» Iceland 2017

Iceland 2017

Oprócz Islandczyków wyspę zamieszkuje całe mnóstwo innych ludów. Żyją tam elfy, wielkości mniej więcej przeciętnego człowieka. Lubią życie w ukryciu i mieszkają we wnętrzu wzgórz. Są też trolle. Ale w przeciwieństwie do trolli norweskich nie są małe i brzydkie. Nie mieszkają pod mostami i nie trzęsą się ze strachu przed capami. Trolle islandzkie miewają od 3.5 do 4 metrów wzrostu i żyją w górach. Na Islandii żyją tez krasnale, które jak przystało na krasnale są maleńkie i mieszkają wśród skał.

Jest wtorek 25 lipca 2017 roku, punktualnie o 9.00 wyruszamy w naszą podróż na daleką północ. Jest środek lata, a my w bagażach mamy całe mnóstwo zimowych ubrań :), czapki, rękawice, polary, kurtki i tym podobne. Nie zabrakło elektrycznej farelki i gazowego ogrzewacza 🙂 ….Jedziemy na … ISLANDIĘ

Nasz pies pociągowy został odpowiednio na tę okazję oznakowany.

Pierwsza dojazdówka na kołach to odcinek około 1000 km, celem jest port promowy Hirtshals w Danii. Ciekawostka: na granicy niemiecko-duńskiej, duńczycy mają dla wjeżdżających do kraju kontrolę graniczną. Tworzy się spory korek ale celnik gestem ręki puszcza nas dalej. Zatrzymujemy się na nocleg około 70 km od celu w miejscowości Aalborg, tam jeszcze w warunkach hotelowych spędzamy noc przed dwudniowym rejsem.

Wieczór spędzamy w hotelowym barze przy lampce wina i piwa, zastanawiając się co nas czeka na wyspie gdzie znajduje się 26 czynnych obecnie wulkanów.

Noc była ciężka, materace strasznie niewygodne, za miękkie. Obfite śniadanie i ruszamy do portu Hirsthals. Po niecałej godzinie ustawiamy się w kolejce do odprawy, aut jest już kilkadziesiąt, a i przybywają kolejne. Różnorodność pojazdów jest ogromna, od zwykłych osobówek, poprzez suvy, suvy uterenowione, prawdziwe terenówki, kampery oraz samochody ciężarowe małe i duże do … rowerów i motocykli oczywiście. Dużo aut z niemiec, francji, holandii, a z polski …. tylko my 🙂

Oto kilka przykładów.

Dzielna rodzinka

Tuż przed …

Po kilkunastu minutach otrzymujemy karty pokładowe, ustawiamy się na odpowiedniej linii i wjeżdżamy na pokład promu. Ustawiamy auto, zaciągam ręczny, dźwignia zmiany biegów na „P”, zabieramy swoje bagaże, które przygotowaliśmy sobie wcześniej aby przetrwać dwa dni na promie. Czekamy jeszcze chwilkę na pokładzie na wejście do kajuty, obsługa kończy sprzątanie. Wchodzimy, rozpakowujemy się. Kiedy wreszcie prom odbija mamy opóźnienie około 40 minut, zaczyna się drugi etap dojazdu, a właściwie dopłynięcia do naszej wyspy, przed nami 1500 km, 823 mile morskie po oceanie Atlantyckim.

Podróż promem to chyba najnudniejsza z form podróżowania. No latania też nie lubię ze względu na zwyczajowy brak miejsca w samolocie oraz zbyt bliski kontakt ze współpasażerami 🙂 Tu , po promie można sobie pochodzić , jest jakaś przestrzeń i świeże powietrze na pokładzie, na który można przy sprzyjającej pogodzie sobie wyjść.

troszkę wiało

Kajuta jak kajuta, maleńkie pomieszczenie bez okna

na monitorze można było śledzić aktualne położenie promu

Płyny obowiązkowo trzeba uzupełniać

W drugim dniu rejsu 30 minutowy postój na Wyspach Owczych

Tu widoczne w oddali

Dzień 1  ;  27.07.2017  ;  109 km

Dopływamy do portu Seydisfjordur, który leży po wschodniej stronie wyspy. Prom opuszczamy dość sprawnie.

Dostajemy nalepkę na szybę, celnik gestem ręki przepuszcza nas dalej, a zaraz za bramą już rozdają ulotki reklamowe atrakcji turystycznych.  Islandia przywitała nas deszczem i niskim pułapem chmur, z tego też powodu nie widzimy jak wygląda miasteczko, w którym zrobiliśmy pierwsze kilometry.

Droga do Egilsstadir, jest zasnuta mgłą, a deszcz dodatkowo ogranicza widoczność. Wszyscy jadą ostrożnie i powoli. Jeszcze tylko zakupy podstawowych produktów, które robimy w Netto i ruszamy na pierwszy zaplanowany trak.

Wyjazd z miasta Egilsstadir przez most na jeziorze Lagarfjot, długie na 25 km i w najszerszym miejscu 2,5 km ogromne jezioro / 53km2 / jezioro.  Z drogi nr 1 skręcamy w lewo i wkrótce ku naszej uciesze kończy się asfalt i zaczyna droga szutrowa. Jedziemy na południe mając po swojej lewej stronie wspomniane wcześniej jezioro. Droga nieco wspina się do góry i tym samym doświadczamy już pierwszych pięknych widoków, a to dopiero początek.

W miejscu gdzie jezioro ma swój początek, po prawej stronie drogi jest parking, na którym zatrzymujemy auto i idziemy zobaczyć dwa wodospady./65°04’24.6″N 14°52’49.0″W/

Pierwszy z nich Litlanesfoss jest już widoczny po kilkunastu minutach łatwej drogi. Wodospad otaczają niesamowite kolumny bazaltowe.

Nieco dalej , około kilometra znajduje się drugi wodospad na tej samej rzece Hengifossa, dotarcie do niego zajmuje nam nieco więcej czasu, a mocny wiatr nie ułatwia wędrówki. Wreszcie wyłania się, trzeci co do wysokości wodospad na Islandii : Hengifoss , który ma 118 m wysokości, a woda spływa cienką nitką po bazaltowej ścianie ze śladami czerwonej glinki.

Droga powrotna do parkingu.

Widok na jezioro i most na jeziorze.

Powrót do auta i jedziemy jeszcze chwilkę ta samą drogą do Centrum Kultury Skriduklaustur ale naszym głównym celem jest mieszcząca się obok restauracyjka z domowym , lokalnym jedzeniem 🙂 Klausturkaffi. /65°02’28.1″N 14°57’08.9″W/

Skriduklaustur – Centrum Kultury Islandii.

Jest miejscem spotkań artystów, znajduje się tutaj centrum edukacyjne i organizowane są różne całoroczne wydarzenia kulturalne. To także centrum kultury i historii oraz wystawy z dorobku pisarza i fundatora Centrum Gunnara Gunnarsson.
To islandzki pisarz, który spędził większość życia w Danii. Swój majątek zebrane fundusze przeznaczył na budowę tego budynku, który został zbudowany w roku 1939 w/g projektu niemieckiego architekta, mający około 1.000 metrów kwadratowych. Pisarz mieszkał tam do roku 1948, później przeniósł się do stolicy. Następnie posiadłość podarował państwu z przeznaczeniem na działalność kulturalną i naukową.
W XV wieku w tym miejscu stał klasztor. Był on jedynym we wschodniej części kraju. W roku 1552 król duński zajął klasztor, a ówcześni ludzie, nawet bogaci, stali się wasalami króla.

Położona malowniczo na wzniesieniu niewielka knajpka oferuje głównie stół „szwedzki” , na którym jest wiele pyszności: przystawki, zupy, dania główne, desery, napoje. Można też zamówić dania z karty. Decydujemy się na dania podane na stole, smakujemy kilka rodzajów dań kuchni islandzkiej. Jedzenie jest wyśmienite.

Posileni i zadowoleni ruszamy w interior.

Zmieniamy drogę na 910, wspinamy się niewielką serpentyną i jedziemy w kierunku naszego pierwszego noclegu na Islandii, którym jest Laugarfell /64°53’11.0″N 15°21’01.2″W/ , oddalony od „głównej” drogi około 2 km kameralny hotelik z dwoma naturalnymi, gorącymi basenami, zaoferował nam miejsce na trawniku pod nasz namiot.

W budynku jest „stołówka”, miejsce z kanapami do odpoczynku, można zamówić śniadanie lub kolację. Łazienki są czyste ,a woda pod prysznicem bez ograniczeń.

Po rozłożeniu namiotu wskakujemy oczywiście do cieplutkiego basenu, którego woda ma ponoć właściwości lecznicze i napawamy się widokiem na górę Snaefell.

Po kilkunastominutowym moczeniu wskazany jest kubek dobrego wina:)

Mija pierwszy dzień na Islandii, przed nami pierwsza noc na Islandii.

 

Dzień 2  ;  28.07.2017  ;  219 km

Ten dzień był oznaczony w naszym roadbooku jako TRUDNY.

Początkowo plan zakładał, że dojedziemy do Campingu Kverkfjoll /64°44’51.2″N 16°37’56.1″W/ u podnóży lodowca Vatnajökull -jest to lodowiec o powierzchni 8100 km² i grubości dochodzącej do 1 km, położony w południowo-wschodniej części Islandii na terenie parku narodowego Vatnajökull. Pod względem powierzchni jest to drugi co do wielkości lodowiec Europy (po lodowcu Austfonna na Spitsbergenie) a trzeci na świecie. Objętość lodowca szacuje się na ponad 3000 km³, co czyni Vatnajökull największym lodowcem Europy pod tym względem. Ale na nocleg zatrzymaliśmy się nieco dalej, o tym poniżej.

Po obfitym śniadaniu: lokalny boczek i lokalne jajka przygotowane w namiotowej kuchni, ciepły i przyjemny prysznic i opuszczamy Laugarfell i ruszamy na trasę. Odcinek, który przygotowałem przebiegał ze wschodu na zachód i był mało uczęszczany, może niezbyt wymagający terenowo jednak jak się później utwierdziliśmy, nie spotkaliśmy na tej trasie żadnego innego pojazdu.

Istotna fotka z poranka tuż przed odjazdem. Uważny czytelnik zauważy po lewej stronie pod oknem leżący na ziemi przedłużacz / kolor czerwony / , widzi czytelnik? Otóż ten przedłużacz niestety zapomniałem zabrać, a był to nasz pierwszy nocleg. Pech i doświadczenia z nim związane opiszę w dalszej części.

 

Chwilkę jedziemy początkowo drogą F910 jednak odbijamy w prawo w drogę F923 kierując się na północ.

Znaki mówią same za siebie, to nasze pierwsze doświadczenie z tego typu drogami na Islandii, co nas tam czeka?

Pierwsze brody na rzekach, pierwszy dreszczyk emocji. Moja pilotka 🙂 nie ma zamiaru sprawdzać głębokości brodu, który pokonujemy bez problemu.

Pogoda sprawia, że nie wiele jest widać. Teren raczej równinny. Pokonujemy kolejne kilometry.

Nagle zza chmur i mgły wyłania się zupełnie inny krajobraz. Wąską drogą wjeżdżamy do Doliny Hrafnkelsdalur , której nazwa pochodzi od imienia rolnika i wodza Hrafnkell, który mieszkał w gospodarstwie Adalbol w czasach sagi.

