zdecydowanie lepszą 🙂

Po zatankowaniu i odpoczynku przy kawie jedziemy na południe do Sesriem gdzie dzisiejszą noc spędzimy na campingu. 

Pustynia Namib – Namib w języku nama oznacza „olbrzymi”, a w innym tłumaczeniu „miejsce gdzie nic nie ma”. Od tego też słowa pochodzi nazwa Namibii. 

Przez jej teren przepływa rzeka Kuiseb, która przez większą część roku jest wyschnięta. Dzieli ona Namib na dwie części. Część północna to skalista wyżyna, dochodząca na zachodzie do oceanu, a rejon ten nosi nazwę Wybrzeża Szkieletowego i jest chroniony jako park narodowy.

Południowa część ma charakter piaszczystej równiny z przemieszczającymi się wydmami. Piasek w pobliżu wybrzeża jest żółty, zaś w głębi lądu przybiera odcień ciemnoczerwony. Łańcuchy wydm przebiegają w kierunkach północ-południe i osiągają wysokość do 200 m oraz długość 50 km. Najwyższe wydmy znajdują się w środkowej części pustyni koło Sossusvlei, mają one nawet ponad 300 m wysokości. W ciągu dnia temperatura piasku może osiągnąć ponad 80 stopni Celsjusza. Pustynię Namib uznaje się za najstarszą na świecie, ma ona ok. 80 mln lat.

dav

Sesriem to niewielka osada, na terenie, której jest główna brama wjazdowa do największej atrakcji tego rejonu Sossusvlei. Jest tu camping, sklepik z podstawowymi artykułami, stacja benzynowa.

W okolicy jest też Sesriem Canyon, druga po Sossusvlei atrakcja tego rejonu. Przez buszmenów uważany za miejsce święte. Jest to naturalny kanion wyrzeźbiony przez rzekę Tsauchab w miejscowej skale osadowej na przestrzeni ostatnich 2 milionów lat, o długości około kilometra i głębokości do 30 metrów. 

Nazwa „Sesriem” pochodzi z języka afrikaans i oznacza dosłownie „sześć pasów” (bo tyle ich trzeba było połączyć, aby sięgnąć dna i naczerpać wody).

Wracamy na camping, w recepcji kupujemy Permit – bilet do Sossusvlei i rozkładamy się pod drzewem przygotowując posiłek.

Dokarmiamy też dzikiego lokatora naszej miejscówki mieszkającego w drzewie. Ze skórki mandarynki zrobiliśmy poidełko.

Dzień dla nas jeszcze się nie skończył. Wpadam na genialny pomysł aby jeszcze dziś wieczorem pojechać do Sossusvlei i tym samym oszczędzimy sobie wczesnej pobudki następnego dnia. 

Droga za bramą jest …. asfaltowa 🙂

Tuż przy drodze, po lewej stronie mamy Dune 45, dlaczego 45? bowiem stoi na 45 kilometrze pomiędzy bramą  łączącą Sesriem i Sossusvlei. Siega 170 mnpm, utworzona została z piasku liczącego 5 milionów lat naniesionego przez Orange River z pustyni Kalahari.

Słońce szybko zachodzi więc nie ma co zwlekać, jedziemy dalej. 

Kiedy asfalt się kończy zaczyna się prawdziwa zabawa, napęd 4×4.

Jedziemy kilka kilometrów , jeszcze czeka nas piesza wędrówka około kilometra.

I naszym oczom ukazuje się … Deadvlei

Deadvlei – „martwe bagno” .Około 1000 lat temu wdarły się tu wody wezbranej rzeki Tsauchab. Na podmokłym terenie wyrosły akacjowe drzewa. Jednak klimat stawał się coraz surowszy, a wydmy całkowicie odcięły dopływ wody. Drzewa uschły, a ich spalone słońcem kikuty zachowały się do dnia dzisiejszego. Poczerniałe, twarde jak kamień, sterczą z jasnego gliniastego podłoża i nadają okolicy surrealistyczny charakter. Rdzawoczerwone wydmy otaczające to cmentarzysko, uważane są za najwyższe na świecie. Jedna z nich, zwana „Big Daddy” sięga 400 metrów!

Czas wracać aby zdażyć przed zamknięciem bramy.

Słońce daje dłuuuugie cienie.

Juz po zachodzie słońca jesteśmy na campingu.

Dzień 3 ; 30.10.2018

Miejsca campingowe są bardzo dobrze zorganizowane. Jest drzewo, które daje cień, jest kran z wodą / w drzewie / , jest prąd, jest nawet oświetlenie, jest miejsce na ognisko lub grila. 

wspomniany kran z wodą

Po śniadaniu jedziemy na północ, dzisiejszym naszym celem jest 
Swakopmund.

Po trasie mamy po raz trzeci wizytę w Solitaire, gdzie tankujemy oraz zamawiamy sobie kawę i szarlotkę.

Nieprawdopodobne, że ten dystrybutor jeszcze działa 🙂

No starczy już tego marudzenia, daleka droga przed nami i wiele atrakcji. 

Drugi już znak informujący, że przekraczamy Zwrotnik Koziorożca. Już z daleka zauważyliśmy po przeciwnej stronie drogi autobus z wycieczką. Upłynęło troszkę czasu zanim dopchaliśmy się do aby zrobić kilka zdjęć.

W oczekiwaniu na nasz czas.

Za nami tworzy się już kolejka, ustępujemy miejsca i jedziemy dalej. Droga dostarcza emocji tym bardziej , że  jedziemy trasą zaliczaną do niebezpiecznych dróg w Namibii, a mianowicie Gaub Pass. To przełęcz na wysokości 750 m nad poziomem morza, położona wzdłuż Gór Naukluft. Żwir i piasek, niesamowita przejażdżka po niezliczonej ilości ostrych zakrętów wijących się w dół do rzeki Gaub.

Gaub Pass jest za nami, a przed nami jeszcze chyba piękniejsza przełęcz Kuiseb Pass. Przebiega na wysokości 905 mnpm i jest zaliczana do jednej z najwyższych dróg w kraju. Droga przecina Kanion Kuiseb i w porze deszczowej jest nie przejezdna.

Nie jedziemy bezpośrednio na zachód w kierunku oceanu, a wybieramy nieco ciekawszą trasę, która prowadzi na południe prawie do samych diun i wzdłuż rzeki Kuiseb dalej na zachód.

Przed nami Zebra Pan, w oddali widzimy dziwne konstrukcje, które wyglądają jak anteny. Jest to Namib Desert Atmospheric Observatory (NDAO). Mijamy ogromną granitową górę i strzeżone zabudowania Gobabeb Training and Research Centre.

Wkrótce na drodze pojawia się niepozorny znak, to jest ten trzeci oznaczający Zwrotnik Koziorożca.

Jedziemy drogą, która jest równoległa do rzeki Kuiseb i znajdujących się za nią w oddali diun.

Cmentarz na pustyni

Zaczynają pojawiać się niewielkie wioski i zabudowania.

Jest nawet myjnia

Kiedy już jesteśmy niedaleko Walvis Bay i jedziemy równolegle do oceanu, pogoda pogarsza się znacznie. Temperatura spada, widoczność też bowiem jest silny wiatr, który nawiewa piach i pył . Miejscami musimy mocno zwalniać. 

W Walvis Bay spotykamy się z Helmi i Jurkiem i idziemy na pyszną kolację do Anchors Restaurant.

Atmosfera jest bardzo miła ale my mamy jeszcze 40 km do Swakopmund gdzie dziś nocujemy. Już po zmroku docieramy na miejsce do Desert Breeze Lodge.

Jest troszkę chłodno 🙂 , rozpalamy więc kominek, winko….

Dzień 4 ; 31.10.2018

Jak tu wstać skoro za oknem mamy taki piękny widok ?

Jednak trzeba się zbierać, mamy dziś napięty plan. Plusem jest to, że nie musimy się pakować bowiem nocujemy w tej samej Lodgy.

Po śniadaniu jedziemy do centrum Swakopmund kupić permit upoważniający nas do wjazdu na Welwitschia Road. Biuro mieści się w zabytkowym budynku.

Tankujemy do pełna i w drogę.

Welwiczja przedziwna, osobliwa (Welwitschia mirabilis Hook f.), pustynna roślina, określana jako żywa skamieniałość. Karol Darwin uznał ją za „odpowiedź świata roślin na dziobaka”. Jej korzeń osiąga 30 metrów długości. 