Dolina ma 18 km długości i jej max wysokość to 400 mnpm

Dwukrotnie przekraczamy bród na rzece Hrafnkela niedaleko Adalbol

Niewielki most na wydawałoby się spokojnej rzece Jokulsa a Bru, która pochodzi z Brúarjökull największego języka lodowcowego Vatnajökull. Powyżej, bliżej lodowca na rzece jest zbudowana tama i elektrownia wodna.

Niewielki kanion , którym rzeka płynie robi wrażenie.

Po przekroczeniu mostu kierujemy się dalej do naszego celu, skręcamy w lewo na zachód w kierunku Kverkfjoll.

Pogoda jest bardzo stabilna i nie pada. Widoczność nie poprawiła się zbytnio. Krajobraz jest księżycowy, marsjański lub tym podobny.

Expect the unexpected

Islandia to kraj nieprzewidywalny, pogoda i miejsca mogą być nieprzyjazne ale też widoki mogą zwalić z nóg , a pogoda może sprawić niespodziankę i być piękną. Czekamy na to … chłonąc to co daje nam dzień. Decydując się na przyjazd na wyspę wiedzieliśmy, że nie będzie … ciepło, i zawsze powtarzałem, ” oby nie padało „. I tak jest … nie pada 🙂

 

Coś próbuje tu żyć, podobne roślinki spotykaliśmy na pustyni w Omanie.

Drogi w interiorze są to kiepskie ale wyraźne szutrówki, czasami oznaczone żółtymi palikami

Bezkres przestrzeni, cisza, spokój. Brak ludzi i innych pojazdów.

A w oddali majaczące wzgórza. Błękit nieba gdzieś tam istnieje i próbuje się dostać na ziemię.

Skrzyżowania nawet w interiorze są wyraźnie oznaczone drogowskazami

Poruszamy się po tzw. Pustyni Ódáðahraun. Rozległe pola zastygłej lawy otaczają nas ze wszystkich stron. Te szerokie pola lawy powstawały w różnych okresach, najstarsze liczą ponad 12 tys lat. Miejsce to jest mroczne, a lodowate rzeki lodowcowe wzmagają strach i budzą respekt.

Lawa, lawa, lawa, żadnego drzewa ani nawet najmniejszego krzaczka wokół.

Most na rzece Jökulsá á Fjöllum , tu jesteśmy prawie na jej początku, rzeka liczy sobie 206 km długości i jest drugą co do wielkości rzeka Islandii. To na niej są liczne znane wodospady takie jak Selfoss, Dettifoss, Hafragilsfoss. Wąwóz Ásbyrgi powstał kiedy rzeka szukała sobie nowej drogi na północ.

Patrząc na taką rzekę czujemy jej moc i przeszywa nas dreszcz.

Chciałoby się powiedzieć „oj Tatko gdzie my popadli”

Droga wije się pomiędzy zastygłą lawą jak rzeka.

Trak nieco zmienił swój charakter, teraz prowadzi wśród bazaltowych kamieni.

Po chwili kamienie znikają i pojawia się pustynia z czarnym jak smoła piachem.

Niestety nie jest nam dane w pełni podziwiać widoki ze względu jak już napisałem stabilną tego dnia pogodę. Niskie chmury nie odpuszczają … ale nie pada i to jest duży plus dzisiejszego dnia.

To chyba jakiś żart? Pośrodku niczego stoi sobie cysterna z paliwem ?

Kolory zmieniają się, przewaga czarnego znika, pojawiają się inne odcienie, chyba nawet maja ciepła barwę.

Czyżby robiło się gorąco?

Mamy już bliziutko do naszego pierwotnego celu czyli Campingu Kverkfjoll. Gdy do niego dojeżdżamy jest pusty, tzn. nie ma nikogo prócz obsługi. Zaglądamy do budynku, kręcimy się troszkę wokół, pogoda i stan nawierzchni nie nastraja do pozostania w tym miejscu. Na razie jedziemy jeszcze dalej do końca drogi do samej ściany jęzora lodowca Kverkjokull , który jest częścią Vatnajokull . W tym samym miejscu jest też Kverkfjoll najwyższy wulkan Islandii

Niestety stoją znaki zakazujące dalszej wędrówki bliżej lodowca. Sam wulkan jest aktywny i czynny, ostatnia erupcja miała miejsce w 1968 roku, a we wnętrzu góry znajduje się pole gorącej magmy, która tworzy liczne jaskinie lodowe. Oczywiście respektujemy zakaz wstępu i odpuszczamy.

Jesteśmy w bezpośredniej bliskości północnej ściany lodowca Vatnajokull. 64°43’25.4″N 16°39’18.2″W . Na poniższym screenie znacznik to nasza poazycja

Tu na zbliżeniu. 350 metrów od ściany lodowca

To tu bierze początek rzeka Jokulsa a Fjollum. Jaskinia wygląda zachęcająco. Jest mrocznie i słychać pomruki wulkanu.

Podejmujemy decyzję o zmianie planu i nie zostajemy w tym miejscu na noc. Kontynuujemy jazdę i nowym celem jest Askja.

Wracamy kilkanaście kilometrów / około 16km / niejako po śladach mając możliwość podziwiania widoków w druga stronę.

Piękny obszar lawowy Vikursandur, a w tle góra Herdubreidartogl.

 

Znaki ostrzegają o głębokim piachu, który niejako wciąga. Podobna konsystencja jak sabkha na pustyni w Omanie, bardzo zdradliwy piach.

Ostatni drogowskaz i ostatnie kilometry dzisiejszego dnia. Co zastaniemy w Askji?

Camping Askja lub Dreki  /65°02’31.8″N 16°35’41.6″W/ O trawce można pomarzyć, podłoże kamieniste. Oczyszczam podłoże z większych kamieni i rozkładamy namiot w miarę blisko toalet i kuchni. Jest minus – nie ma prądu, będzie to noc bez farelki 🙁 Dużym plusem jest natomiast pomieszczenie kuchenno – jadalniane, w którym jest ciepło. Można przygotować posiłek i zjeść. Zabieramy więc swoje skrzynie ze sprzętem i jedzeniem i idziemy przygotować kolację.

Poniżej zdjęcie z kuchnio-jadalni, po lewej widoczny piec z garami z gorąca wodą. Pomieszczenie ma też w pełni wyposażoną kuchnię z naczyniami więc nie trzeba mieć nawet własnych, kuchenkę gazową i zlewy. Ciekawostka: do tego pomieszczenia wchodzi się bez butów, na boso, w skarpetach lub obuwiu tzw. zamiennym. Prosty sposób na utrzymanie czystości. Takich miejsc na Islandii jest wiele. Drzwi widoczne w tle zdjęcia to pokoje z łóżkami. Łóżek jest kilka, są piętrowe.


Wspomniany piec z gorącą wodą dostępną nieustannie

Informacje sa bardzo wymowne 🙂

Informacja znajdująca sie przy piecu 🙂

Prysznice : 500Kr za 5 min

Ten dzień się kończy, grzejemy się przy grzejniku gazowym popijając Chivasa.

 

Dzień 3  ;  29.07.2017  ;  142 km

 

Wczoraj dojechaliśmy do wulkanu Askja, przy którym spaliśmy. Wulkan ten ma 1510 mnpm wysokości i powierzchnię 50 km2, jego kalderę otaczają ośnieżone góry Dyngjufjöll, a we wnętrzu znajdują się dwa jeziora: najgłębsze na Islandii Öskjuvatn (220 m głębokości) oraz Viti (isl. Piekło) wypełnione ciepłą, siarkową wodą. Wulkan ostatnią aktywność miał w 1961 roku i wyrzucił popiół na wysokość 8 tys m.

Noc przebiegła spokojnie, nie zmarzliśmy 🙂

Toaleta i śniadanie w kuchni. Składamy namiot , pakujemy auto i w drogę.

Pogoda znów nas nie rozpieszcza , nie zanosi się, że będzie pogodnie. Mamy plan wejść na kalderę i zobaczyć jezioro Viti.

Zatrzymuję się jeszcze przy Drekagil – Wąwozie Smoka, który zachwyca niezwykłymi formacjami geologicznymi powstałymi z lawy, które mogą do złudzenia przypominać świat baśniowy. Ponoć po 30min wędrówki można dotrzeć do wodospadu, wąwóz oglądam tylko z szerokiego wejścia.

 

Widok na budynki obsługi na campingu od strony wąwozu

Jedziemy kilka kilometrów w kierunku Viti

Krajobraz w jednej chwili zmienił się diametralnie.

Jedziemy po polu lawy, a wokół nas jak okiem sięgnąć zastygła, czarna lawa.

Tak jak przewidywaliśmy pogoda nie ustępuje. Piesza wędrówka w tych warunkach nie przyniesie w końcowym efekcie spektakularnych widoków. Odpuszczamy.

Poniżej miejsce, od którego rozpocząć można trekking /65°04’00.9″N 16°43’29.5″W/

Ośnieżone stoki góry Dyngjufjöll zasnute mgłą.

Film przedstawiający drogę po , której się poruszamy

 

Mimo trudnych warunków jest tu roślinność.

Gdzieś tam po lewej powinien być Herðubreið, a to co widać na horyzoncie to prawdopodobnie góra Vikrafell.

Mijamy ponownie camping przy Askja i kierujemy się na północny-wschód

Krzyżówka, na której byliśmy wczoraj. Przyjechaliśmy z kierunku w którego robię zdjęcie. Teraz kierujemy się na Myvatn.

Krajobraz znów uległ zmianie, nie jest juz tak czarno.

Czy ja widzę błękit nieba? Tak to błękitne niebo 🙂

Jedziemy południową stroną pasma gór Herðubreiðartögl

Po lewej góra , a po prawej bezkresna pustynia

Kamienie mają niesamowite kształty, wygładzone przez wiatr i deszcz, a na nich przysiadła piękna istota 🙂

Małe wyznanie Moniki na Islandzkiej ziemi 🙂

Kolorystyka zdecydowanie się poprawiła. Widoki zachwycają.

Chmury tańczą nad górami.

Droga na północ prowadzi wśród skał lawowych różnorodnego kształtu i wielkości. Nie sposób zboczyć z wyznaczonego szlaku, nie ma gdzie.

Po prawej w oddali towarzyszy nam rzeka lodowcowa Jokulsa a Fjollum, a ja cały czas wypatruję wulkanu po lewej stronie. Ma to być wygasły już wulkan Herðubreið. Jednak nisko położone chmury pozwalają zobaczyć nam tylko podstawę tego wulkanu i nic więcej.

 

 

Trak w pewnym miejscu zbliża się blisko do rzeki, jest nawet mały parking. Nie ma nikogo prócz nas, całe miejsce widokowe jest tylko dla nas.

Niesamowita , wręcz niewiarygodna siła wody na rzece wyryła kanion w skałach lawy aby znaleźć sobie ujście na północ. Jesteśmy w okolicy wodospadu Gljufrasmidur 

Podchodzę na samą krawędź kanionu.

Na horyzoncie widać Monikę 🙂

Pojawia się soczysta zieleń, rozlewiska wody, słychać ptaki.

Dawno nie przekraczaliśmy brodu. Jeszcze będąc w Askji, gdy się pakowaliśmy podeszła do nas Pani z obsługi Campingu i zapytała w którą stronę się udajemy? Gdy dowiedziała się, że jedziemy na północ poinformowała nas, że w nocy poziom wód znacznie się podniósł i aby uważać na przeprawach przez rzeki. Szczególnie wskazała dokładnie to miejsce przed , którym teraz się zatrzymaliśmy. Chwila zastanowienia i ruszamy.

Nie było tak źle, Moniczka prezentuje na jakiej wysokości była mniej więcej woda

 

Widok brodu, który przekraczaliśmy

Są rozlewiska to są i gęsi

i kolejny bród do przekroczenia

Piasek na „plaży” oczywiście w kolorze czarnym

Nic tylko leżaczek i się opalać

Droga jest świetna, miejscami pozwala na rozwinięcie prędkości do 80 kmh

Rzeka oddala się od nas na prawo , a pomiędzy nami stoi niewielkie wzniesienie Ferjufjall, na które to Moniczka postanawia się wdrapać

no i weszła na sam szczyt 🙂 widać Ją?

o tu wyraźniej, zapewniam, że to Ona

Chyba ostatnia z dzisiejszych przepraw wodnych, pokonujemy ją dzielnie i bez najmniejszych problemów.

Podczas naszej jazdy od rana spotkaliśmy tylko jedno auto !, niczym nie ograniczona cisza i spokój, wolność w czystej postaci.

Chmury kłębią się złowieszczo nad nami ale nic z tego nie wynika, to tylko prężenie muskułów albo grożenie palcem abyśmy mieli się na baczności

Dziś mieliśmy dojechać do Asbyrgi ale patrząc na wskaźnik ilości paliwa dochodzimy do wniosku, że możemy nie dojechać. Co prawda zaraz będziemy na „jedynce” jednak mapa, która pokazywała stację paliw w pobliżu myliła się. Decydujemy że jedziemy do Reykjahlid , tam zatankujemy i zatrzymujemy się na Campingu Myvatn nad jeziorem.

Przed miejscowością mijamy górę Námafjall i pola geotermalne „Hverarönd” (albo „Hverir”), całość kompleksu należy do wulkanicznego systemu aktywnego wulkanu Krafla

Wrócimy tu jutro, tankujemy auto do pełna, robimy zakupy w Netto / jajka, bekon, warzywa, owoce – borówkę polską i inne / ,  jedziemy na Camping . Znajdujemy fajne miejsce z dostępem do prądu, podłączam przejściówkę i idę po przedłużacz i tu … zonk !!! Przedłużacz został na pierwszym Campingu !! Masakra !! Zamykamy namiot i jedziemy do sklepu Netto dowiedzieć się czy kupimy gdzieś przedłużacz. Okazuje się, że jest to jedyny sklep w tej mieścinie. Najbliższy tzw. ogólnobudowlany  jest w Husaviku , 60 km dalej, jedziemy ale jest już późno i wszystko pozamykane. Na osłodę i otarcie łez mojej Monisi idziemy do najlepszej knajpy w Husaviku tj. Naustid /66°02’39.7″N 17°20’17.9″W/, naprawdę gorąco polecam tę restaurację.

Lampka białego wina, pokal złotego napoju, zupa rybna, szałyk z ryby, jagnięcina i od razu uśmiechy nam wróciły

Będąc niejako przy okazji w Husaviku załatwiamy rezerwację na Rejs na wieloryby w North Sailing na poniedziałek rano. Tym samym zostajemy na obecnym Campingu na dwie doby. Niedzielę przeznaczymy na zwiedzanie okolicy, poniedziałek rejs.

Ale, ale to nie koniec przygód na dzień dzisiejszy z prądem. Mamy w aucie dwa, co prawda krótkie przedłużacze ale myślę sobie jakoś poskładam i będzie git. Wracamy i okazuje się , że ktoś się nie bał i zapier….ł nam przejściówkę, którą zostawiłem w słupku z prądem. Chodzimy i sprawdzamy który z sąsiadów ma naszą przejściówkę, no niestety nie możemy jej znaleźć. Idę więc do recepcji z myślą, że może mają takowe i pożyczą. Owszem mają ale chcą paszport lub 100$, mówię, że nie mamy gotówki, że przyniosę dokument w zastaw. Tłumaczę też, że na ich terenie kradną, bo nam ukradli nieszczęsną przejściówkę. Biorę przejściówkę idę do namiotu, proszę Monikę aby poszła z dokumentem i załatwiła sprawę. tam znów dochodzi do spięcia z chyba właścicielem, jednak w końcowym efekcie zostawiamy 80 Euro zastawu za przejściówkę !!! Masakra !!!

Całej sytuacji jak chodziliśmy i szukaliśmy naszej przejściówki przyglądali się turyści z kampera z Austrii, facet wyszedł i zapytał o co chodzi. Opowiadam mu z grubsza historię , a on pożycza nam przedłużacz. No wspaniały gest, dziękujemy.

Po kilkunastu minutach przychodzi jakaś kobieta z obsługi i …. oddaje nam naszą przejściówkę !!! No halooo !!! Okazuje się , że to obsługa zwinęła nam przejściówkę, oczywiście przeprasza jak może .

To może już na ten dzień wystarczy atrakcji.

 

Dzień 4  ;  30.07.2017  ;  230 km

 

Plan: Dettifoss, Hafragilsfoss, Hljodaklettar, Asbyrgi, Krafla, Hverarond

 

Ciekawy widok o poranku, masa kaczek skubiących trawę na campingu… i masa kup po tych kaczkach 🙁 Ale są w sumie nie szkodliwe, miały być roje komarów, po których jedynie widać ślady w łazienkach. Bo właśnie z komarów słynie ten Camping.

Poranna kawa i śniadanie przygotowane w naszej namiotowej kuchni

Jak widać na załączonym obrazku jest na bogato, wszystkie niezbędne skałdniki do prawidłowego funkcjonowania organizmu. majonez obowiązkowo kielecki, najlepszy.

W związku z tym ,że zostajemy na campingu na jeszcze jedną dobę nie musimy dziś składać namiotu i pakować się. Co za ulga 🙂 Przedłużacz niestety muszę oddać ponieważ nasi dobroczyńcy dziś opuszczają Camping. Dostają od nas za ten miły gest butelkę wina.

Mamy do zwiedzenia okolicę. Na pierwszy plan wodospad Dettifoss i Hafragilsfoss.

Parkujemy samochód na parkingu , samochodów i autokarów jest już sporo i ciągle ich przybywa. Dojście do wodospadu zajmuje kilkanaście minut.

I oto jest , wodospad Dettifoss, który powstał na progu w wąwozie Jökulsárgljúfur na rzece Jökulsá á Fjöllum, z którą to mieliśmy już wielokrotnie do czynienia w interiorze gdzie poznawaliśmy jej powstawanie.  Spektakularności dodaje fakt, że woda na tym wodospadzie przelewa się przez skośny próg o długości 100 metrów. Powyżej tego wodospadu znajduje się jeszcze mniejszy wodospad Selfoss. Tłumy gęstnieją , punkty widokowe zapełniają się, robi się ciasno. Wszak to żelazny punkt programu turystycznego i łatwo dostępny bo prowadzi do niego piękna asfaltowa droga.

 


Biorąc pod uwagę objętość przepływu, szerokość i wysokość jest to jeden z najbogatszych w energię wodospadów Europy. Przez próg 45 m w dół przepływa w zależności od pory roku do 193 m3 wody na sekundę.

W 2011 roku Dettifoss brał udział w scenie otwierającej film Prometeusz.

Poniżej Dettifoss jest mniejszy wodospad Hafragilsfoss, prowadzi do niego niepozorna wąska droga szutrowa, kończąca się małym parkingiem, na którym to nie ma żadnego auta. Zostawiamy samochód i maszerujemy do wodospadu.

Miejsce kameralne, jesteśmy sami , to niewiarygodne, kilkaset metrów dalej mega tłumy, a tu jesteśmy tylko my.

Oto ten wodospad: 27 metrów wysokości i 91 metrów szerokości

Widoki wspaniałe, zapierające dech w piersiach.

Ale wystarczy zerknąć w lewą stronę i widoki są jeszcze piękniejsze

Wspinam się na małą górkę i z tego miejsca rozciąga się jeszcze wspanialszy widok na wąwóz

Monika wraca ścieżką do auta

To ten maleńki parking.

Droga nr 862 jedziemy na północ w kierunku Asbyrgi. Asfalt wkrótce się kończy i zaczyna się wąska droga kiepskiej jakości. To już w interiorze były lepsze drogi. Jest to wąski odcinek, na którym jednak spotykamy śmiałków w zwykłych osobówkach poruszających się z prędkością 5 kmh aby nie rozwalić podwozia 🙂

Drogę przecinają liczne wyschnięte koryta rzek, być może jest to czasowe zjawisko. teren wokół jest nizinny z liczną roślinnością nie przekraczającą 40 cm wysokości.

Dojeżdżamy do drogi nr 888 i jedziemy w dół doliny.

Rozciągająca się po horyzont mgła nadaje tajemniczości temu miejscu. Znajdują się tu wulkaniczne jaskinie i różnorodne formacje skalne.

Mijamy camping i dojeżdżamy do parkingu , z którego udajemy się na pieszą wędrówkę.

Teren Hljóðaklettar powstał około 2300 lat temu  po dużej erupcji w kraterze Þrengslaborgir i kraterze Lúdentehir. Formacje skalne, które tu powstały są oszałamiająco piękne. /65°56’10.0″N 16°32’11.5″W/

Bazaltowe kolumny są powykręcane pod różnymi kątami i w różnych kierunkach. Niektóre kształty powodują powstawanie dziwnych jaskiń, wież i innych form geometrycznych.

No i znów zaleta tego miejsca – kameralność. Podobna atrakcja na południu wyspy przyciąga setki turystów.

Kształty, które potrafi stworzyć tylko natura

Kontynuujemy jazdę do wąwozu Asbyrgi, przez który niegdyś przepływała rzeka Jökulsá á Fjöllum. Asbyrgi czyli „odcisk stopy Odyna” jest w kształcie podkowy, a u jego wejścia leży Eyjan czyli wyspa, wysoka na 25 m skała, zdjęcia poniżej.

Geologicznie Asbyrgi swój kształt zawdzięcza trzem szczególnie silnym przesunięciom lodowców, które miały miejsce po erupcjach należących do lodowca Vatnajökull wulkanów Kverkfjöll i Bárðarbunga. Pierwsza erupcja miała miejsce przed 4000, druga przed 3000 i trzecia przed 2500 lat, przy czym ta ostatnia osiągnęła wymiar 200.000 m³/s (co odpowiada czterokrotnej sile przesunięcia lodowca Skeiðará w 1996 roku).

 

Wąwóz ma około 3,5 km długości, a na jego końcu znajduje się niewielkie jeziorko. Teren porośnięty jest brzozą karłowatą , która tu znalazła schronienie pomiędzy ścianami wąwozu , a miejsce to jest często odwiedzane przez islandczyków spragnionych widoku drzew.

Podczas gdy ja fotografuję, Monika bystrym okiem dostrzegła grzyba. Ten piękny okaz zagościł na naszej patelni podczas kolacji.

Na wyjeździe z wąwozu znajduje się mały lokalny sklepik do którego zaglądamy.