Roślina opisywana jak jedna z najdziwniejszych, która wykształca zaledwie dwa liście. Jej pień jest gruby i krótki, w większości schowany pod ziemią, osiąga do 50 cm wysokości i 120 cm średnicy, rozszerza się ku górze. Im roślina starsza, tym bardziej jej łodyga rozrasta się, aż zaczyna przypominać płytę (szerokości do ok. 1 m).

W zasadzie wygląda jakby przejechał po niej konwój 200 aut terenowych.

Przy drodze, którą jedziemy rośnie niezliczona ilość tej rośliny. Są okazy mniejsze i większe.

Większość miejsc jest oznaczona kręgami z kamieni.

Roślinka wygląda niepozornie

Spotkać można też oznaczenia płciowości. Męskie kwiaty wytwarzają czerwony pyłek, który przenoszony jest do kwiatów żeńskich przez pluskwiaki, prawdopodobnie także przez wiatr. Owady wabione są do kwiatów męskich słodkim nektarem

Kwiaty żeńskie skupione są w kwiatostanach podobnych do męskich, ale nieco większych.

Kierujemy się do największej roślinki w tej okolicy , która jest chroniona i jest ogrodzona, a do obserwacji jest specjalny podest. Szacuje się jej wiek na 1000 do 1500 lat.

Ciekawostką może być fakt, że roślina ta znajduje się na herbie Namibii i oznacza wytrzymałość, przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku i wytrwałość wbrew wszelkim przeciwnościom.

Najstarsze skamieliny tego gatunku pochodzą sprzed 13,5 mln lat. Nie stwierdzono różnic między skamieniałościami i roślinami współczesnymi.

Kierujemy się na zachód by podziwiać księżycowy krajobraz.

To całkowicie jałowa i skalista pustynia. A surowy, nagi i niegościnny krajobraz stał się ulubieńcem przemysłu filmowego w ostatnich latach. To granity damarskie, które przez ostatnie 460 milionów lat ulegały wypiętrzeniom i erozji utworzyły tzw. „Badlands”

Swakop River okazała się po ostatnich ulewach niedostępna. Koryto rzeki , które zwykle jest drogą zmieniło się nie do poznania. Przejazd zajął by nam wiele godzin

Wracamy do Walvis Bay i jedziemy do …Sandwich Harbour

Jesteśmy już mocno spóźnieni. Mieliśmy umówiony wjazd do Sandwich Harbour na 12.00 , więc wiemy już że nie zdążymy. Telefonicznie informujemy o naszym spóźnieniu.

Sandwich Harbour, znany również jako Sandwich Bay , Sandvishawe , Sandvisbaai i Sandfisch Bai to obszar na wybrzeżu Namibii, który obejmuje zatokę na północy i lagunę na południowym krańcu. Dawniej zatoka była portem handlowym średniej wielkości, opartym na połowach wielorybów ale obecnie jest najlepiej znana z życia ptaków w lagunie na południe od zatoki.

No nie tylko z tego 🙂 Niesamowitym doznaniem jest dojazd do laguny wąskim pasem plaży , który często jest zalewany przez fale atlantyku. Niestety nie ma gdzie uciec bowiem fale odbijają się od wysokich diun. Jedyne takie miejsce na ziemi.

Po drodze od Walvis Bay spotykamy niezliczone ilości ptaków, powyżej kormorany. Bywa też tak, że ocean wyrzuci na plażę wieloryba.

Zatoka otwiera się na północ i ma około 4,2 km długości i 4 km szerokości. Na południe od zatoki znajduje się płytka laguna. Laguna ma 3,7 km długości i 1 km szerokości i jest ograniczona piaszczystą pustynią po jej wschodniej stronie. 

Jedno z najwęższych miejsc.

Video z przejazdu tą „drogą”

Dojazd do laguny jest częściowo pasem wąskiej plaży , a cześciowo po diunach. Co dostarcza wielu ekscytujących wrażeń.

Widok z diuny na północ

i Sandwich Harbour w całej okazałości.

W latach trzydziestych rozpoczęto ambitny projekt budowy wyspy guano w lagunie. Niestety, szakale mogły przejść na wyspę podczas odpływów i przegonić ptaki. 

Z plaży wjeżdżamy na wysokie diuny i zaczyna się Dune Bashing.