Ciekawe gatki na mroźne islandzkie zimy

Za Asbyrgi skręcamy w drogę nr 864 i kierujemy się na południe, teraz oba wodospady, które oglądaliśmy wcześniej będziemy mieć po prawej stronie.

Droga choć szutrowa jest zdecydowanie lepsza od tej po stronie zachodniej.

Zatrzymujemy się aby jeszcze raz podziwiać z innej perspektywy wodospad Hafragilsfoss

Po chwili jesteśmy na asfalcie drogi nr 1 i dojeżdżamy do miejsca licznie odwiedzanego przez turystów Námafjall. Jest to pasmo górskie i jednocześnie aktywny wulkan należący do systemu wulkanu Krafla. Poniżej góry po wschodniej stronie jest teren zwany Hverarönd. Obszar gorących źródeł, fumaroli i solfatarów. Niezliczona ilość „basenów” błotnych o bardzo wysokiej temperaturze, nieustannie wydobywające się gazy o zapachu siarki powodują , że teren jest wyjałowiony, kwaśny i nic tu nie rośnie, nie ma fauny ani flory … tylko ludzie 🙂 Woda jest o smaku siarki, tego doświadczyliśmy na Campingu nad jeziorem. Powietrze jest o zapachu siarki.

 

Niewielki stożek z wydobywającymi się z niego gazami pod ciśnieniem

 

Ten piekielny, surowy i nieprzystępny teren jest jednocześnie piękny i można godzinami wpatrywać się w różnorodność kolorów, jednak pamiętajmy nie jest tu całkowicie bezpiecznie … siara szkodzi 🙂

halo a Pani skąd się urwała ?

Nieco cofamy się i jedziemy do czynnego wulkanu Krafla. Cały obszar jest źródłem pozyskiwania energii geotermalnej z głębokości 2 km, gdzie znajduje się gorąca magma

Wulkan Krafla jest łatwo dostępny, można podjechać niemalże pod samą kalderę, która ma około 300 m średnicy. Pokonujemy niewielkie wzniesienie i po dojściu do krawędzi mamy krater Viti, czyli piekło / krater o tej samej nazwie widzieliśmy wcześniej przy Askji / woda nie przypomina wrót piekieł jak dawniej wierzono na islandii i pomimo słabej pogody jej kolor jest wręcz niebiański.

Wokół niestety jest mega błocko

Kubek ciepłej herbaty z termosu , którą Moniczka przygotowuje każdego poranka

Mijamy miasteczko gdzie jest położony  nasz Camping i zaglądamy do niewielkiej jaskini lawowej Grjótagjá z wodą termalną. Dawniej było to popularne miejsce do kąpieli jednak po erupcjach w latach 1975-1984 temperatura wody wzrosła powyżej 50*C, obecnie temperatura ma tendencję spadkową jednak jest jeszcze zbyt wysoka.

Wejście do jaskini jest niewielkie tak samo jak jaskinia. Ale woda jest krystalicznie czysta.

Krajobraz nad jaskinią

Niedaleko jest położony wygasły wulkan Hverfjall. Tak wygląda z daleka.

Wulkan czasy świetności czyli aktywności ma już za sobą, ostatnia erupcja miała miejsce 2500 lat temu. Droga od strony południowej jest nieprzejezdna, jedziemy więc do parkingu mieszczącego się po północnej stronie.

Postanawiamy zdobyć szczyt wulkanu … całe 420 m wzniesienia. wejście jest łatwe i zajmuje nam jakieś 20 min.

We wnętrzu znajduje się stożek Tephra. Kształt krateru dość ciekawy i może się podobać. Niektórzy „turyści” uważają , że dno trzeba upiększyć … bystry czytelnik dostrzeże rysunek.

 

Wracamy na Camping, och jak dobrze, że nie musimy nic rozkładać 🙂

Przygotowujemy obiadokolację, której smaczku dodaje runo leśne zebrane przez Monikę

Camping mieści się nad brzegiem jeziora Myvatn, które podobno nigdy nie zamarza całkowicie. Wszystko za sprawą okolicznych pól lawowych, czynnych wulkanów i źródeł geotermalnych. Glony i składniki mineralne nadają wodom jeziora piękny błękitno-zielony kolor. Nieregularna linia brzegowa, pseudokratery i liczne formacje skalno-lawowe sprawiają, że Myvatn bardziej przypomina rozlewisko niż jezioro.

Viking  / czyli ja / spożywa tylko to co przygotuje jego Jarla / czyli Monika /, Viking śpi na skórach baranich. Tak tego wieczora mój materac odmówił posłuszeństwa i zrobił sobie dziurę, taką na 10 cm. Więc uznałem, że skóry to dobry pomysł. Na takim posłaniu kontynuowałem dalszą podróż.

 

Dzień 5  ;  31.07.2017  ;  251 km

Budzimy się wcześniej niż zwykle, na 9.00 mamy zabukowany Rejs w Husaviku.

Zwijamy obóz i w drogę.

Wczoraj wieczorem przybył na camping fajny samochodzik, pół campingu go fotografowało 🙂

Droga do Husavik jest prosta jak drut, początkowo szutrowa

a później jest juz asfalt

Husavik to rybackie miasteczko , które słynie z wypraw na obserwacje wielorybów. W Europie jest to największy ośrodek obserwacyjny tych ssaków. Jako, że miasto jest położone niedaleko od koła podbiegunowego to latem panuje tu 24/24h dzień, a zimą długie ciemności, które pozwalają podziwiać zorzę polarną.

Kościół zbudowano w 1907 roku i uznaje się go za najpiękniejszy drewniany kościół na Islandii

Tak, to nasze centrum

Schodzimy schodami na drewnianą keję do naszego statku – kutra, stylizowanego troszkę na łódź wikingów.

To ON : Saeborg, wygląda stabilnie 🙂

Zostały nam przydzielone ochronne ubranka, pogoda super słoneczna, nastroje świetne.

i odbijamy od brzegu, na pokładzie jest kilkanaście osób.

Statek konkurencyjnej firmy jest w okolicy, zaczyna się „polowanie”

I już po kilkunastu minutach mamy pierwsze trafienie, dość daleko od naszej łodzi widać początkowo jednego , a po chwili dwa Humpbaki tańczące w oceanie. Świetny widok, widzimy płetwy piersiowe, które wyglądają niczym skrzydła.

Jednak każdy chyba czeka na ogon. Już bliżej nas pojawia się na chwilka i znika.

Ssaków jest kilka w okolicy i co chwilkę jakiś pokazuje płetwę grzbietową.

Jesteśmy coraz bliżej …

Humpbak czyli długopłetwiec oceaniczny osiąga długość 14 – 17 metrów i masę około 30 – 45 ton. Nawet przy tej masie potrafi w całości wyskoczyć ponad taflę wody.

W oczekiwaniu na humpbaki obserwujemy ptaki, tu startujący do lotu maskonur

Kolejne minuty były zwieńczeniem dnia, w dość bliskiej odległości mamy wspaniały pokaz ogonów w całym cyklu, widok zapierający dech w piersiach, widok, którego sie nie zapomina, zobaczyć te piękne ssaki w ich środowisku naturalnym … bezcenne.

Każdy wieloryb ma unikalny wzór na ogonie, to jak linie papilarne u człowieka.

Niektórzy „mocniej” przygotowali się do rejsu 🙂

Powrót do portu w Husaviku.

Pierwszym odkrywcą Islandii był szwedzki wiking, Garðar Svavarsson, który zgubił swą drogę podczas sztormu, zmierzając na Hybrydy. Kiedy dopłynął do nieznanego lądu, postanowił popłynąć wzdłuż jego brzegów. Okazało się, że ląd jest wyspą. Pamiętając o słowach swojej matki, która przepowiedziała mu, że osiądzie na dalekim lądzie – wybrał na swoje miejsce zamieszkania „zatokę domu”, czyli Húsavík. Tutaj zbudował swój dom, a skrawek lądu, gdzie zamieszkał, nazwał Garðarshólmi na cześć swojego imienia.

Zdejmujemy ubranka, idziemy do pobliskiej kawiarni na kawę i na szybko oglądamy zdjęcia, są ekstra, rejs się udał.

Skoro jest miasteczko to są i sklepy, kupujemy sweterki ręcznie robione z islandzkiej wełny. Ciekawostka, taki sweterek nie ma czegoś takiego jak tył i przód ! można zakładać jak się chce.

Przy biurze stoi fajny vw golf, poza ciekawą stylizacją jest on plug-in elektryk.

Idziemy do sklepu kupić przedłużacz elektryczny. Po drodze Monika znalazła w końcu autko przeznaczone dla siebie 🙂

Przedłużacz mamy 🙂 Idziemy do restauracji Naustid, w której juz byliśmy. Po rejsie, a przed daleką drogą  trzeba się posilić.

Monisia zwraca uwagę, że talerz na którym jem jagnięcinkę jest podobny do porcelany z Bolesławca w Polsce. twierdzi nawet, że on jest z Bolesławca. Podnoszę talerz i zaglądam czy jest jakaś sygnatura …. i bingo talerz JEST z Bolesławca 🙂

Oczywiście wspominamy o tym kelnerce, mówimy jej , że jesteśmy z Polski i , że talerz też jest z Polski, a jedzenie jak zwykle pyszne…. polecamy tę restaurację.

Ok, zasiedzieliśmy się tu, opuszczamy Husavik i w drogę, kierunek Akureyri.

Pogoda dziś od rana jest cudowna !!!

A wokół nas jest zielono

Wracamy do Reykjahlid aby objechać od wschodu i południa jezioro Myvatn

Myvatn to w tłumaczeniu jezioro komarów. Choć na campingu nie spotkaliśmy żadnego to kiedy za kilkanaście minut chcieliśmy podjechać od południa i zrobić kilka zdjęć to miliardy komarów nie pozwoliły nam wyjść z samochodu. Takiej masy komarów to jeszcze nie widzieliśmy.

Jezioro powstało ok. 35 000 lat temu. Woda jest bogata w składniki mineralne i glony, co powoduje, że woda jeziora jest błękitno-zielona. Leży na obszarze złożonym z formacji skalnych i pól lawowych, źródeł geotermalnych, czynnych wulkanów tarczowych i kraterów.

Zatrzymuje się na parkingu w okolicy Skutustadagigar gdzie jest znośna ilość komarów aby zrobić kilka zdjęć.

Krajobraz z bajki tysiąca i jednej nocy

Z drogi asfaltowej nr 848 skręcamy w lewo na południe w szutrową drogę nr 849

Droga, którą wybrałem jest na zupełnie płaskim terenie, pokrytym niską roślinnością. Mijamy kilka gospodarstw, otwieramy  i zamykamy za sobą kilka bram na polach. Jest tak zielono, że aż dziwnie po tym jak spędziliśmy trzy dni pośród czarnej lawy i czarnego piasku na pustyni.

Miejscami droga jest prawie dziewicza, a były też odcinki gdzie wychodziłem z auta i szukałem śladów

Po relaksującej jeździe wśród pół, dojeżdżamy do wodospadu Godafoss. W okolicy jest też mała stacja benzynowa i sklep z pamiątkami.

A tak to wyglądało z góry

 

Dalej już popularną „jedynką” jedziemy do Akureyri. Pogoda cały czas dopisuje.

 

Wieczorem meldujemy się na campingu w centrum Akureyri. Jest to pierwszy dzień, w którym możemy rozłożyć się ze stolikiem i krzesełkami na zewnątrz. Na zdjęciu poniżej jest godzina 21.35 i nieustannie świeci słońce. Kolacja i lampka wybornego wina. Dzień się kończy, udany dzień.

 

Dzień 6  ;  1.08.2017  ;  265 km

 

Nie zostawiajcie śmieci przy aucie !! W nocy jakiś ptak dobrał nam się do worka ze śmieciami i strasznie hałasował , musiałem wstać i zabrać mu zabawkę.

Akureyri miasto leżące nad fiordem Eyjafjörður, drugie co do wielkości miasto Islandii po Reykjaviku, miasto w którym jest największy browar na Islandii.

Dzień przywitał nas słońcem, piękne, błękitne niebo zapowiadało cudowny dzień.

Śniadanie po raz pierwszy poza namiotem.

Wypasy i ekstrasy, nawet ananas jest 🙂

Jedyne miasto na świecie gdzie czerwone światło sygnalizacji świetlnej jest w kształcie serduszka, czerwonego serduszka. Skąd taki pomysł? Władze miasta wpadły na to po kryzysie ekonomicznym w 2008 roku. Podoba nam się ten pomysł 🙂

Zanim wyjedziemy mały spacer po mieście.

Widok od strony kościoła.

Kościół w Akureyri –Akureyrakirkja to młodsza siostra kościoła ze stolicy Hallgrímskirkja. Guðjón Samúelsson, architekt obu kościołów, twórca islandzkiego brutalizmu, pozostawił miastu dominantę, obok której trudno przejść obojętnie.

Idziemy na Hafnarstræti, główną ulicę miasta. Tu koncentruje się życie miasta, tu są pensjonaty, hostele, bary, piekarnia, restauracje, Edmundsson – wielka księgarnia i kawiarnia zarazem, cała ulica jest idealnym miejscem do relaksu.

Podłoga w jednym ze sklepów The Viking wyłożona monetami.


Trole przed sklepem

Relax, kawa, cioacho, słońce … w Kaffi Ilmur

Przed wyjazdem tankujemy auto do pełna. Robimy oczywiście jeszcze zakupy.

Po prawej na wyjeździe z miasta jest salon Toyoty 🙂 przy którym jest ekspozycja przyczep campingowych, Monika koniecznie chce zobaczyć te przyczepy więc skręcamy do Toyoty. Oglądamy przyczepy i … Toyoty i … Lexusy 🙂

Postanowiłem wejść do środka i zapytać o owiewkę na maskę, o dziwo jest na miejscu do nabycia, nie trzeba zamawiać, czekać, zaliczkować , więc kupuję 🙂 Owiewka została zamontowana tuż po powrocie do kraju.

Ruszamy jedynką na zachód, kilkadziesiąt kilometrów asfaltem dłuży się niemiłosiernie .

Jednak widoki rekompensują trudy podróży drogą asfaltową. Prawie jak w alpach 🙂

Kiedy skręcamy na południe w drogę F 35 … pojawiają się dzikie konie

No nie zupełnie dzikie 🙂 Pora karmienia przez Monikę

Koń islandzki to rasa konia często mylona z kucem ze względu na wielkość, jednak jest to zdecydowanie koń, a nie kuc. Islandzkie prawo zabrania importu koni na wyspę, a koń raz raz wywieziony nie może już wrócić.

Kierujemy się na Hveravellir, pole geotermalne.

W tle jeziora Blondulon , lodowiec Hofsjokull

W tym rejonie droga F 35 nosi nazwę Kjalvegur lub Kjolur.

Szlak Kjölur był prawdopodobnie znany od czasów pierwszych osadników na Islandii, a wzmianki o nim można znaleźć w islandzkich sagach. Na zachód od obecnej drogi F35 znajduje się stary szlak Kjalvegur wykorzystywany dziś przez miłośników trekkingu i jazdy konnej. Wyznaczają go usypane z kamieni stosy. Po kilku ofiarach śmiertelnych podczas burz śnieżnych w XVIII wieku droga Kjölur nie była wykorzystywana przez 100 lat. Ruch na starym szlaku został wznowiony dopiero w XIX wieku.

Droga jest bardzo malownicza, terenowo nie jest trudna i pomimo, że oznaczona jako F dostępna dla zwykłych aut. Pozwala nawet osiągnąć większe prędkości.

Daniel Vetter w swoim Krotkim opisaniu Wyspy Islandiy pisał:

Dróg, którymi by się wozem jechać mogło, żadnych nie masz w Islandiy, ba i samych wozów tam nie pytać, a chociażby też i beły, tedy by ich zażywać nie mogli. Przetoż też, ponieważ tam żadnych dróg ani ścieżek, ba ani znaku, którędy by iść abo jachać miało nie masz, szkoda się niewiadomemu w drogę puszczać. Oni zaś świadomi wszystkich miejsc będąc, idą albo jadą, którędy się komu podoba i najbliżej widzi. Mostów żadnych nie mają ani na wielkich, ani na małych rzekach, a też, z czego by je robieli, nie wiem. Bo choć tam kamienia dostatek mają, ale wapna i inszych do murowania narzędów prawie nic, a do tego i jednego rzemieślnika, który by to umiał, między nimi nie masz. Mają ten zwyczaj, że wiele koni w drodze z sobą miewają, osobliwie ci, którzy są między niemi bogatszy, z których niektórych ku wożeniu się, niektórych zasię ku noszeniu namiotów, strawy i inszych rzeczy, zażywają. Drugie zaś bez ciężaru próżno idą, na których z inszych, które się umordują, ciężary i rzeczy one wszytkie składają, a tak przecię dalej jadą.

Malownicze obrazy, niczym z innej planety krajobrazy. To kraj , który jest wielkości 1/3 Polski, to kraj gdzie gęstość zaludnienia wynosi 3 osoby na km2, to kraj gdzie zamieszkuje tyle ludzi co w samym Gdańsku.

Przydrożna chata Arnarbaeli, samotny domek pośród pustkowia. Po drugiej stronie drogi znajduje się wzgórze 661 mnpm o tej samej nazwie.

Tablica , na której umieszczam nasze naklejki

Podczas całej podróży towarzyszy nam lodowiec Hofsjokull

To chyba jedyny bród na tej drodze

Pole geotermalne Hveravellir położone jest około 650m n.p.m., w północnej części Kjolur i w rejonie pola lawowego Kjalhraun (z ok 5800r. p.n.e.). Stanowi część nieaktywnego obecnie systemu wulkanicznego Langjokull (zarazem drugiego co do wielkości islandzkiego lodowca, ok. 953km2). Aczkolwiek w tym rejonie tak naprawdę jest kilka systemów wulkanicznych, często w specjalistycznych źródłach traktuje się rejon Hveravellir jako taki system, którego główna część jest pod lodowcem Langjokull na wysokości ok. 1360m n.p.m. Stanowi potencjalnie aktywny teren wulkaniczny, dzięki źródłom geotermalnym i fumarolom, oraz ze względu na fakt najmłodszej erupcji w tym rejonie ok. 950 roku naszej ery

Tutejsze pole geotermalne jest reklamowane jako najpiękniejsze na Islandii ale bez przesady. Choć parking jest zajęty w całości i widać przybywające kolejne auta.

My ruszamy dalej na południe do naszego dzisiejszego celu.

Z drogi F35 skręcamy na wschód na drogę nr F347 prowadzącą do Kerlingarfjoll

W niewielkiej dolinie Asgard znajduje się camping i schronisko. Pokręciliśmy się troszkę i jedziemy dalej, jedziemy wyżej.

Droga malowniczo wspina się wzdłuż wąwozu Asgardsgljufur

Szlak rozdziela się, skręcamy w prawo do najpiękniejszego zakątka tego wulkanu.

Pogoda sprzyja i kolory są takie jak sobie zaplanowaliśmy. Jednak plan jest taki aby zobaczyć to miejsce z drugiej strony ale to jutro. Dziś jest juz troszkę późno.

Góry Kerlingarfjoll to obszar 367 km2, duża część to pola geotermalne, niektóre źródła mają temperaturę dochodzącą do 150 st C

Spotkamy tu śnieg pokrywający stoki, z których wydobywa się gorąca para, a woda wydobywająca się z wnętrza ziemi wynosi na powierzchnię kolorowe minerały.

Widok na południowe brzegi lodowca Hofsjokull.

Wracamy do rozwidlenia, które mijaliśmy wcześniej i jedziemy około kilometra jeszcze wyżej , na północ.

Jest cieplutko pomimo, że leży śnieg co udowadnia Monika 🙂 pokazując brzuszek

Wracamy na Camping i rozkładamy namiot. Pogoda jest tak idealna, że miałem pomysł aby jeszcze dziś iść w góry do miejsc, które chciałem zobaczyć. Jednak Monika jako głos rozsądku powiedziała, że jest za późno i musimy zjeść obiado-kolację.

 

Dzień 7  ;  2.08.2017  ;  99 km

 

Dzień rozpoczął się niestety brzydką pogodą 🙁 , całe niebo przykryte szarymi chmurami, nie padało, nie było zimno ale … widoczność bardzo ograniczona. Strony www z prognozą pogody mówiły, że ten stan nie zmieni się. Cóż, nici z pieszej wędrówki.

Gdy dokończyliśmy poranny rytuał czyli toaleta i śniadanie pogoda zaczynała być łaskawsza, chmury szybko się przemieszczały odsłaniając powolutku błękit nieba.

Podjęliśmy decyzję, że pakujemy obóz i idziemy w kierunku Hveradalir. Trasa nie jest wymagająca, liczy około 5 km w jedną stronę.

Nie , nie Moniko tam nie idziemy …. tym razem 🙂

Pierwsze podejście i widok na camping

Ścieżka początkowo była pusta, po chwili zaczęła doganiać nas jakaś głośna grupa. Okazało się, że to rosjanie szli z przewodnikiem. Zachowywali się bardzo głośno, nawet zwróciłem im uwagę w ich ojczystym języku, byli zdziwieni. Kilka kilometrów dalej zmęczeni gadaniem zwolnili znacznie i nastała cisza…. jak na góry przystało.

w oddali obserwuje nas lodowiec Hofsjokull

Ścieżka miejscami prowadzi po zalegających łachach śniegu

Pomimo bardzo trudnych warunków poza wszechobecnym mchem pojawia się inna … zdecydowanie ładniejsza roślinność. Różnorodność gatunków kwiatów zadziwia.

To miejsce wygląda jak narciarska trasa zjazdowa

I osiągnęliśmy cel naszej wycieczki, Hveradalir.

Hveradalir – dolina gorących źródeł , jedna z największych i najbardziej fascynujących na Islandii. Ogromny obszar , który fascynuje zarówno z punktu widzenia geologicznego ale również fotograficznego. Targałem ze sobą statyw aby zrobić kilka zdjęć.

Miejsce jest niepowtarzalne i niewiarygodnie piękne. Widoki bezbłędne. Szczena opada.

Zadumana Monika w oddali siedzi na skale wpatrzona w piękno gór.

Słońce, które swymi promieniami dotyka ziemi powoduje , że kolory robią się intensywniejsze.