Diuny na wybrzeżu mają niespotykany ciemny odcień.

Widok ze szczytu diuny w dół w kierunku oceanu. Praktycznie na ma miejsca na przejazd samochodu , …. a jednak.

Czym późniejsza pora dnia tym światełko ładniejsze ale musimy się zbierać.

Nasz dostawca dzisiejszych wrażeń , Pieter z Mola-Mola 

Kolacja w Anchors @ the Jetty Restaurant w Walvis Bay

Spotykamy się z Helmi i Jurkiem

Pelikany może i nie są najpiękniejszymi ptakami morskimi, ale ich wdzięczny lot rekompensuje ich „brzydotę”. Rozkładając swoje gigantyczne skrzydła na rozpiętość prawie czterech metrów, latają w formacjach przypominających samoloty bombowe z II wojny światowej, tworząc wzór litery V. Są jednak także samotnymi lotnikami. Fascynujące jest zobaczenie, jak rozciągają swoje długie skrzydła, a jednocześnie biegną na mocnych różowych nogach i żółtych, płetwiastych stopach. Po tym wielkim wysiłku, kiedy ciężkie ciała unoszą się w powietrzu, stają się najbardziej eleganckimi ptakami, osiągając wysokość do 1 700 metrów. W locie wyglądają naprawdę imponująco.

Późnym wieczorem wracamy do Swakopmund na nocleg.

Dzień 5 ; 1.11.2018

Dziś troszkę czasu spędzimy na wybrzeżu by po południu znów wrócić na pustynię.

Jedziemy do centrum miasta Swakopmund, z zamiarem zrobienia zakupów i połażenia po mieście. Parkujemy na parkingu przy sklepie Spar. Nieopodal napotykamy Galerię Kryształów … w zasadzie nie chcemy tam wchodzić ale Monika nalega.

Swakopmund to 45000 kurort nadmorski z niemiecką architekturą kolonialną. Został założony w 1892 roku jako główna przystań dla niemieckiej południowo-zachodniej Afryki.

Zaglądamy też do sklepiku gdzie kupujemy pierwsze pamiątki z Namibii

Czas nagli, trzeba ruszać w drogę. Jedziemy na północ do Cape Cross Seal Reserve, a po drodze mamy wrak statku i lunch w Hentiesbaai.

Trawler rybacki – Zeila zerwał się z liny holowniczej w 2008 roku i osiadł na mieliźnie. Jest obecnie atrakcją turystyczną.

14 km od wraku jest mała miejscowość Hentiesbaai gdzie dwójka wspaniałych polaków Asia i Tomek prowadzi restaurację GoFishy Restaurant. Wpadamy tam na kawę i zimne napoje, ustalamy, że w drodze powrotnej z Cape Cross zajedziemy na lunch. Tak też uczyniliśmy. Gorąco polecamy to miejsce.

Jadąc dalej na północ drogą solną docieramy do ciekawego miejsca z dwóch powodów: historia i foki.

Cape Cross – w 1485 roku dotarł w to miejsce portugalski odkrywca Diego Cao jako pierwszy europejczyk. Z tego też powodu w hołdzie dla króla Portugalii João II postawił w tym miejscu krzyż –  Padrão , który ważył 360 kg i był wysoki na 2m. W 1893 roku, niemiecki żeglarz, kapitan Becker z Falke usunął krzyż i zabrał go do Niemiec. W następnym roku, na polecenie Cesarza Wilhelma II , wykonano replikę krzyża z oryginalnymi napisami w językach łacińskim i portugalskim, jak i okolicznościowym napisem w języku niemieckim. Krzyż postawiono w miejscu, obok drugiego krzyża, wykonanego z doleritu, który został wzniesiony w 1980 roku na miejscu pierwotnego krzyża Cao.

Ale Cape Cross to też Cape Cross Seal Reserve ,jest domem dla ogromnej kolonii uchatek – Arctocephalus pusillus, największego z 9 znanych gatunków. Występują one tylko na wybrzeżu południowej Afryki. W listopadzie i grudniu, kiedy młode przychodzą na świat, aż 250 tysięcy uchatek gromadzi się w jednym miejscu. Samce, które mogą ważyć do 360 kg , zaczynają przybywać w październiku aby zarezerwować ziemię dla swoich samic, po czym, około 90% młodych rodzi się w ciągu 34 dni. Miejsce robi ogromne wrażenie, też z powodu zapachu.