Czas na powrót, z żalem opuszczamy to miejsce

Przerwa na herbatkę z termosa

Rzeczka tuż przy campingu

Niepostrzeżenie pojawiła się pora obiadowa. Jeszcze na Campingu postanawiamy zjeść obiad. W okolicy budynku jest taras ze stolikami gdzie można przygotować posiłek.

Pogoda jak widać trzyma się dzielnie, jest pięknie.

Czy ja mam seicento?

Postanawiamy jeszcze pojechać w góry na parking w pobliże Hveradalir aby zrobić jeszcze kilka zdjęć, korzystając z dobrej pogody.

Tu pojawią się te zdjęcia 🙂


OK, zaspokojeni widokami definitywnie opuszczamy to miejsce. Wracamy do drogi nr F35 i jedziemy na południe

Teraz po zachodniej stronie będzie nam towarzyszył lodowiec Langjökull

Langjokull to drugi co do wielkości lodowiec na Islandii, ma 50 km długości i 15-20 km szerokości. Objętość wynosi 195 km3, a grubość około 580 metrów, najwyższy punkt to 1450 mnpm.

Zbaczamy nieco z „głównej” drogi i zbliżamy się do lodowca. Dojeżdżamy do jeziora Hvitarvatn i podziwiamy jęzor Nordurjokull . Jest tu nieduży parking z toaletą. Campinguje w tym miejscu jakaś islandzka rodzina, stoi autokar, który przywiózł turystów, którzy poszli na pieszą wycieczkę.

Jęzor wydaje się być na wyciągnięcie ręki, jednak jest oddalony od nas o około 5km

w głębi, bliżej jeziora jest też jakiś domek

A to drugie miejsce widokowe, tym razem dojechaliśmy do samej linii brzegowej jeziora Hvitarvatn i podziwiamy jęzor lodowca z innej perspektywy.

Plaża oczywiście czarna ale za to woda błękitna

Wracamy do F35 i mkniemy dalej na południe w kierunku Geysir.

Mijamy wodospad Gullfoss / wrócimy tu jutro /

Pierwszy camping tuż przed Geysir – Camping Skjol nie wydaje się nam fajny więc jedziemy do następnego i ostatecznie zakładamy obóz na Campingu Geysir. Ładna i miękka trawka, brak tłoku ciepła woda pod prysznicem … czego chcieć więcej 🙂

No jednak znalazło się to „coś”. Po prawej stronie drogi znajdują się lokale gastronomiczne, punkty z pamiątkami, stacja paliw i .. w głębi jest hotel/restauracja, przed którą stoi replika Forda T. Zaintrygowani wchodzimy do środka.

Kiedy podszedł do nas kelner i składaliśmy zamówienie okazało się , że jest on polakiem, bardzo się z tego faktu ucieszył.

Zamówiliśmy wino i piwo plus małe przekąski.

i desery 🙂

Wieczorem / a jest widno / poszliśmy jeszcze zobaczyć gejzery.

Na terenie gejzerów wymowna informacja o zagrożeniach , ciekawe zdanie na temat najbliższego szpitala 🙂

No ten gejzer to strzela co jakieś kilkanaście minut

ten niestety śpi

Dzień 8  ;  3.08.2017  ;  128 km

Dzień zapowiada się ładnie 🙂

Zachodzimy do baru znajdującego się naprzeciwko campingu na dobra kawę i … ciacho

Jeszcze raz wchodzimy na teren gdzie znajdują się gejzery.

Osławiony Geysir, który wyrzucał wodę na wysokość 80 metrów do lat 60 XX wieku. Obecnie wyrzuca wodę dość nieregularnie i na kilka metrów.

Ten tłum ludzi stoi przed gejzerem Strokkur / isl. maselnica, kierznia /

Strokkur wyrzuca wodę na około 35 metrów średnio co 10 min

Całe pole geotermalne nosi nazwę Geysir lub też Haukadalur od doliny , w której się znajduje. Składają się na nie gejzery, termalne źródła jak Liti Geysir,fumarole, błotne bajorka. Za aktywność gejzerów odpowiadają trzęsienia ziemi i to one wyłączyły Geysir – najsławniejszy gejzer świata.

Tuż za Geysir w kierunku północnym jest farma tuż przy drodze. Sa też konie.

Konie można karmić ich przysmakiem, który można kupić w budce samoobsługowej, którą widać koło samochodu.

to właśnie ta budka

a po otwarciu … tadamm

i karmienie z obu rąk

Około 10 km od Geysir na północ znajduje się wodospad Gullfoss / Złote Wodospady /, na rzece Hvita. Składa się z dwóch kaskad, pierwsza mierzy 11 metrów, druga, położona pod kątem w stosunku do pierwszej ma wysokość 21 metrów.

Podjeżdżamy do dolnego parkingu.

Na górnym parkingu bliżej głównej drogi jest więcej samochodów, są też takie potężne autobusy.

Zmykamy z asfaltu , zmykamy od ludzi, jedziemy w interior. Skręcamy na wschód na drogę szutrową F338. Przed nami około 80 km pięknych widoków.

Po naszej prawej stronie będzie nam towarzyszył potężny lodowiec Langjokull, jego południowy kraniec, a dokładnie dwa jęzory lodowca :Vestri- i Eystri-Hagafellsjökull , które są oddzielone górą Hagafell

Jak zwykle krajobraz fascynujący. Nie kończąca się wolna przestrzeń i tylko pozorna pustka i monotonia, kryjąca z każdym przebytym kilometrem zaskakujące niespodzianki.

Księżycowy krajobraz jak okiem sięgnąć.

Nie ma możliwości zjechać z traku, teren jest niedostępny. Surowy , kamienisty krajobraz.

Zatrzymałem samochód aby podejść bliżej lodowca.

Ale to tylko złudzenie, że jest blisko, tuż na wyciągnięcie ręki. Tak naprawdę dzieli nas jakieś 5 km.

Twarda , dobrze utrzymana szutrówka miejscami zamienia się w zdradliwy miękki piach, trzeba być czujnym.

Nieokiełznany interior ustąpił pola historycznemu miejscu Islandii. Oto jesteśmy w miejscu gdzie w 930 roku po raz pierwszy zebrał się parlament islandzki Althing, który jest jedną z najstarszych instytucji parlamentarnych świata, która funkcjonuje do dziś. Parlament ten obradował w tym miejscu do końca XVIII wieku. To tu w roku 1000 uchwalono przyjęcie religii chrześcijańskiej. W tym też miejscu ogłoszono niepodległość Republiki Islandii 17 czerwca 1944 roku.

Pingvellir lub Thingvellir bo o nim mowa.

Miejsce to wybrano w 930 roku dlatego, iż znajdowało się w centrum najbardziej zaludnionej części Islandii. Miało wystarczająco dużo miejsca dla kilku tysięcy ludzi, pastwiska dla koni i co bardzo ważne wodę pitną.

Obszar ten jest również bardzo ciekawy z punktu widzenia geologicznego. Znajduje się on na styku płyt tektonicznych: eurazjatyckiej i północnoamerykańskiej.

Pingvellir leży nad największym jeziorem Islandii: Thingvellavatn, 84 km2. Swoją wielkość zawdzięcza trzęsieniu ziemi w 1983 roku, kiedy to grunt obniżył się o około 60 cm. Obecnie jezioro ma głębokość 114 metrów.

Powierzchnia ziemi w tym miejscu poprzecinana jest licznymi szczelinami, a największa tworzy głęboki wąwóz Almannagja

Symboliczne zdjęcie : stoimy na styku dwóch płyt tektonicznych 🙂

Almannagja to wąwóz, którego bazaltowe ściany po stronie zachodniej dochodzą do 40 m wysokości. W północnej części zwanej „logberg” jest miejsce oznaczone flagą na wysokim maszcie oraz tablicą pamiątkową. To tutaj urzędował przewodniczący parlamentu „allsherjagodi” oraz tzw. głosiciel prawa „logsogurmadr” / co oznacza recytujący prawo/. Tutaj tez było iejsce posiedzeń „logretty” – tak jakby prezydium parlamentu.

Niestety flagę zdjęto zanim zdążyłem zrobić zdjęcie

Skała gdzie głosiciel prawa głosił prawo, nazwana jest „skałą mówionego prawa”, miała doskonałą akustykę, a głos rozchodził się bardzo daleko i tysiące ludzi zebranych na polach Thingvellir wszystko słyszało wyraźnie.

W pobliżu są miejsca egzekucji skazanych przez sąd, jest miejsce zwane Drekkingarhylur, gdzie topiono skazane przez sąd kobiety, a w miejscu zwanym Brennugja uśmiercano czarownice.

Teren pokryty jest licznymi szczelinami wypełnionymi wodą. A przed jedną z nich : Peningagja turyści zatrzymują się i wrzucają monety wypowiadając jednocześnie swoje życzenia.

Na terenie Thingvellir znajduje się kościół ze słynnym dzwonem, zwanym „dzwonem Islandii”. Był to podarunek króla Norwegii Olafa w 1018 roku. I ten własnie dzwon dzwonił kiedy to 900 lat później Islandia stała się samodzielnym państwem, ale jeszcze w unii z Danią. Obecny kościół zbudowano w 1859 roku, na miejscu dawnego, który stał tu przez wiele stuleci.

Obok kościoła jest siedziba pastora, a jednocześnie dyrektora Parku Narodowego Thingvellir. Dom zbudowano w stylu starych domów islandzkich z pięcioma dachami spadowymi.

Tuz obok jest mały cmentarz zasłużonych.

Trafiliśmy na sesję zdjęciową pary młodej. Współczucie dla panny młodej bowiem było troszkę zmino.

Plan zakładał ominięcie Reykjaviku, jednak mamy do dyspozycji troszkę czasu, a do stolicy niecałe 50km więc za namową Moniki jedziemy tam.

Nasze pierwsze kroki kierujemy do słynnej na całą Islandię budy z Hot-Dogami. Miliony much nie mogą się mylić 🙂

Budka niepozorna mieszcząca się w portowej dzielnicy. I wieczna kolejka.

Zamawiamy ten specyfik aby odfajkować miejsce.

Dzień 9  ;  4.08.2017  ;  200 km

Dzisiejszym celem jest Landmannalaugar, ma być kolorowo i pięknie… a czy będzie? Miejsce mocno turystyczne, liczymy na dobrą pogodę.

Opuszczamy Camping   /64*16’49″N 21*05’09″W/

Widok ogólny na Camping

Jedziemy Pingvallavegur, drogą nr 36 po północnej stronie wąwozu. Przystajemy na parkingu i ostatnie spojrzenie na wąwóz z nieco wyższej perspektywy.

Omijamy jezioro Pingvallavatn od północnej, zachodniej i południowej strony.

Woda w tym jeziorku była naprawdę goooorąca.

W najniższym, południowym punkcie jeziora Pingvallavatn można podjechać do samej linii brzegowej. Piasek na plaży jest oczywiście czarny.

Droga nieco wspina się w górę i naszym oczom ukazuje się kolejne jeziorko nieco mniejsze oczywiście od poprzedniego , a mianowicie Ulfljotsvatn z wysepką, która z tej perspektywy przypomina … żółwia 🙂

W tej okolicy jest tez kilka dużych Campingów przy jeziorze.

Na ujściu jeziora do rzeki Sogid wybudowano elektrownię wodną Ljosafossstod.

Mkniemy dobrymi asfaltami na wschód.

Zatrzymujemy się na małe zakupy i kawę. Jak widać polskie produkty są wszędzie dostępne.

Po przekroczeniu mostu na rzece Hvita po naszej prawej stronie w oddali zauważyliśmy zabudowania oznaczone jako miejsce historyczne. Postanawiamy zerknąć.

Jest to niewielka wioska Skalholt, która przez osiem wieków była jednym z najważniejszych miejsc na Islandii. To tu znajdowała się jedna z pierwszych siedzib biskupstwa na Islandii. To tu był również znaczący ośrodek polityczny (porównywalny z Þingvellir) i kulturalny.

Wnętrze „trawiastego” kościółka

Nad osadą dominuje dużych rozmiarów kościół (zwany Núverandi Dómkirkja, czyli „współczesną katedrą”) zbudowany w latach 19561963, w którym odbywają się cykliczne koncerty. My trafiliśmy na próbę przed właśnie takim koncertem.

Ruszamy dalej podziwiając widoki i wszechobecne konie islandzkie

Mijamy miasteczko Laugaras, i widzimy znaki jakieś atrakcji, zaglądamy ale okazuje się, że to jest miejsce zabaw dla dorosłych i dzieci.

Nareszcie zjazd w interior 🙂

Kończy się droga nr 36 i zaczyna F 225

Sceneria , która nas otacza jest oczywiście niesamowita, zachwyt nie jest jedynie zwykłym „wow”, a umysł nie wie czy jest jeszcze na Ziemi czy na innej planecie.

Przemierzamy liczne pustynie wulkaniczne .

Rzut beretem mamy do wulkanu Hekla. Jest to najwyższy czynny wulkan na Islandii i najbardziej aktywny.

Droga jest bardzo dobrze utrzymana.

Brody są niewielkie i nie stanowią przeszkody

Widok na Frostastadavatn z niewielkiej platformy widokowej

Skręcamy w F 224 i już za chwilkę mamy cel naszej dzisiejszej podróży.

Po lewej stronie ogromne rozlewisko, które w obecnej chwili ma niewiele wody jednak w normalnych warunkach płynie tu regularna rzeka.

Już w zasięgu wzroku mamy camping, dzielą nas od niego ostatnie metry. Przed nami jeszcze jeden przejazd przez bród, przed którym znajduje się parking dla samochodów osobowych i autobusów 🙂

Camping jest … bardzo surowy. Podłoże jest kamieniste. Odgruzowujemy kawałek poletka i rozbijamy namiot. Przydały się długie stalowe szpilki i młotek. Prądu nie ma , toalety, prysznice i umywalki są w jednym koedukacyjnym budynku. Ale jest ciepła woda.

Niektórzy potrzebują samotności, jakiś gostek pichci z dala od campingu

Idziemy zbadać teren. Stare autobusy służą tu za bar, sklep. Teraz sa juz zamknięte.

Ten chyba juz długo tu koczuje 🙂

Nieee ciągle jesteśmy na islandii.

Dzień 10  ;  5.08.2017  ;   211 km

Dziś mamy zjazd na samo południe do Vik i Myrdal, tam jest planowany nocleg.

Ale tymczasem …

Camping Brennisteinsalada

Informacje z toalety 🙂

Kilka ujęć z wnętrza autobusu – sklepu – baru

To co nas w to miejsce przywiodło to niesamowite góry, Landmannalaugar – Tęczowe Góry i planujemy lekki treking dla zdobycia kilku niewiarygodnych doznań wzrokowych.

Pierwsze kroki i w dole widzimy nasz camping

Bierzemy termos z ciepłą herbatą  w drogę. Pogoda juz od rana nie rozpieszczała swoją dobrocią, zapowiadało się na deszcz.

Wspinamy się w górę mijając dymiące szczeliny z kolorami jak z innej planety, w oparach dymu szybko przemykamy bo nie ma czym oddychać.

Pomimo dość wczesnej pory są też tacy co schodzą już z gór.

Dymiące poletka lawy, w wokół mech przykrywający zimną czerń jak kołderką.

Jest to wyjątkowe miejsce. Góry przybierają tu różnokolorowe formy , widać żółty, pomarańczowy, czarny. Ciemne kolory to zasługa lawy i różnorodnych minerałów. Niewielkie płachty białego to śnieg zalegający jeszcze o tej porze.

Pogoda niestety z minuty na minutę pogarszała się, zaczynało coraz mocniej padać, fotograficznie lipa :(, zdecydowaliśmy, że nie ma sensu dalej iść … wracamy

Szkoda, że pogoda nie pozwoliła nam zobaczyć tego pięknego cudu natury, która w tym miejscu mocno zaszalała z farbkami.

Auto mamy juz spakowane więc ruszamy na południe drogą F208 i F233 omijając duuuużym łukiem Landmannalaugar

O dziwo pogoda zaczęła się poprawiać, zrobiło się całkiem ładnie i przyjemnie.

Trasa tego dnia była zdecydowanie piękna, o czym można przekonać się po poniższych zdjęciach.

Jadąc F233 minęliśmy F210 i zrobiło się całkiem płasko, czarna pustynia.

W tym miejscu jesteśmy pomiędzy ciekawymi formacjami, otóż po prawej mamy niesamowicie piękną górę Maelifell, a po lewej lodoweic Myrdalsjokull.

Góra Maelifell to wulkan stożkowy powstały poprzez erupcje pod wulkanem Myrdalsjokull, a pojawił się około 10.000 lat temu kiedy lodowce cofnęły się po ostatniej epoce lodowcowej. Miejsce w którym się znajdujemy zwykle jest zalane całkowicie wodą, a dostępne jest od lipca do października.

Poniżej zdjęcie poglądowe z internetu, nie moje.

Obrazuje skalę miejsca, w którym jesteśmy. Nasza pozycja jest pomiędzy Górą Maelifell, a lodowcem. Po prawej stronie widać bród, który był jednym z najtrudniejszych i chyba najgłębszych.

Lodowiec Myrdalsjokull, który od dłuższego czasu towarzyszy nam po lewej stronie w 1980 roku obejmował obszar 595 km2, a jego wysokość to 1493mnpm. Na lodowcu znajduje się aktywny wulkan Katla z kalderą o średnicy 10 km.

Szykujemy się do przejazdu przez bród. Zadanie mieliśmy niejako ułatwione ponieważ przed nami wodę pokonywała dość duża grupa aut. Można obserwować jak jechać.

Okolica jest wyjątkowo mokra, średnio rocznie przyjmuje 10 metrów opadów.

Był moment, że pojawił się w interiorze … asfalt 🙂 , no niezupełnie .

Zastygła lawa ukształtowała się w takie jak poniżej formy. Dla auta nie było problemu aby przejechać ale widzieliśmy jak inne auto z dużą przyczepą miało ogromny problem aby pokonać te niewielkie nierówności.

Rozwidlenie dróg, w prawo dojazd do jeziorka Altavatn, my jedziemy F261

W oddali po lewej stronie ukazuje się nam kolejny lodowiec, znany nawet w Polsce. Jest to Eyjafjallajokull, wulkan ma tę sama nazwę i skutki jego wybuchu w 2010 roku odczuła cała Europa. Pomiędzy 3 a 5 kwietnia było około 3000 słabych trzęsień ziemi , a wybuch nastąpił 15 kwietnia 2010r.

Wkrótce wjechaliśmy na główną 1-kę i pomknęliśmy na camping do Vik i Myrdal.

Kamping w Vik i Myrdal

niespodziewany gość …

Dzień 11  ;  6.08.2017  ;   239 km

Niby kilometrów dużo ale zdjęć i atrakcji mało, poruszać będziemy sie głównie po asfaltowej jedynce.

Cofamy się nieco aby zerknąć na trzy zaplanowane punkty.

Pierwszy to Reynisfiara Black Beach czyli plaża z czarnym piaskiem , a raczej kamieniami.

Widok na półwysep Dyrholaey zwany przez angielskich żeglarzy Cape Portland. Do 1918 roku stanowił najdalej na południe wysunięty punkt Islandii, obecnie jest to Kotlutangi

Plaża to też plan filmowy, kręcono tu film „Noe:wybrany przez Boga”

Ogromne wrażenie robi góra z wielkimi kolumnami bazaltowymi zwana Reynisdrangar, a w/g lokalnych legend były to Trolle, które próbowały wyciągać statki z oceanu jednak promienie słońca o świcie zamieniły je w kamienie.

W 1991 roku National Geographic uznał tę plażę za jedną z 10 nietypowych plaż na świecie.

Szczyty bazaltowych kolumn są miejscem gniazdowania tysięcy ptaków m.inn. Maskonurów, Fulmarów

Kiedy lawa stygła wpadając do oceanu utworzyła te niesamowite konstrukcje. Poniżej coś w rodzaju amfiteatru ,  jaskinia Hálsanefshellir.

Kto wejdzie wyżej ?

Plaża pokryta jest różnej średnicy kamyczkami, od najmniejszych do dość dużych

Reynisfjara – czarna plaża jest tłumnie odwiedzana przez turystów, leży około 180 km od stolicy Islandii i można tu dotrzeć jadąc asfaltem główną jedynką.

Dziś ocean był w miarę spokojny ale miejsce to jest znane z groźnych fal i niespodziewanych pływów zwanych „sneaker waves”. Ocean wchodzi wówczas daleko w ląd, a ludzie giną nie spodziewając się  takiej ilości wody, która ma ogromną siłę.

Jak widać nie ma chętnych do opalania, a z kamieni można układać takie oto cudeńka 🙂

W pobliskiej knajpce, tuż przy parkingu chwila przy kawie z widokiem na Dyrholaey

Kilka kilometrów na zachód jest wspomniany wcześniej półwysep Dyrholaey, który kiedyś był wyspą.

Stoimy na klifie Dyrholaey i patrzymy na zachód

Po lewej widoczna latarnia morska

Miejsce i widok jest magiczny.

Pierwsza latarnia morska została zbudowana w tym miejscu w 1910. Obecna trzykondygnacyjna budowla powstała w 1927 roku.

Wulkaniczne klify dochodzą do 120 metrów wysokości. Ciekawym tworem geologicznym jest powstały przez erozję otwór, monumentalny łuk. Przewodniki piszą, że pod łukiem przeleciał samolotem pilot kaskader.

Znów jedziemy na zachód do parkingu, z którego trzeba iść pieszo / kiedyś można było dojechać tam samochodem /do kolejnej atrakcji … wraku samolotu.

Wędrówka trwa jakieś 30 min, przy wraku jest garstka wytrwałych piechurów.

W głębi lądu , na pustkowiu islandzkiej plaży Sólheimasandur , rdzewieje i niszczeje od lat 70… dzięki turystom 🙂 wrak amerykańskiego samolotu Dakota , DC-3 najczęściej chyba fotografowany wrak samolotu na świecie

Awaria samolotu zmusiła pilotów do lądowania w tym miejscu 24 listopada 1973 roku.

 

Wracamy na jedynkę i jedziemy na wchód. Po drodze zaglądamy do kanionu Fjadrargljufur, który ma głębokość do 100m i długość około 2 km. Pogoda jednak jest deszczowa i nie pozwala na treking po skałach. Jedziemy dalej. Pogoda się pogarsza.