W drodze powrotnej jemy lunch w GoFishy i mkniemy na pustynię do Spitzkoppe

Do Spitzkoppe docieramy późnym wieczorem. Nasza Lodga mieści się wewnątrz labiryntu skał i kiedy już widzieliśmy bramę okazało się, że jest zamknięta. Wisi kłódka , nie ma żadnego człowieka, o co chodzi? Lekki stresik, zamieszanie. Do Lodgy prowadzą dwie bramy: główna i boczna, a my jesteśmy właśnie przy tej drugiej. Musimy objechać kilka górek i w końcu jesteśmy we właściwym miejscu.

Nasza Spitzkoppen Lodge położona jest w północnej części kompleksu skał. Jej lokalizacja robi na nas ogromne wrażenie.

Dzień 6 ; 2.11.2018 ; Spitzkoppe – Palamwag

Szkoda, że nie możemy spędzić tu więcej czasu. Okolica jest przepiękna. Spitzkoppe jest nazywany „Matterhornem Namibii”. Sa to granitowe skały, których pochodzenie liczy sobie około 120 milionów lat, a najwyższy szczyt ma 1728 mnpm.

Wschód słońca przynosi nowe , jeszcze piękniejsze widoki.

Plan jest taki aby zobaczyć popularną atrakcję w tej okolicy, która stała się tłem do wielu filmów oraz teledysków.

The Rock Arch, to o nim mowa. Dostajemy klucz do bramy, przez którą wczoraj wieczorem nie mogliśmy się dostać na teren Lodgy. Droga , która przez nią prowadzi jest znacznie krótsza i zaoszczędzi to nam czas.

Monika za chwilkę będzie wdrapywać się pod łuk. Co nie jest takie proste 🙂

Tuż przed brama na drzewie zauważamy resztki jakiejś zwierzyny. Ktoś tu miał niezłą ucztę.

Szybciutko zabieramy swoje bagaże i dalej w drogę na północ.

Przed nami znów otwierają się bezkresne połacie pustyni.

Pustyni, która przypomina o swojej bezwzględności.

Zniszczone budynki i sterczące resztki ścian.

I w tym niegościnnym terenie pojawia się magia kolorów. Na drodze z daleka zauważamy wirujące kolorowe postaci, a jest wczesna pora więc jeszcze nic nie piliśmy. Może to wpływ Malarone? , który przestaliśmy zresztą łykać.

Kiedy bliżej podjechaliśmy okazało się, że to dwie kobiety Herero tańcząc na drodze w ten sposób zachęcało nas do zatrzymania się przy ich prowizorycznym stoisku z ich własnoręcznymi wyrobami ludowymi.

Monika postanowiła zakupić laleczkę, która jest znacznie odmienna od tych , którymi bawią się nasze dzieci.

Na trasie mamy niewielka osadę Uis, która kiedyś słynęła z wydobycia cyny. Z czasów świetności pozostało ogromne białe składowisko odpadów rudy. Tankujemy, kawa z ekspresu przelewowego, siku i dalej w drogę.

Oznaczenia na drzwiach toalety

Podróżowanie po pustynnych szlakach wydawać by się mogło nudne i monotonne. Jednak tak oczywiście nie jest i poza nieprawdopodobnymi krajobrazami spotykamy miejscowych ludzi w najmniej oczekiwanych miejscach. 

Kolejny straganik sklecony z czegokolwiek znalezionego w okolicy, a w nim kobieta Herero z gromadką dzieci. Trójka maluszków jest żywo zainteresowana naszą wizytą, nieco starszy młodzieniec po chwili się oddalił. 

Dla maluszków mamy przygotowane zabawki, z których bardzo się ucieszyły, a kobieta dostała wodę i coś do jedzenia.

Niektóre przydrożne stragany mają ciekawą scenografię, która ma za zadanie przyciągnąć uwagę i spowodować zatrzymanie się.

Czaszka słonia przestaje być czymś nadzwyczajnym.

Kolejną zaplanowaną atrakcję o mały włos bym ominął, upsss… po hamulcach i wsteczny. Po prawej stronie drogi znajduje się „Petrified forest”, Skamieniały las”. Parkujemy auto pod wiatą, kupujemy bilet wstępu i dostajemy osobistego przewodnika po terenie.