W sklepach można sprzedać wszystko

Mobilny hotel 🙂 Na moje oko jakieś 24 osoby mogą tam nocować

Szukamy miejsca na nocleg. Jesteśmy na południowym krańcu lodowca Vatnajokull, którego w drugim dniu podróży oglądaliśmy na północnym krańcu.

Ostatecznie zatrzymujemy się na campingu Skaftafell.

Pada.

Leje.

Czekamy na wybranym miejscu campingowym aż przestanie padać lub choćby mniej padać. Po 30 min decydujemy, że rozbijamy namiot w deszczu. Szybka akcja i wszystko już mamy zorganizowane ale czujemy, że pod podłogą namiotu jest …. woda. Izolujemy podłogę dodatkowo folią ratowniczą, odpalamy farelkę elektryczną i ogrzewacz gazowy i po chwili jest już milutko i cieplutko.

Takie chwile cementują naszą miłość.

Tu mniej więcej jesteśmy

Dzień 12  ;  7.08.2017  ;   143 km

Nie pada 🙂

Jest mokro ale nie pada. Zrzucam z namiotu ostatnie krople deszczu. Zwijamy mokry namiot. Pogoda zaczyna być coraz bardziej przyjazna.

Zauważyłem tuż obok nas turystę, który przyjechał na Islandię Teslą !!! z Austrii

Tuż obok Campingu nabieramy wody

Wczesnym rankiem jesteśmy juz na prawie pustym parkingu przy języku lodowca Svinafellsjokull

Mała i bardzo kolorowa laguna lodowca.

W oddali widać Hvannadalshnúkur, najwyższy szczyt Islandii 2109mnpm

Olbrzymie skały lodu rozpadają się tu na mniejsze kawałki. Miliony pęknięć, tysiące szczelin. Stoisz w tym miejscu i potęga tego zjawiska przytłacza cię z każdej strony, niemal słyszysz jak ta masa lodu przemieszcza się.

Miejsc i motywów jest tyle do sfotografowania…

Doskonałe miejsce aby zobaczyć język lodowca z bliska.

To tu był kręcony film „Game of Thrones” i „Batman Begins”

Lodowiec jest piękny i spektakularny, wyczuwamy jego wibrującą energię.

Kiedy wsiadamy do auta na jego termometrze widnieje temperatura … 23 *C 🙂

Zanim dotrzemy do Ice Lagoon tej właściwej zatrzymuję się przy nieco mniejszej Fjallsarlon Iceberg Lagoon.

Można tu zobaczyć pływające góry lodowe, które oddzieliły się od lodowca.

Przekraczamy wąski most i jeśmy na ogromnym parkigu przy Jokulsarlon Glacier Lagoon. Aut i ludzi jest niezliczona masa, tłumy wszędzie. Widzimy wiele firm organizujących wycieczki po lagunie, mu nie mamy rezerwacji, czy uda się coś skręcić z marszu?

Monika zostaje w aucie , a ja idę z aparatem wzdłuż wschodniego brzegu laguny w kierunku oceanu.

Jezioro, laguna Jokulsarlon jest znacznie, znacznie większa od poprzedniej laguny. ma 18 km2 powierzchni i jest najgłębszym jeziorem Islandii mając 248m głębokości.

Jezioro powstało w wyniku oddalania się ściany lodowca Breiðamerkurjökull od oceanu, w chwili obecnej jest to 1,5km.

Tu również kręcono filmy, a były to : A View to a Kill , Die Another Day , Lara Croft: Tomb Raider i Batman Begins.

Tuż za mostem nad brzegiem Oceanu jest tzw. Diamond Beach. Czarna plaża, a na niej połyskujące w promieniach słońca fragmenty lodu.

Pomiędzy dwoma brzegami zauważyłem figlującą w wodzie foczkę

Jest to oczywiście bardzo popularne miejsce

Filmik z Diamond Beach


Widok na most od strony oceanu.

Jedna z firm oferująca usługi rejsów po jeziorze. W tym TIRze jest biuro i przebieralnia dla klientów. Wchodzę i pytam o rejs…jest możliwość za 2 godziny, kupuję bilet 🙂

W 1985 roku premiera filmu o Jamesie Bondzie ” A view to a Kill” była początkiem komercyjnych rejsów statkiem po jeziorze. Od tego czasu wszystkie istniejące firmy przewożą około 70.000 turystów rocznie.

Udało mi się namówić Monikę do przyjścia na plażę 🙂 No w zasadzie ja przywiozłem

Miliony lat w rękach

Wracamy i czekamy na rejs po lagunie, ubrani w odpowiednie ubranka 🙂

Niestety z obawy przed wodą nie zabrałem aparatu więc zdjęcia będą z iPhona.

Łódź zatrzymała się jakieś 400 metrów przed ścianą lodowca Breiðamerkurjökull.

Takim pontonem pływaliśmy.

Krótki filmik z rejsu po Lagunie.


Na dziś atrakcji wystarczy, mkniemy na Camping do Hofn

Dzień 13  ;  8.08.2017  ;   302 km

Hofn – Egilsstadir

Jedziemy do ostatniego campingu, z którego wyruszymy na prom i drogę powrotną do domu.

Trasa prowadzi zachodnim wybrzeżem, nieco dłuższa niż przejazd do tego samego punktu drogą nr 939, czy ciekawsza?

Dobre śniadanie to podstawa 🙂

Borówki do wyboru: polskie czy holenderskie ?

i deser 🙂

Zakupy jak w polskim sklepie.

Trzeba też zatankować

i w drogę ….

Rezerwat przyrody Hvalnes. Czarna plaża chyba już nie dziwi.

Latarnia morska Hvalnes, zbudowana w 1954 roku. W tym miejscu wylądował algierski korsarz, który został obrabowany na oceanie, nie znalazł on jednak pomocy na lądzie ponieważ wszyscy byli na pastwiskach w głębi lądu.

Droga wzdłuż wybrzeża została wybudowana w 1981 roku, notuje się tu wiele wypadków.

Zatrzymujemy się w nadmorskim miasteczku Djupivogur

Djupivogur jest jednym z ważniejszych portów rybackich, wykorzystywany juz w XVI wieku przez Niemców, a później Duńczyków. W 1627 roku port napadli piraci z Afryki Północnej rabując okoliczne farmy i uprowadzając wielu niewolników.

Odwiedzamy jeden z zabytków tego miasteczka, a mianowicie Longbud, dawny skład drewna wybudowany w 1790 roku. Obecnie mieści się tu m.in. muzeum (wystawa poświęcona życiu i twórczości rzeźbiarza Ríkarðura Jónssona), kawiarnia, galeria sztuki i rękodzieła.

Monika czuje już zapach dobrego ciasta

No faktycznie , ciasto domowej roboty. Pracuje tu polka i ukrainka.

tak, tak jest nas dwoje 🙂

A na Campingu taka oto informacja, da się ?

Następny przystanek w Breiddalsvik, maleńka wioska rybacka. Ilość mieszkańców stale się zmniejsza, w 1998 roku – 218 mieszkańców, a w 2013 roku tylko 130 mieszkańców.

W zasadzie nic tu nie ma 🙁 prócz starych LandRoverów

Mijamy maleńką osadę rybacką Stöðvarfjörður przy fiordzie o tej samej nazwie Stöðvarfjörður. 170 mieszkańców zajmuje się głównie rybołówstwem ale tez rękodziełem. Mamy okazję zerknąć na takie ręcznie robione rzeczy przy okazji jakiegoś festynu.

I kolejny fiord – Faskrudsfjordur, a przy nim wioska oczywiście o tej samej nazwie 🙂 No może nie wioska bowiem Faskrudsfjordur lub inaczej Budir w 2011 roku liczyła 662 mieszkańców.

W miejscowości znajduje się Muzeum Francuskie, a francuska gmina Gravelines jest gminą partnerską miasta Fáskrúðsfjörður.

Skąd Francja w tej części Islandii?

Była tu główna stacja rybacka dla francuskich rybaków. Był tu nawet szpital dla francuskich rybaków. Do dziś znaki drogowe są w dwóch językach, a 14 lipca obchodzony jest Dzień Niepodległości Francji.

 

W tej części Islandii napotkać można wiele opuszczonych farm.

Czarna owca 🙂

Wieczorem na campingu Egilsstadir zasłużony łyk piwa i dobra kolacja

Dzień 14  ;  9.08.2017  ;   205 km

Zostajemy na drugą i ostatnią naszą noc na Islandii na tym samym Campingu.

Jesteśmy spakowani

Sklepy słabe mają

Kręcimy się wokół komina.

Jedziemy na północny-wschód w okolice fiordu Borgarfjörður Eystri do maleńkiej miejscowości Bakkagerdi.

Tuż przy drodze przykuwa naszą uwagę mały, śliczny , czerwony domek. Dach i ściany pokryte są trawa i mchem, to dziedzictwo architektoniczne Islandii. Niewiele takich domów jeszcze można spotkać.

Domek Lindarbakki Turf to … letnia rezydencja zamieszkiwana przez starszą panią Elísabet Sveinsdóttir (85lat), zwana Stellą, a zimą mieszka w Kópavogur.

Najstarsza część murawy pochodzi z 1899 roku, ale stolarka pochodzi głównie z 1934 roku. Piwnica i studnia są oryginalne.

Kościół w Borgarfjörður Eystri

Kawiarenka Alfacafe, przyozdobiona zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz kamieniami mniej lub bardziej szlachetnymi, przeróżnymi elementami zwierzęcymi i roślinnymi.

No właśnie taaakie zwierzęta tam są 🙂

Śliczności

Tuz obok znajduje się przetwórnia ryb.

Jedziemy jeszcze parę kilometrów na wschód do miejsca zwanego Borgarfjarðarhöfn. maleńki cypel z przystanią rybacką oraz z wieloma gniazdami Puffinów. Można spotkać tu te ptaki praktycznie na wyciągnięcie ręki.

Hmm, zagubiła się ? 🙂

Bardzo fajne ptaszki Maskonur zwyczajny – Puffins – Fratercula czyli „braciszek arktyczny”

Na koniec wracamy do początku naszej drogi, miejsca, w którym rozpoczęła się nasza przygoda z Islandią: miasteczko Seyðisfjörður. To tu zacumował nasz prom ale ze względu na pogodę praktycznie nic nie widzieliśmy. Miasteczko jest śliczne.

I ostatni – pożegnalny posiłek w restauracji

To było chyba tu

Trasa jaka przebyliśmy na Islandii to około 3000 kilometrów samochodem, ponadto troszkę na nogach i troszkę łódkami na oceanie .

Dzień 15  ;  10.08.2017  ;  KONIEC

Wczesnym rankiem wyruszamy na prom. W porcie kłębi się już niezliczona ilość aut. Przed nami dwa dni w morzu

Tu juz czekamy na wyładunek. Poniżej pomysły jak zredukować wysokość auta na czas podróży promem.

Ciasno

bardzo ciasno

Ten to mocno zafascynowany Islandią, lub robi to zarobkowo.

Postój w znanym juz nam miasteczku Aalborg w Danii. Tu zatankowaliśmy auto i tu zjedliśmy obiad.

Przystawki

Danie główne, polecamy restaurację La Locanda

Taki oto prezent i pamiątka dla auta z Islandii

To juz naprawdę koniec.

Copyright © 2012. Wojtkiewicz All Rights Reserved. Up