Na terenie, który jest ogrodzony znajduje się kilkaset skamieniałych drzew, często pod ziemią. Oraz przynajmniej dwa, które wystają nieco ponad powierzchnię ziemi i mierzą około 45 metrów długości.

Drzewa trafiły w to miejsce prawdopodobnie w wyniku powodzi, przykryte piaskiem nie miały dostępu powietrza i uległy silikacji.

Miejsce jest uznane za Pomnik Narodowy. 

Każda pojedyncza komórka jest skamieniała, jednak kolor i wygląd pozostał ten sam – jak drzewo.

A miało być po drodze kilka punktów z grupą etniczną Herero? Niestety z niewiadomych nam przyczyn wszystkie były opustoszałe. Z głównej drogi skręcamy na południe. Jedziemy do Twyfelfontein – stanowiska archeologicznego, będącego jedynym na terytorium tego kraju obiektem wpisanym na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jego najważniejszymi elementami są ok. 2 tysiące petroglifów, pochodzących z pierwszego tysiąclecia przed i pierwszego tysiąclecia naszej ery. Na miejscu okazuje się, że cała wycieczka może potrwać około 3 godzin pod gołym niebiem – odpuszczamy.

Nieopodal są tzw. „Organ Pipes” ,czyli kolumny bazaltowe, które powstały około 150 milionów lat temu. Nie są imponujące po tym jak widziało się znacznie większe na Islandii.

Podwozimy jednego z pracowników do wioski położonej kilka kilometrów od Organ Pipes.

W oddali zauważmy autobus, który stoi przy drodze tuż przy Damara Living Museum, a w środku nikogo nie ma. Zamknięta wcześniej wioska, jak nam się wydawało, jest otwarta. Jednak na zewnątrz nikogo nie ma. Po chwili kręcenia się autem po parkingu, podbiega do nas jakiś chłopak w stroju damara. Okazuje się, że w zasadzie już kończą dzień, mają ostatnią grupę i nie mogą nas przyjąć. Jednak nasz urok osobisty sprawił, że dał się namówić … i weszliśmy do środka. To ten chłopak z poniższego zdjęcia 🙂

Teren wioski otoczony jest z jednej strony skałami, a z innych ogrodzeniem. Wewnątrz można zauważyć kompletną wioskę, która … żyje.

Przedstawienie trwa, właśnie odbywają się pokazy tańca.

Tyle zdjęcia, a poniżej video tak to wygląda w rzeczywistości.

Po tańcach opowiadano nam w ojczystym języku Damara jakim jest Khoekhoe z charakterystycznymi „kliknięciami” o zastosowaniu roślin w codziennym życiu. Oczywiście tłumaczono nam symultanicznie na angielski 🙂

Pokazywano jak można jak rozpalić w kilka minut ognisko oraz jak kuć żelazo w tymże ognisku.

Wioska wygląda bardzo naturalnie i realistycznie.

Ten maluszek z powyższego zdjęcia na koniec dostaje od nas mały samochodzik, z którego bardzo się ucieszył.

Troszkę przedstawienie się przedłużyło , a „aktorzy” mają jeszcze kawałek do swojej wioski więc podwozimy małą gromadkę naszym samochodem.

Przed nami jeszcze troszkę jazdy do Palmwag. Drogi przepiękne.

Mocno zmęczeni dzisiejszym dniem jesteśmy przy bramie rezerwatu przyrody Palmwag, jeszcze kilkaset metrów i będzie nasza lodga. Kiedy już jesteśmy w recepcji, dowcipny pracownik wmawia nam, że nasza lodga jest położona kilkadziesiąt kilometrów dalej … jakoś nie łapiemy dowcipu.

Po chwili możemy odpocząć i zjeść kolację.

Nasza Lodga umieszczona jest na lekkim wzniesieniu , poniżej tuż przy wysychającej rzece Uniab jest jeszcze kilka namiotów. Zostaliśmy ostrzeżeni aby po zmroku nie opuszczać lodgy, ponieważ mogą kręcić się tu zwierzęta.

ciąg dalszy Namibia 2018  ; part 2

Copyright © 2012. Wojtkiewicz All Rights Reserved. Up